Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zapowiedź sezonu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zapowiedź sezonu. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 października 2018

Zapowiedź sezonu 2018/19 - Los Angeles Lakers

Drogi Mateuszu,

Pomimo faktu, że Los Angeles Lakers wykonali najgłośniejszą transakcję lata, czyli sprowadzenie LeBrona Jamesa do "miasta aniołów", z ich obozu docierają informacje o zaskakująco rozsądnych oczekiwaniach co do nadchodzącego sezonu.
Kiedy James przechodził do Miami Heat w 2011, dołączając do gwiazd ligi w postaci Dwyane'a Wade'a i Chrisa Bosha, mistrzostwo wydawało się obowiązkowe (naprawdę w finałach rozczarowanie z Dallas Mavericks).
Dołączając do Cavaliers, LeBron wiedział już o tym, że wspięcie się na najwyższy poziom wymaga czasu, ale z kolei wymuszał krótkowzroczne działania na włodarzach z Cleveland, które ostatecznie przyczyniły się do powolnego obniżania jakości zespołu, podsumowane transferem Kyrie Irvinga.

Wśród nowych partnerów Jamesa w Los Angeles nie ma nikogo o jakości Irvinga, Wade'a, Bosha, ani nawet Love'a. Po raz pierwszy od ośmiu lat, drużyna, w której zagra LeBron stawia bardziej na przyszłość, aniżeli na teraźniejszość. W zasadzie wszyscy najważniejsi zawodnicy Lakers swoje najlepsze lata mają przed sobą. Brandon Ingram i Lonzo Ball zostali wybrani z drugimi numerami w drafcie i obaj wnieśli do ligi specyficzne zestawy umiejętności.
Ingram to wysoki, techniczny zawodnik, z konstrukcją kończyn niczym kosarz zwyczajny (absurdalnie długie, ale przeraźliwie chude). W swojej ostatecznej wersji potrafił będzie zdobywać punkty z każdego miejsca na boisku: nie do powstrzymania pod koszem, z funkcjonalnym rzutem z dystansu. Defensywnie, jego szybkość pozwala mu myśleć o bronieniu zawodników na czterech pozycjach (a jeśli dołoży masę, to może nawet mniejszych centrów). Pomiędzy pierwszym a drugim sezonem Ingram rozwinął się, ale jeśli nie ma skończyć jako potencjalny kąsek transferowy, w tym roku musi zaliczyć ten najtrudniejszy skok - na poziom prawdziwej gwiazdy. Jeśli wypali, to odciąży starzejącego się LeBrona od zdobywania i ustawiania wszystkich akcji punktowych w zespole.

Lonzo Ball z drugiej strony, to antyteza współczesnego rozgrywającego. Obecnie w NBA PG dominuje posiadanie piłki, szukając okazji do zdobycia punktów, a gdy nie ma takiej możliwości podaje niekrytym kolegom, którym zapewnił swobodę bezustannym atakowaniem defensywy. Zarówno Steph Curry, Kyrie Irving, Russell Westbrook, czy James Harden grają w taki sposób. Ball nadaje priorytet podaniom w pierwszej, drugiej, i trzeciej kolejności, przywołując wspomnienia takich graczy, jak Steve Nash lub Jason Kidd. Przy graniu z LeBronem należy pamiętać, że piłka spędza większość czasu w jego rękach (z korzyścią dla drużyny). W związku z tym Lonzo zdaje się idealnym boiskowym partnerem "Króla", gdyż trzyma piłkę najkrócej ze wszystkich rozgrywających w NBA. Kiedy tylko widzi lukę w obronie, albo niekrytego kolegę, natychmiast przyspiesza akcję ruchem piłki. Aby zająć miejsce w składzie na stałe musi trafiać rzuty z dystansu. Na początku poprzedniego sezonu miał z tym problem, ale przed kontuzją kolana w środku sezonu zaczął się poprawiać. Jeśli nie będzie stanowił punktowego zagrożenia, obrona podejmie strategiczną decyzję o  przesunięciu większej ilości środków w kierunku LeBrona.

Lakers wydraftowali także wartościowych graczy pod koniec pierwszej rundy: Kyle Kuzma wszedł do ligi z repertuarem podkoszowych manewrów, którego pozazdrościłyby mu stare wygi, a Josh Hart przejawia ponadprzeciętną inteligencję i zapewnia zestaw umiejętności ofensywnych i defensywnych, który docenia każdy trener. Żaden z nich nie pcha się też przed szereg, co jest kluczowe w drużynie z dużym ego.

Dla przeciwwagi ruchu młodzieżowego zakontraktowano ekscentrycznych i lekko kontrowersyjnych weteranów. Każdy z czwórki Rajon Rondo, Javale McGee, Michael Beasley i Lance Stephenson to kolorowa, doświadczona postać z różnymi przygodami w lidze. Rondo wzmoże motywację Lonzo o pozycję startującego rozgrywającego, a reszta wypełni takie role, jakie nakaże im trener, jednocześnie stanowiąc oparcie dla młodzian.

Tak przynajmniej Lakers zaczną sezon. Wszystko może się zmienić, jeśli LeBron wskaże zarządzającemu strategią generalną Magicowi, że taki zespół mu nie podchodzi. Wstępny plan zakłada, że Lakers wykorzystają wolne miejsce w budżecie za rok, próbując przyciągnąć którąś z gwiazd bez kontraktu do LA (Durant? Klay Thompson?), dlatego wszystkie weterańskie umowy podpisane są zaledwie na rok. Może też okazać się, że Jeziorowcy aktywnie uczestniczą w ruchach transferowych zimą, zwłaszcza jeśli młodzi nie spełnią pokładanych w nich oczekiwań, albo zarząd otrzyma ofertę nie do odrzucenia.

Inny konflikt może nastąpić odnośnie stylu gry, który preferuje trener Lakers, Luke Walton, a tym który woli James. Wartości trenerskich Walton nabrał w Golden State, stawiając na szybkie tempo gry z uwzględnieniem wszystkich zawodników.
LeBron preferuje rozmyślne, niespieszne analizowanie obrony, w którym to on podejmuje kluczowe decyzje. Ciężko sprzeczać się z sukcesami odniesionymi przez zespoły z LeBronem w roli głównej, ale jeśli chce zachować szansę na przedłużanie kariery, to musi scedować część nakładu obowiązków na innych. Mecze przedsezonowe nie stanowią perfekcyjnego materiału dowodowego, ale na razie wynika z nich, że James rozumie jaki jest plan i podchodzi do niego z wcześniej niewidzianą cierpliwością.

Lakers nie mają podbić świata w tym sezonie, najprawdopodobniej kończąc spektakularną serię 8 awansów do finałów z rzędu LeBrona. Najwięksi pesymiści prorokują wypadnięcie z play-off w arcytrudnej konferencji. Dopóki LeBron nie chodzi o kulach i zasiada za sterami nie uwierzę w to, ale na pewno spodziewam się sezonu próby w Los Angeles.

Przewidywania

Las Vegas - 48.5 zwycięstw. Moim zdaniem odrobinę za wysoko: 48-34.

Zapowiedź sezonu 2018/19 - Los Angeles Clippers

Drogi Mateuszu,

Los Angeles Clippers przystępują do sezonu mając w składzie przynajmniej 15 zawodników, którzy naprawdę potrafią grać w kosza. Po odejściu Chrisa Paula, Blake'a Griffina, DeAndre Jordana i JJ Redicka nad drugą drużyną z LA wisiały czarne chmury. Utrata gwiazd takiego kalibru zazwyczaj oznacza okres karencji, zakończony wyborem zbawcy w drafcie (chyba że jest się Los Angeles Lakers). Ponieważ Clippers poczuli pismo nosem, to pozbywali się poszczególnych zawodników w taki sposób, aby uzyskać coś w zamian. Transfer Chrisa Paula sprowadził do LA między innymi Lou Williamsa (nagroda rezerwowego sezonu 2017/18) i Patricka Beverley. Od naiwnych Detroit Pistons, wierzących w zdrowie Blake'a, Clippers wydobyli Tobiasa Harrisa oraz Avery'ego Bradleya. Chociaż ci zawodnicy nie odmienią franczyzy, to potrafią z sukcesami grać w pierwszym składzie, pozwalając zarządowi Clips zastanowić się kogo warto zatrzymać, a kogo oferować w potencjalnym transferze.

Na korzyść Clippers działa też fakt, że oprócz Danilo Galllinariego, nikt ze składu nie wygląda na przepłaconego. Gdyby któraś gwiazda chciała pożegnać się ze swoim obecnym zespołem (hint, hint Jimmy Butler), Clips mogą z podniesionym czołem stanąć do negocjacji.
W międzyczasie trener Doc Rivers ma zestaw puzzli, którymi przetestuje te mniej ograne ligowe zespoły. W składzie widzimy też polski akcent, jako że Marcin Gortat może zakończyć karierę w Hollywood, odgrywając rolę podstawowego centra. Ponieważ w zeszłym sezonie nie udało im się awansować do play-off, dostali też dwie szanse w drafcie, a jedną z nich wykorzystali na mocnego fizycznie rozgrywającego Shai Gilgeousa-Alexandra, którego eksperci typują na jedną z prawdziwych niespodzianek wśród rookiech

Jako zadanie na ten sezon Clippers wyznaczyli sobie awans do play-off. Jednak przy tak dużej konkurencji, o której wspominałem w innych zapowiedziach,  nawet 10. czy 11. miejsce nie zostanie określone jako jednoznaczna porażka. Ten konkretny skład rzadko kiedy będzie faworytem w meczach z potęgami, ale ma predyspozycje do zaskakiwania gigantów, zwłaszcza tych, którzy potrzebują czasu na początku sezonu, aby się zgrać. Beverley nada ton defensywie, a Williams i Harris to ligowa czołówka pod względem punktowania. Nawet tacy gracze jak Luc Richard Mbah a Moute (utratę którego pożałuje Houston Rockets) dodadzą atuty z ławki. Nikt w lidze nie dysponuje taką siłą ognia w rezerwach, jak właśnie Clippers.

Jak to wszystko poukładać?

Po tym jak zabrano mu obowiązki dotyczące transferowania i kontraktowania zawodników, Doc Rivers znowu pokazał się jako kreatywny trener, potrafiący mocno zmotywować swoich zawodników. Zmęczony długimi przejściami z kłótliwymi gwiazdami (przede wszystkim perfekcjonista Paul) odżył pracując z niedocenianymi przez ligę graczami. Jestem pewien, że głównym mottem w szatni Clippers będzie sugerowanie, że są przez wszystkich spisani na straty.
W takim momencie Rivers sprawuje się idealnie, potrafiąc zjednoczyć zawodników wokół jednego celu. Wszystkie niedostatki techniczne i taktyczne, nadrobione zostaną walecznością i twardą grą. Bogactwo składu może też działać na niekorzyść zespołu, gdyż już teraz patrząc na listę zawodników ciężko wyobrazić sobie kto zacznie spotkania, a kto je skończy. Potencjalnie ten fakt tworzy poletko na konflikty graczy, których ego nie zostanie dostatecznie połechtane. W sukurs przyjdą transfery i nieuniknione kontuzje, gdyż tacy koszykarze jak Bradley, Beverley, czy Gallinari znani są z opuszczania znacznej ilości meczów w sezonie.

Pomimo tego, że patrzę na Los Angeles Clippers pozytywnie, i nawet życzę im dobrego sezonu, to na pewno kilka zespołów w konferencji jest nie do przeskoczenia. Houston, Golden State, Utah, Oklahoma i Lakers dysponują prawdziwymi gwiazdami, które często zmieniają oblicza całego sezonu. Fascynująca walka rozegra się zatem między Denver, Portland, Spurs, Timberwolves, a nawet Grizzlies i Dallas. Jeśli, jak w poprzednim sezonie, o awansie decydować będą jedno, dwa spotkania, krótka seria zwycięstw może oznaczać być, albo nie być dla zespołu. Gdyby Clippers znajdowali się na wschodzie, byliby murowanym kandydatem do awansu. Po drugiej stronie kraju uchodzą za jednego z wielu pretendentów.

Przewidywania

Over/under Las Vegas - 35.5. Biorę zdecydowane over: 42-40.

piątek, 5 października 2018

Zapowiedź sezonu 2018/19 - Indiana Pacers

Drogi Mateuszu,

Od czasów Reggiego Leszka Millera Indiana Pacers twardo idą obraną przez siebie drogą, nie zważając na kierunek przyjęty przez resztę ligi. Według wewnętrznej biblii, w każdym sezonie w składzie mają znaleźć się ciężko pracujący, dobrzy zawodnicy, którzy przy pomyślnym układzie gwiazd staną do walki o play-off i przyniosą chwałę dobremu stanowi Indiana. Najlepszą próbę zagrali niestety w czasie, kiedy LeBron James przeszedł do Miami i przejął absolutne panowanie nad wschodnią konferencją.

Od tamtego czasu Pacers nie zaznali smaku beznadziejności jak Nets, czy Cavaliers, docierając do gry o stawkę w każdym z poprzednich trzech sezonów (trzykrotny wpierdol w pierwszej rundzie). Jak się okazuje, "dobrymi" graczami można walczyć tylko i wyłącznie o "dobrą" pozycję, co w końcu zrozumiał Paul George, żądając transferu przed upływem kontraktu. Wbrew swoim zachciankom został wytransferowany przez Kevina Pritcharda (dyrektor sportowy, przejmujący schedę po legendarnym Larry Birdzie) do OKC, zamiast do wymarzonego Los Angeles. Z obu stron uczestniczących w transakcji śmiano się - z OKC, że George będzie siedzieć na spakowanych walizkach, sprawdzając online czy Lakers mają dostatecznie miejsca w budżecie na jego kontrakt, a z Indiany z faktu, że za jednego z najlepszych zawodników w historii klubu otrzymali zaledwie Domantasa Sabonisa oraz Victora Oladipo. Po roku śmichów-chichów okazało się, że być może obie strony zyskały na tym transferze. Paul George przedłużył swój pobyt w Oklahomie o przynajmniej trzy lata (Russell Westbrook musi być znakomitym kumplem), a Indiana doczekała się nowego bohatera z powodu następującego faktu:

Eksplozja Victora Oladipo

Draft w 2013 roku przejdzie do historii dzięki Anthonemu Bennettowi, który okazał się jednym z najgorszych pierwszych wyborów (miejsce na podium obok Michaela Olowokandi i Kwame Browna). Większość skautów największe szanse na sensowną karierę w NBA dawała Oladipo, który grając na uniwersytecie nie miał dużych umiejętności, ale dysponował zabójczym przyspieszeniem i agresywną grą w obronie. Początek jego kariery w Orlando Magic przyniósł spore rozczarowanie. Nie można powiedzieć, że grał tak źle jak Bennett, ale przez trzy sezony nie widać było oznak rozwoju, który zagwarantowałby mu miejsce pomiędzy prawdziwymi gwiazdami ligi. W związku z tym Magic bez żalu oddali go do Thunder, gdzie w dominującej obecności Westbrooka przygasł jeszcze bardziej. Po drugim transferze w trakcie tak krótkiej kariery coś musiało ulec zmianie. Oladipo przerzucił sporo miedzi na siłowni, i zakładając koszulkę Pacers wszedł w sezon bez pardonsu. Warunki fizyczne i bezlitosna agresja w atakowaniu kosza przełożyły się na namacalne efekty. Wystarczy powiedzieć, że jego średnia punktowa podskoczyła z mało inspirujących 15 punktów do 23. Zauważając taki rozwój, trener Nate McMillan rozkazał przestawić ofensywę w ten sposób, aby zostawić Victorowi jak najwięcej miejsca do pracy. Nowa wersja Oladipo zaszokowała nieprzygotowane obrony elitarnym odejściem (coś jak Messi na pierwszych kilku metrach dryblingu), a podobne podejście prezentował przecież w defensywie. W ten sposób na koniec sezonu powędrowała do niego zasłużona nagroda Most Improved Player, którą zapowiadałem dla niego kilka miesięcy temu. W nowy sezon Pacers wkraczają wiedząc kto jest ich najlepszym zawodnikiem, wierząc że przemiana Oladipo nie okazała się tymczasowa. 

Co z resztą składu?

Największe nadzieje na "efekt Oladipo" pokłada się w Mylesie Turnerze, który przynajmniej teoretycznie wygląda jak najbardziej nowoczesny center w lidze. Do jego zalet należy bycie ruchomą łapką wychwytującą piłki zmierzające do kosza, oraz celny rzut z dystansu. Jego mobilność pozwala mu też tańczyć z mniejszymi zawodnikami na obwodzie (podobną rolę pełni Clint Capela w Houston). Niestety, w pojedynczych meczach ciężko zobaczyć wszystkie umiejętności w tym samym czasie, jako że Turner ma tendencję do znikania na długie minuty, dlatego ten sezon będzie tak kluczowy w decydowaniu, czy sparowanie go z Victorem Oladipo oznacza pozytywną przyszłość dla Pacers. Przed sezonem znaki, fizyczność i nastawienie Turnera są pozytywne, ale żaden zawodnik w NBA (oprócz Andre Millera) nie przyzna się, że zmarnował wakacje na jedzenie hamburgerów.

Źle wykorzystywany w Oklahomie był też Sabonis (syn legendarnego litewskiego centra Arvydasa), którego parkowano za linią rzutów za trzy, rezygnując z jego umiejętności podkoszowych. W Pacers pozwolono mu dominować rezerwowych centrów drużyn przeciwnych, albo współpracować z Mylesem Turnerem. Patrząc dalej na skład Indiany widzi się tylko profesjonalizm - PG Darren Collison nie traci piłek i trafia czyste rzuty z dystansu, Bojan Bogdanovic daje południowoeuropejski ogień, a Thaddeus Young od 10 lat rzuca o 0.5 sekundy wcześniej albo później niż spodziewają się jego rywale, wprowadzając ich w stan konfuzji.

Na poprawę wyniku z poprzedniego sezonu ma wpłynąć Tyreke Evans, 10 lat temu uznawanego za potencjalną gwiazdę, której blask przyćmiewały kontuzje kolan. Od dwóch sezonów Evans jawi się jednak jako inteligentny weteran, który dorobił się rzutu z dystansu, na którym można polegać (mało komu się to udaje). Pacers zapłacą mu prawie $12.5 miliona za to, aby wymieniał się rolami z Oladipo.

Przewidywania

Nie mam wątpliwości, że ten zespół będzie dobry.. jak na konferencję wschodnią. Szansa na taki awans sportowy jaki zaliczył Victor Oladipo jest jednak mała, dlatego uznaję, że do walki o play-off przystąpi praktycznie ten sam zespół. Las Vegas stawia over/under na 47.5. Dla mnie minimalne over: 48-34.

Zapowiedź sezonu 2018/19 - Houston Rockets

Drogi Mateuszu,

Gdy właściciel Rockets zapłaci ostatnie pieniądze swoim zawodnikom i spojrzymy wstecz, to te ostatnie sekundy meczu nr 5 finału konferencji zachodniej mogą okazać się najlepszym momentem obecnego składu Houston Rockets. Gdyby nie kontuzja Chrisa Paula w ostatnich sekundach, być może mówilibyśmy teraz o "mistrzach NBA - Houston Rockets", a Golden State Warriors szukałoby poważniejszych wzmocnień niż kontuzjowany DeMarcus Cousins.

Produkt, który zaproponowała w zeszłym roku drużyna z Teksasu przerósł najśmielsze oczekiwania fanów i ekspertów. James Harden, de facto rozgrywający Rockets, miał nie dogadywać się z Paulem odnośnie tego, który z nich ma zarządzać ofensywą. Trener Mike D'Antoni wynalazł wręcz prostackie rozwiązanie, aby nie dopuścić do konfliktu. Każdy z graczy dostawał w meczu przynajmniej 15 minut pod samodzielną kontrolą, a te 15 minut kiedy grali razem mieli dzielić się władzą. Nie ma łatwiejszych do zdobycia punktów w NBA niż pozostawiony bez opieki Chris Paul, otrzymujący podanie od Jamesa Hardena rozrywającego obronę wchodząc pod kosz. Sytuacja w której się znaleźli pozwoliła im więcej odpoczywać, a jednocześnie gwarantowała, że na boisku zawsze znajdzie się ktoś, kto może kompetentnie prowadzić grę. Z tego ustawienia korzystali też poboczni zawodnicy jak Eric Gordon, Trevor Ariza i Clint Capela. Zgodnie z główną zasadą systemu Rockets ustawiali się (Gordon, Ariza) się na linii rzutów za trzy punkty, albo ostro wchodzili pod kosz (Capela) i oczekiwali na podania od rozgrywających. Upraszczanie wymagań wobec zawodników zazwyczaj powoduje, że lepiej wykonują poszczególne zadania. Gordon trafił najwięcej trójek w całej karierze, a Capela zagwarantował sobie wysoki kontrakt.

Dlaczego zatem Houston miałoby nie powtórzyć sukcesu z zeszłego roku?

1. Inteligencja Chrisa Paula pozwoliłaby mu grać do pięćdziesiątki, ale zdrowie niekoniecznie nadąża za mózgiem. Jeśli Rockets chcą wrócić tam, gdzie byli w zeszłym roku, to Paul musi oszczędzać się jeszcze bardziej, a już w zeszłym sezonie zagrał tylko 58 spotkań po 32 minuty na mecz. Gdy tylko przycisnął tempo w play-off, to wiek dał o sobie znać. Dbanie o Paula nie dotyczy też tylko tego sezonu - w lipcu podpisał ogromny kontrakt, na koniec którego będzie miał 37 lat. Nie wiem czy w 2021 roku zasłuży na zarabianie $44 milionów.

2. Zmienili się idealnie dopasowani wyrobnicy. Ariza pasował do gry obronnej, ponieważ mógł naprzykrzać się zarówno obrońcom i skrzydłowym. Za $15 milionów wyciągnęło go Phoenix, a Houston wierzy, że jego produktywność zastąpi niedoświadczony James Ennis. Do momentu rozwalenia barku kluczowe ogniwo zespołu stanowił Luc Richard Mbah a Moute, któremu pozwolono odejść do Clippers ze względu na oszczędności finansowe. Do składu wkroczył za to Carmelo Anthony, którego nazwisko ciągle gwarantuje fanowskie emocje, ale styl gry pozostał w czasach przedpotopowych. Oklahoma City Thunder pozbyła się go bez żalu, widząc, że Anthony za dużo chce, a nie za dużo daje. Daryl Morey zapewne nie zakończył jeszcze swoich transakcji, ale za obecne lato otrzymuje 2+.

3. Więcej zespołów kopiuje styl Houston. Matematyka w końcu przekonała nawet gadające głowy starej szkoły. Coraz więcej zespołów skupia się na obronie, która polega na przejmowaniu na zmienianiu krytych zawodników po stawianej zasłonie (w przeciwieństwie do trzymania się jednego niczym plaster), a w ataku rzuca absurdalne ilości trójek. W samej zachodniej konferencji mamy nadmiar zespołów, które nie marzą o niczym więcej, jak o zajęciu miejsca Houston jako główny przeciwnik Golden State. Wymagamy od zespołu, który dostał tak mocno pod żebra, aby jeszcze raz powtórzył magiczny sezon.

4. James Harden cały czas zawodzi w play-off. Gdy tylko zabrakło obdarzonego mocniejszą psychiką Chrisa Paula, Rockets utracili wiarę w siebie. Mecz numer 7 dał nam dowód, że czasami statystyka obraca się przeciwko analitykom - Rockets nie trafili 27 trójek z rzędu (rekord NBA), i pożegnali się z szansą na tytuł. Nawet jeśli Harden nie jest w takim wieku jak Paul, to jego gra też zacznie słabnąć z wiekiem, i kto wie czy nie zacznie się to w tym sezonie?

Oczywiście kop w dupę może okazać się znakomitą motywacją, i Rockets przystąpią do sezonu na furii, która doprowadzi ich do ziemi obiecanej. Myślę, że podobnie jak dla Golden State, sezon zasadniczy okaże się polem do testów i poskramianiem ego Carmelo.

Przewidywania

Las Vegas widzi regres over/under 54.5. W zasadzie zgadzam się z bukmacherami, ale nie sądzę, aby spadli aż o 10 zwycięstw. Kombinacja Paul + Harden + Capela, nawet przy trybie oszczędnym powinna wygrać 57 spotkań (przy 25 porażkach).

czwartek, 4 października 2018

Zapowiedź sezonu 2018/19 - Golden State Warriors

Drogi Mateuszu,

Wbrew wynikowi finałów (4:0 z Cleveland), droga do tytułu Warriors mogła zakończyć się w zeszłym sezonie rundę wcześniej. Houston Rockets prowadzili w serii 3:2, stawiając niespodziewany defensywny opór, redukując zespołową ofensywę Golden State do indywidualnych popisów. Kiedy już wydawało się, że sprowadzenie Chrisa Paula do Houston okazało się najmądrzejszym transferem wykonanym przez Daryla Moreya, Paul chwycił się za udo. Naderwane ścięgno wyeliminowało go z meczu 6 i 7. Rockets bez Chrisa nie potrafili odnaleźć rytmu, a reszta jest już historią.

Jak napędzać zwycięską drużynę?

Jak dobrze wiesz z życia Barcelony, kiedy drużyna zaczyna wygrywać nałogowo, czasami ciężko znaleźć iskrę, która wymusi na nich wspinanie się na szczyty sportu po raz kolejny. Ścieżka narracyjna do tej pory sprzyjała Golden State: w 2015 wygrali niespodziewanie, w 2016 przegrali szokująco, w 2017 pomścili porażkę, zmieniając system tak, aby pasował do niego Kevin Durant. Problemy z motywacją pojawiły się dopiero w 2018, a trener Steve Kerr zapowiadał na początku sezonu, że harówka będzie już tylko trudniejsza.

Czasami rozwiązaniem dla takiej drużyny są nowe wyzwania; w zeszłym roku Houston przetestowało siłę woli Golden State, a w tym żądna krwi konferencja zachodnia wzmocniona LeBronem Jamesem.
Problem w tym, że Warriors przestali zwracać uwagę na sezon zasadniczy (jak na skalę talentu 58 wygranych w zeszłym roku wygląda żałośnie), a w play-off wchodzą na taki bieg, że potrafią uciec z prawie każdej trudnej sytuacji (R.I.P Spurs, Thunder i Rockets).
Może zatem zmiany w składzie? Aklimatyzacja Duranta przebiegła bezboleśnie, szczególnie że sam zainteresowany dążył do tego, aby grać w składzie, który stawia na rozrywkową ofensywę, i wprowadził trend nowoczesnej defensywy do ligi. Durant spędził w Oakland już dwa lata, a zarządowi nie uśmiecha się transferować kogokolwiek z głównej czwórki, tylko dlatego żeby namieszać.
W tym momencie w sukurs przychodzi kontuzjowany DeMarcus Cousins. Po zerwanym ścięgnie Achillesa marzenia o gigantycznym kontrakcie ulotniły się, a Pelicans zdecydowali, że nie chcą oferować mu dużych pieniędzy, zwłaszcza kiedy zobaczyli jak dobrze wyglądała gra z Anthonym Davisem na centrze. Reputacja "raka szatni" spowodowała, że prawie nikt w lidze nie chciał wystosować satysfakcjonującej oferty dla Cousinsa. Dla Warriors jednak kulturowy wstrząs tego kalibru wydawał się idealny. Po pierwsze dodawał Kerrowi nową strategiczną zabawkę potrzebną w budowaniu najlepszej ofensywy w lidze, a po drugie wytworzył mentalność "zdobądźmy tytuł dla DeMarcusa". Cousins podpisując jednoroczny kontrakt o średniej wartości (około $5.5 miliona) postawił na siebie, próbując odbudować się w systemie, który nie położy całej odpowiedzialności na niego. Kiedy Cousins wróci do gry (grudzień? styczeń?) Golden State zacznie eksperymentować, sprawdzając różne kombinacje na boisku w ramach koszykarskiego laboratorium. Jeśli cała sprawa Cousins + Warriors zacznie przypominać grecką tragedię, zarząd może się go bezceremonialnie pozbyć. Na razie wygląda na to, że obu stronom mocno zależy.

Ale jak ich na to stać?

Warriors przenoszą się do nowej hali w San Francisco, gdzie ceny biletów będą dopasowane do publiczności (bogole z Doliny Krzemowej), a sukces przynosi dodatkowych sponsorów. Kiedy w NBA franczyzy wychodzą płacami poza tzw. Luxury Tax, ich podatki od każdego wydanego dolara mnoży się przez coraz większy przelicznik. W tym sezonie Warriors zapłacą około $75 milionów "kary", ale właściciele zgodzili się płacić to, co trzeba za jedną z najlepszych drużyn w historii. Steph Curry podpisał kontrakt na $200 milionów i pozostanie z drużyną do 2022. Kevin Durant podchodzi do swoich umów jak LeBron James, dając sobie opcję ucieczki po jednym sezonie (jednocześnie akceptując mniej kasy niż maksimum, działając dla dobra klubu). Uzupełnienia składu to minimalne kontrakty, albo zawodnicy na pierwszorocznych kontraktach.

Kiedy to się skończy?

Być może już w przyszłym sezonie, kiedy nadejdzie czas, aby zapłacić Klayowi Thompsonowi. Możliwy scenariusz zakłada, że zarząd oferuje Thompsonowi tyle pieniędzy, ile sobie zażyczy, przełykając gorzką pigułkę kosztownego podatku. Alternatywnie - Klay przyjmie ofertę kontraktową od innej drużyny, chcąc sprawdzić się w innym środowisku. Ewentualnie opcja po taniości, czyli Golden State rzuca specjalnie niską ofertę, wiedząc, że Thompson jej nie przyjmie. Na ten moment najbliższy prawdy wydaje się scenariusz numer 1, ale kto tam Klaya wie?

O wiele bardziej kibice powinni niepokoić się o Kevina Duranta, którego myśli nie da się odczytać. W dziwny sposób uciekł z OKC, wygrał to co mógł wygrać w GSW, ale ciągle nie wygląda na zadowolonego i usatysfakcjonowanego. Krążące wokół ligi plotki mówią o Nowym Jorku, ale wszystkie informacje, które nie pochodzą bezpośrednio z ust Duranta, wypowiadane w lipcu 2019 można uznawać za kłamstwa. Golden State gwarantuje mu sukces, ale po 11 latach w lidze ciągle nie wiadomo, czy tylko o to mu chodzi.

Przewidywania

Golden State nie ma żadnego zysku w tym, aby wygrywać w sezonie zasadniczym. Oczekuję że dla zdrowia zawodników zobaczymy mnóstwo meczy bez przynajmniej jednego z głównej czwórki. Druga część sezonu zapowiada się jako "eksperyment DeMarcus", co też oznacza porażki. Las Vegas wierzy w siłę talentu dając over/under na 62.5. Ja nie widzę takiej potrzeby, under 57-25.

Zapowiedź sezonu 2018/19 - Detroit Pistons

Drogi Mateuszu,

Wczytywanie się w skład i budżet Detroit Pistons służy tylko pogłębianiu epizodów depresyjnych. Przeprowadźmy analizę kto odpowiada za taki stan rzeczy.

Całość NBA zmierza do zrozumienia przynajmniej dwóch prawd - rzut za trzy warty jest więcej niż ten za dwa; dyrektor sportowy nie powinien być jednocześnie trenerem, a trener dyrektorem sportowym. Jedna po drugiej, uczące się na błędach franczyzy rezygnują z modelu władcy absolutnego - Doc Rivers w Los Angeles Clippers stracił część władzy, akceptując pozostanie trenerem, Tom Thibodeau w Minnesocie za chwilę pożegna się z pracą, a Gregg Popovich stanowi wyjątek od reguły. Detroit przed sezonem zachowało się mądrze, i poprosiło Stana Van Gundy, aby oddał moc transferową w inne ręce. Jako szkoleniowiec starej szkoły, Van Gundy nie zgodził się na takie rozwiązanie, i pożegnał się z pracą. Jego spuścizna pozostanie z zespołem na długie lata.

Widzisz, przed erą rozsądnego zarządzania koszykówką, Detroit Pistons rządzili na wschodzie. Od 2003 do 2008 co sezon docierali minimum do finału konferencji, zdobywając tytuł w 2004 roku. Gdy ta magiczna drużyna dotarła do swojej daty ważności, Pistons pogrążyli się w średniactwie, rzadko dając sobie szansę na naprawdę na wybranie prawdziwej gwiazdy w drafcie, a jednocześnie nie zbliżając się nawet do play-off. Architekt wcześniejszych sukcesów, Joe Dumars, okazał się nieprzygotowany intelektualnie do starcia ze zmieniającą się ligą. Bzdurne transfery i przepłacone kontrakty spowodowały, że jego gwiazda przygasła w Detroit, a nowi właściciele zdecydowali się zadzwonić do sprawdzonego trenera, zachęcając go zapewnieniem pozycji dyrektora sportowego. Po tym jak bezceremonialnie pożegnano się z Van Gundym w Orlando (które doprowadził między innymi do finałów), pełna kontrola nad składem była spełnieniem jego marzeń.

Łączenie obu zawodów to głupi pomysł ponieważ nakład pracy na każdej pozycji przedstawia się gigantycznie. W przypadku mocniejszego zaangażowania w politykę transferową, odpuszcza się dokładność treningów, a jeśli oddaje się serce treningowi, to nie ma czasu na zgłębianie niuansów salary cap i szczegółowe poznawanie reszty ligi. O jakości pracy świadczy też inny zbiór kompetencji miękkich. Dyrektor sportowy musi wykazać się chłodną głową, analitycznym podejściem do drużyny, i długofalowym myśleniem. W sferze rozmyślań menedżera pojawiają się takie kwestie jak: "czy warto przegrać kilka spotkań teraz, żeby przyszłość była jaśniejsza?". Dla trenera takie myśli to anatema, ponieważ jego głównym zadaniem jest przygotowanie zespołu do wygrania każdego spotkania, pal licho przyszłość. Gdy właściciele klubu obsadzają obie pozycje tym samym człowiekiem muszą liczyć się z ciągłym wewnętrznym konfliktem trenera-dyrektora sportowego.

Oczywiście Pistons nie okazali się wyjątkiem, a prawie wszystkie manewry Van Gundy'ego świadczyły o tym, że interesuje go tylko tu i teraz. W połowie poprzedniego sezonu doszło do ostatecznego zwycięstwa trenera nad dyrektorem, kiedy Stan Van zapragnął ściągnąć do Michigan jakąś gwiazdę ligi, jednocześnie ratując swoją chwiejną pozycję. Swoją "ofiarę" upatrzył w Los Angeles Clippers, gdzie starzejący się Blake Griffin przestał pasować do nowej filozofii odbudowy (wprowadzonej przez faktycznych dyrektorów, a nie trenera). Wymiana uwzględniała dwóch dobrych zawodników i wybór w drafcie ze strony Pistons, oraz Griffina i pierdoły ze strony Clippers. Przez moment w Motor City zapanowała euforia, gdy sparowanie Andre Drummond na centrze i Griffin na silnym skrzydłowym pozwoliło wygrać cztery spotkania z rzędu. Iluzja szybko opadła, gdy Blake'a dopadły spodziewane problemy zdrowotne, a Pistons zajęli 9 miejsce w konferencji, cztery wygrane za Wizards na 8. miejscu. Stan Van Gundy, zgodnie z oczekiwaniami, pożegnał się z pracą, a Detroit zostało niczym Himilsbach z angielskim z 4-letnim kontraktem Griffina opiewającym w ostatnim roku na $39 milionów!

Dlaczego w zapowiedzi przyszłego sezonu skupiam się tak mocno na przeszłości? Ponieważ w tym sezonie nic się nie zmieni. Pistons mają ulokowaną grubą kasę w trzech zawodników: Griffin, Drummond i Reggie Jackson, a każdy z nich przynosi zestaw konkretnych wad. Z Griffina zaczyna uciekać atletyzm na którym mocno opierał swoją wczesną dominację. W późniejszych latach z Clippers Blake rozwinął inne aspekty swojej gry, stając się jednym z najlepszych podających na swojej pozycji i doprowadzając swój rzut z dystansu do akceptowalnego poziomu. Jednakże Griffin w prime przerażał przeciwników wjazdem pod kosz i absurdalną skocznością. Tego już nie ma (podobnie jak zdrowia i defensywy). Andre Drummond (28 baniek na sezon) przez całą karierę rzucał wolne ze skutecznością 40%. W poprzednim sezonie podniósł ten rezultat do akceptowalnych 60%, ale uwierzę jak zobaczę. Drummond to nie jest zły zawodnik, ale po prostu słabo pasują do siebie z Griffinem, jako że obaj operują blisko kosza, a aż tyle miejsca tam nie ma. Reggie Jackson to średni, samolubny rozgrywający, który ma wieczne problemy z kontuzjami. Gdyby ten tercet grał razem przez cały sezon to nie miałbym wątpliwości co do awansu do play-off w słabiutkiej konferencji. Bardziej prawdopodobne zdaje się, że zagrają razem ~40 spotkań.

Zadanie poukładania żałośnie przepłaconego składu otrzymał były trener Toronto Raptors, czyli Dwayne Casey. Tym razem nie popełniono błędu i nie zagwarantowano mu dwóch etatów. Casey to dobry szkoleniowiec dbający o szczegóły w defensywie, i rozwijający młodych zawodników. W Detroit stanie przed dużym wyzwaniem próbując sklecić coś co przypomina spójny zespół z dziwnego zbioru zawodników.

Ten sezon dla Detroit wydaje się bezcelowy.

Czy mogą awansować do play-off? Mogą
Czy mają za dużo talentu, żeby w razie braku awansu wybrać wysoko w drafcie? Mają.
Czy odchudzenie składu wymagać będzie transferowej magii? Będzie.

Detroit Pistons, witamy w piekle średniactwa. Proszę rozsiąść się wygodnie, bo spędzimy tu razem następne trzy lata.

Przewidywania

Las Vegas mówi 37.5 zwycięstw. Na to odpowiadam over, i play-off z żałosnym wynikiem końcowym - 38/44

środa, 3 października 2018

Zapowiedź sezonu 2018/19 - Denver Nuggets

Drogi Mateuszu,

Denver Nuggets zakończyło ostatni sezon w katastrofalnych okolicznościach. Cały sezon zbiegł na tym, aby dopasować Paula Millsapa do jednej z najbardziej wydajnych ofensyw w lidze. Po balansowaniu między średnim, a niezłym poziomem przez cały rok, w kwietniu ostatecznie udało im się wygrać na tyle spotkań, aby stanąć do bezpośredniej walki o play-off z Minnesota Timberwolves.

Końcówka sezonu, przy ustalonych pozycjach w tabeli, to dla wielu zespołów okazja na sprawdzenie młodych zawodników i upewnianie się, że gwiazdy mogą odpocząć przed play-off. Nie w konferencji zachodniej 2017/18. Różnica między rozstawionymi z trzecim numerem Portland Trail Blazers, a ósmym miejscem wynosiła zaledwie dwie wygrane. O tym, kto spotka się w pierwszej rundzie z Houston Rockets miało zadecydować spotkanie ostatniej kolejki. Porażka zapewniała dwa dodatkowe miesiące wolnego. Mecz o taką stawkę w sezonie zasadniczym jaki rozegrano w Minneapolis zdarza się raz na 10 lat. Nikola Jokic rozgrywał znakomite spotkanie przez trzy kwarty, aż w końcu koszykarze Timberwolves dostrzegli jego zmęczenie, i bezlitośnie atakowali go pod koszem Nuggets. Denver przez cały mecz musiało gonić wynik, a robiło to na tyle skutecznie, że doprowadziło do dogrywki. Ostatecznie Karl Anthony Towns i Jimmy Butler wytrzymali ciężar gatunkowy spotkania i wprowadzili Minnesotę do play-off po 12 latach przerwy, a Nuggets dostali całe lato na trawienie porażki.

Paradoksalnie, przed rozpoczęciem sezonu, to Nuggets wyglądają na drużynę lepiej przygotowaną do sezonu. Przede wszystkim znają swój skład, oparty na młodych zawodnikach, wiedząc kto jest liderem, i wracając do topu ligi pod względem ataku. Denver Nuggets wyrobili sobie koszykarską osobowość. Minnesota z kolei cały czas zastanawia się, gdzie oddać Jimmy'ego Butlera (ale to zgłębię wtedy, gdy dotrzemy do litery M).

Czy dzięki temu Nuggets w tym sezonie unikną tragicznego losu?

Odpowiedź jest... niejasna. Główna siła zespołu z Colorado tkwi w tym, jak mocno hula ich ofensywa, oraz jak wysoko nad powierzchnią morza grają. Denver nie zwykło przegrywać na swoim boisku, narzucając zadyszanym przeciwnikom wysokie, ciężkie do wytrzymania tempo. Wspomniany wcześniej Jokic, najlepiej podający center w lidze (a może nawet w historii?) wbrew swojemu powściągliwemu charakterowi przejął absolutną kontrolę nad zespołem rozdzielając piłki dla tak utalentowanych zawodników jak Jamal Murray, Gary Harris, czy Will Barton, a w każdym sporcie zespołowym ofensywnie usposobieni zawodnicy lubią grać z kimś, kto nie ma problemów z oddawaniem piłki. Dla dobrej oglądalności powinniśmy życzyć sobie, aby Jokic faktycznie przystąpił do sezonu z takim samym nastawieniem, z jakim zakończył ostatni, zwłaszcza, że w tej konferencji nie wolno przysnąć ani na chwilę. Paul Millsap ze swoim doświadczeniem ma wprowadzić skuteczność i inteligencję w obronie.

Jeśli Nuggets po raz kolejny zawalą sezon, to nie będą mogli odwrócić swojego losu tak szybko, ponieważ są przywiązani do trzonu zespołu na przynajmniej dwa lata. Jeśli któryś z czołowych zawodników nie zagra na miarę swojego kontraktu (a kilku młodych czeka na grube podwyżki), to przed Denver staną poważne problemy finansowe i widmo kolejnej długiej przebudowy. Dlatego tak ważnym jest, aby Nuggets nie toczyli walki o być albo nie być przez cały sezon, ale żeby faktycznie uczestniczyli w walce o wysokie pozycje.

Z kim zatem konkurują?

Golden State Warriors i Houston Rockets już przed sezonem wydają się być w innej lidze. Utah Jazz ma wszystkie warunki do tego, aby wskoczyć na trzecie miejsce w konferencji, pod warunkiem, że nie ucieknie im zdrowie. Oklahoma City Thunder i Los Angeles Lakers niesione są nazwiskami gwiazd. New Orleans Pelicans dysponuje jednym z trzech najlepszych zawodników w lidze, a latem wzmocnili głębię składu. Wiemy czego oczekiwać od zespołów opartych na systemach gry, które stabilizują sytuację w San Antonio Spurs i Portland Trail Blazers nawet przy poważnych zmianach w składzie. Clippers, Mavericks i Grizzlies przynajmniej na początku sezonu będą chciały stanąć w szranki z ligowymi potęgami. Denver Nuggets mają naprawdę mocny skład, który posiada umiejętności zarówno na teraz, jak i na przyszły rozwój. Kiedy jednak w konferencji gra przynajmniej 11 zespołów aspirujących do tronu, ktoś nieuchronnie musi odpaść. Już w zeszłym sezonie Nuggets wykoleili się na ostatnim zakręcie, w tym roku może być podobnie.

Przewidywania

Las Vegas daje over/under na wysokie 47.5. W trakcie pisania tej zapowiedzi przekonałem sam siebie, że to faktycznie za wysoko. Under, 45-37

wtorek, 2 października 2018

Zapowiedź sezonu 2018/19 - Dallas Mavericks

Drogi Mateuszu,

Zacznijmy od powrotu do przeszłości, a konkretnie do początku lipca 2015. DeAndre Jordan, 27-letni center z Los Angeles Clippers, po raz pierwszy w karierze podejmuje samodzielną decyzję na temat swojego kolejnego kontraktu. Clippers po raz pierwszy w historii wyglądają zdecydowanie lepiej niż Lakers, opierając się na sile właśnie Jordana, Blake'a Griffina, i Chrisa Paula. Po rozpoczęciu terminu negocjacji kontraktowych, DeAndre daje się jednak przekonać Dallas Mavericks, że warto podpisać z nimi umowę, i spróbować sił w zupełnie nowym środowisku (które gwarantowało brak krzyków i obrazy Chrisa Paula). Jako że rozmowa odbyła się dopiero 3. lipca, Jordan i Mavericks dogadali się tylko werbalnie (oficjalnie kontrakty można podpisywać dopiero po 6. lipca). Nigdy wcześniej w historii nikt nie wycofał się z takiej dżentelmeńskiej umowy, więc cała liga traktowała przejście Jordana do Dallas jako "done deal".

Inne zdanie na ten temat mieli jego koledzy z drużyny, którzy przetransportowali się do domu DeAndre, wstawili na Twittera zdjęcie zamkniętych drzwi podpartych przez krzesło, i zabrali się do renegocjowania miejsca pobytu centra w nadchodzącym sezonie. Mark Cuban i jego Mavericks mogli tylko z przerażeniem obserwować jak pewność Jordana co do przeprowadzki upada, a następnie doznali kolejnego upokorzenia na rynku wolnej agentury, kiedy DeAndre zakomunikował światu że wróci do Los Angeles na prawie takich samych warunkach, jakie miał otrzymać od Dallas. Tym sposobem Mavericks do sali sław przegranych negocjacji, w której znaleźli się Chris Bosh, Chris Paul i Dwight Howard, dołożyli jeszcze Jordana. Z drugiej strony Clippers w tym samym składzie mieli kontynuować marsz w górę zachodniej konferencji, wieńcząc to upragnionym tytułem.

Jak się okazało, to pierwotnie niechętny na pozostanie DeAndre Jordan został w Los Angeles najdłużej. Chris Paul zmęczył się brakiem ostatecznego sukcesu i zorganizował sobie transfer do Houston (zeszłoroczny finał konferencji). Blake Griffin podpisał najwyższy możliwy 5-letni kontrakt, a następnie po pół roku bezceremonialnie wytransferowano go do Detroit Pistons. Dla Jordana nie pozostało nic innego jak grzecznie dograć sezon do końca, i zapytać Mavericks czy znajdą w sercu przebaczenie trzy lata po zdradzie. Dallas wybaczyło, i podpisało ze skocznym centrem jednoroczną umowę, jednocześnie rozwiązując podkoszowy problem nękający ich od 2012 roku. W NBA takie dziwactwa są na porządku dziennym.

W 2018 roku przyjście Jordana do Dallas oznacza kolejny krok w nowej erze Mavericks, którzy od dwóch sezonów strasznie cieniowali, zwłaszcza w porównaniu z niezmiernie udanymi dwiema poprzednimi dekadami. Dirk Nowitzki zestarzał się na tyle godnie, na ile ledwo poruszający się po boisku gigant potrafi, ale zarząd Mavericks nie potrafił dołożyć do niego drużyny, która odprowadziłaby go na zasłużoną emeryturę w glorii chwały. W tym roku (prawdopodobnie ostatnim dla Dirka) może to wyglądać trochę inaczej. Dwa ostatnie wybory w drafcie, czyli Dennis Smith Jr. i Luka Doncic wyglądają interesująco, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że Doncic trafia do ligi jako najbardziej utytułowany nastolatek w historii. Zanosi się na to, że kontrolę nad franczyzą po jednym znakomitym europejczyku przejmie kolejny (o którym sam Nowitzki mówi, że w wieku 19 lat prezentuje się o wiele lepiej, niż on jako 21-latek). W przyszłości możemy patrzeć na ten draft i obserwować przynajmniej trzy zespoły, które mogą pluć sobie w brodę rezygnując z wyboru Luki.

Z drugiej strony cieszy fakt, że Doncic trafił do dobrze zarządzanego zespołu, z trenerem, który nie musi martwić się o swoją posadę. Pozostałe drużyny, czyli: Phoenix Suns (wybierali z nr. 1) cały czas próbują odnaleźć nową tożsamość, Sacramento Kings (nr 2) to wieloletnia patologia, marnująca nawet takie talenty jak DeMarcus Cousins, a Atlanta Hawks (nr 3) postawili na Trae Younga, ale też znajdują się w o wiele wcześniejszym etapie odbudowy niż Dallas. W Teksasie nie będzie tragedii, nawet jeśli słoweńskiemu fenomenowi zejdzie trochę dłużej na dostosowaniu się do ligi.

Wspomniany wcześniej DeAndre Jordan wzmocni defensywę blokując przeciwnikom drogę do kosza i ściągając wszystkie zbiórki w pobliżu. Pomimo 30 lat, cały czas potrafi rozpędzić się do kosza i pakować piłki z potworną siłą, zwłaszcza, jeśli wspiera go taki podający jak Doncic. Jego atletyzm będzie stopniowo ulegał degradacji, ale jeszcze w tym sezonie zobaczymy niejedną powtórkę, w trakcie której Jordan zdemoluje mniejszych przeciwników.

Oprócz Jordana i młodzieży, skład Mavericks ma też kilku weteranów, którzy z niejednego pieca chleb jedli, i zazwyczaj przyczyniają się do zwycięskiej koszykówki. Harrison Barnes zdobył jeden tytuł z Golden State Warriors, a w Dallas dostał szansę popracowania nad akcjami indywidualnymi. Wes Matthews celnie rzuca za trzy, i wygląda o wiele lepiej, niż gdy pierwszy raz wrócił po zerwaniu ścięgna Achillesa. J.J. Barea i Dirk pracują nad swoją chemią i grą dwójkową od wielu, wielu lat. Nawet sam Nowitzki może przydać się w trudnych momentach sezonu.
Trener Mavericks, czyli Rick Carlisle uznawany jest za jednego z czołowych szkoleniowców w lidze, jest wymagający, ale jednocześnie kreatywny i wyciskający to, co może z mniej utalentowanych zawodników. Mając do dyspozycji więcej talentu niż w poprzednich sezonach, możemy spodziewać się, że doprowadzi drużynę do takiego poziomu, że wizyta w Dallas oznaczać będzie twardą bitwę dla każdego, nawet najtrudniejszego rywala.

Dobry sezon dla Mavericks tak naprawdę oznaczać będzie początek powrotu, i godne pożegnanie z legendą, ale jeśli tylko pojawi się szansa na dotarcie do play-off, to na pewno nie omieszkają jej wykorzystać. Dalsza przyszłość leży na w rękach Doncica.

Przewidywania

Las Vegas widzi trudność konferencji, i nie wierzy w Lukę tak mocno, jak ja - over/under 34.5. Moim zdaniem Mavericks mogą być zaskoczeniem tego sezonu: 41-41. 

poniedziałek, 1 października 2018

Zapowiedź sezonu 2018/19 - Cleveland Cavaliers

Drogi Mateuszu,

Cleveland Cavaliers przeżywają deja vu z 2010, z tą różnicą, że o ile 8 lat temu fani tłumnie palili koszulki LeBrona Jamesa odchodzącego do Miami Heat, tym razem obserwując Jamesa przeprowadzającego się do Los Angeles tylko poważnie potakują głowami mówiąc: "w zasadzie to nie ma co się dziwić". James wycisnął maksimum ze swojego powrotu do Cleveland, wygrywając mistrzostwo dla miasta, które czekało na nie ponad 50 lat (Cleveland Browns wygrali wtedy w futbolu amerykańskim), dodatkowo robiąc to stylu, który na zawsze przejdzie do historii. Pokonanie Golden State Warriors, którzy aspirowali do miana najlepszej drużyny w historii, wyciągając rezultat z 1-3 na 4-3, stanowi złotą gwiazdkę na certyfikacie podsumowującą karierę LeBrona. Gdyby w 2014/15 roku Kyrie i Kevin Love nie stracili odpowiednio kolana i ramienia, Bron miałby dwa mistrzostwa? Może gdyby Cavaliers nie wygrali w 2016, Kevin Durant nie dołączyłby do najmniej sprawiedliwej drużyny w historii? Może gdyby Cavs wygrali chociaż jeden z tych tytułów, oglądalibyśmy Brona w Lakers o wiele wcześniej?

Żyjemy w rzeczywistości w której żyjemy, i Golden State Warriors czwarty raz z rzędu przystępują do sezonu jako murowani faworyci do tytułu, a LeBron zdecydował, że zbieg jego zainteresowań koszykarskich oraz biznesowych ma większe szanse na powodzenie w Kalifornii niż w Ohio, jednocześnie po cichu rezygnując z mistrzowskich aspiracji w tym sezonie.

Pomimo takiej straty, w Cleveland drużyna musi nadal funkcjonować, ciągle złożona z zawodników sprowadzanych po to, aby wspierać styl grania LeBrona... którego już nie ma. Cavaliers przez cztery lata obecności "Króla" dokonywali ruchów tylko krótkoterminowych, wymuszonych przez kontrakty, które chciał podpisywać James. Ich formuła prezentowała się następująco: LeBron podpisuje najdroższą dwuletnią umowę, zawsze z opcją zawodniczą na drugi sezon. Przed drugim sezonem rezygnuje z opcji zawodniczej i podpisuje nową wersję tej samej umowy, i tak ad infinitum. Reagując na takie zachowanie, zarząd Cavaliers nie miał innego wyjścia, jak sprowadzać doświadczonych zawodników, i oferować kolegom Brona z zespołu przepłacone kontrakty, żyjąc w strachu przed kolejną ucieczką do ziemi, gdzie słoneczko pali przez cały rok. Rezultat widać w płacach na nadchodzący sezon. (Swoją drogą James na koniec kariery wreszcie zainteresował się planem długofalowym, jako że z Lakers podpisał umowę na 4 lata, zostawiając Magicowi Johnsonowi pole manewru przy budowie zespołu).

Podobnie jak w 2010, Cavaliers szumnie zapowiadają, że ten sezon nie zostanie spisany na straty. Ich pierwszym letnim ruchem okazało się przedłużenie kontraktu z jedyną pozostałą w Ohio gwiazdą, czyli Kevinem Love na dodatkowe 4 lata i $120 milionów. 30-letni Love w tym i następnym sezonie powinien się spłacić, zwłaszcza jeśli odczaruje trochę zaginionej magii z Minnesoty, ale 34-letni Love otrzymujący prawie $32 miliony na sezon wprowadza mnie w niepokój. Kev nie jest zrobiony ze szkła, ale powiedzmy z kwarcu (wg skali Mohsa), i w dwóch ostatnich sezonach zagrał odpowiednio 60 i 59 spotkań. Jeśli jego zdrowie będzie podupadać, nie ma nikogo, kto może pociągnąć ofensywę. Cavaliers nie mieli jednak wyjścia. Po odejściu LeBrona Cleveland potrzebne było im wizerunkowe zwycięstwo, i zakontraktowanie jedynego naprawdę dobrego zawodnika w składzie ma dokładnie to oznaczać.

Pozostali doświadczeni zawodnicy to nie gracze, a kontrakty, które mają powoli wygasnąć: George Hill, Tristan Thompson i J.R. Smith to koszykarze, których umiejętności pasowały do systemu gry nazwanego: "oddajcie piłkę LeBronowi", więc automatycznie traktujemy ich jako rynkowe dobra o małej wartości, do przesuwania w transakcjach. Jordan Clarkson to niepozbywalny się balast, oddający przynajmniej 5 głupich rzutów na spotkanie. Kyle Korver ma 37 lat i zasługuje na jeszcze jedną szansę gry w liczących się drużynach.

Rok temu transfer do Boston Celtics wymusił Kyrie Irving. W zamian Cavaliers otrzymali wybór w drafcie, który zależał od zeszłosezonowej pozycji Brooklyn Nets (8. miejsce od końca w lidze), uznawany za największą nagrodę tej transakcji dla Cleveland. Cavs wybrali Collina Sextona, dynamicznego rozgrywającego, którego (trudnym) zadaniem będzie przyspieszyć ofensywę drużyny, w dużej mierze uzależnioną od ramolowatych weteranów. Poza nim robi się smutno, gdyż tacy gracze, jak Larry Nance Jr., Cedi Osman, czy Rodney Hood wykazali już swoje ograniczenia, i raczej nie eksplodują sekretnymi umiejętnościami. Hood zawiódł najbardziej, nie przenosząc umiejętności punktowania z każdej pozycji na boisku z Utah do Cleveland, i sprawiając problemy charakterologiczne (odmówił wejścia z ławki w play-off!).

Głównym zadaniem Cavaliers w tym sezonie będzie przetrwanie. Sexton i Love mają wyglądać dobrze, ale najwięcej pracy wykona zarząd szukając sensownych transferów dla weteranów. Jeśli chcieliby zachować wybór w drafcie, to muszą być przynajmniej 10. najgorszą drużyną w lidze (prawdopodobne). Dużo zależeć będzie od początku sezonu - jeśli Love zachowa zdrowie, a ofensywa znajdzie pomysł na siebie bez LeBrona, Cavaliers mogą atakować okno transferowe, próbując wepchnąć się do play-off. Na bardziej prawdopodobny wygląda mi scenariusz z masową wyprzedażą, oszczędzaniem Love'a i oddaniem kluczyków Sextonowi, a to nie będzie gwarantowało zwycięstw.

Przewidywania

Over/under Las Vegas to 30.5, co brzmi rozsądnie i oddaje widełki w drodze dla Cleveland. Podobnie jak w 2010 obstawiam wersję pesymistyczną i daję under 27-55.

Zapowiedź sezonu 2018/19 - Chicago Bulls

Drogi Mateuszu,

Kiedy Bulls wytransferowali w zeszłym roku Jimmy'ego Butlera do Minnesoty, w zamian otrzymując dwóch młodych zawodników i 7. pozycję w drafcie, wiedzieli, że nadchodzi okres poważnej przebudowy. Sezon 2017/18 miał służyć strategicznemu przegrywaniu, po to, aby jak najszybciej wrócić do czasów chwały, jak za zdrowego Derricka Rose'a i Joakima Noah. Ich wysiłek prawie został zmarnowany, kiedy Nikola Mirotic w grudniu odpalił fajerwerki, prowadząc Bulls do kilku dodatkowych, niechcianych zwycięstw. Nie chcą ostatecznie rujnować swoich planów, Chicago oddało go w lutym do Pelicans, ale jeszcze tragiczniejsza forma pozostałych drużyn z dołu ligi, ścigających się o najgorszy bilans zwycięstw i porażek, spowodowała, że Bulls ponownie wybierali z numerem 7.

Teraz, gdy okazuje się, że Butler chce jak najprędzej uciekać z Minnesoty, zmienia się percepcja transferu dokonanego przez zarząd Bulls. Bezpośrednie po transakcji, za najciekawszy składnik uznawano Zacha Lavine, rozwijającego się rzucającego obrońcy, z drobnymi umiejętnościami rozgrywania, który skacze jak pasikonik (dwa razy wygrał konkurs wsadów), ale w obronie pozostawia wiele do życzenia. Franczyza uwierzyła w niego, proponując mu 4-letni kontrakt, z równą pensją $19.5 miliona na sezon. Jak na niesprawdzonego zawodnika, który ma za sobą zerwane więzadła, to ryzykowna inwestycja, ale Bull przewidują, że Lavine wykorzysta więcej niż tylko talent atletyczny, dokładając do tego punktowanie w okolicach 20/mecz i wreszcie mocniej starając się w defensywie. Chicago wyrównało kontrakt zaproponowany przez Sacramento Kings, i jeśli Lavine pójdzie negatywną ścieżką, to wtedy możemy uznać, że Bulls uratowali Kings przed poważnym błędem (a zazwyczaj działa to w drugą stronę).

Podobnym zagraniem, stawiającym na potencjał, może być wyciągnięcie Jabari Parkera z Milwaukee Bucks. Pod względem kontuzji Parker prezentuje się jeszcze gorzej niż Lavine, zrywając więzadła dwa razy w tym samym kolanie. Przez 4 sezony nie zdołał przekonać Bucks do grubej inwestycji w zawodnika wybranego przecież z nr 2. w drafcie. Parker nieco złudnie oczekiwał gwiazdorskiego kontraktu, wskazując na ofensywne statystyki (kiedy faktycznie mógł pojawić się na boisku).
Czas pokaże, czy Milwaukee podjęło właściwą decyzję zrywając tak szybko kontakty z teoretyczną gwiazdą. Bulls obserwując styl Parkera, który nieco przypomina Carmelo Anthony'ego, oraz małą ilość zawodników w składzie z dużym potencjałem, zaproponowało Parkerkowi następujące warunki: $40 milionów za 2 sezony, przy czym o drugim sezonie zadecyduje drużyna, a nie zawodnik. Ten kontrakt spełnił warunki obu stron, gdyż Parker może chwalić się, że otrzymuje $20-milionową gażę, a franczyza zapewniła sobie swobodę działania w przypadku kolejnej katastrofy kolan/słabej gry. Jeśli Parker spełni oczekiwania pokładane w niego przez trenera i zarząd, to jego umowa okaże się oszczędnością. Podobnie jak w przypadku Lavine'a nic nie jest pewne, ale moim zdaniem to Parker ma większe szanse na np. występ w meczu gwiazd, ze względu na wzrost, masę i szerszy zakres umiejętności w ataku. W zeszłorocznych play-off kibice Bucks mogli też przez chwilę zaobserwować Yeti, czyli starającego się w defensywie Parkera. Na to samo przez cały sezon będą liczyć kibce Bulls... ale przed podpisaniem kontraktu w Chicago Jabari nie popisał się PR-ową sprawnością, deklarując że: "w NBA nikt nie płaci za grę w obronie". Czas pokaże czy to sarkazm, czy głupota.

Największą nagrodą w transferze okazał się jednak numer 7. Bulls użyli go, aby zakontraktować wysokiego Fina, Lauri Markkanena. Przed draftem eksperci nie mogli się nadziwić, że patyczkowata maszynka do zdobywania trójek stoi tak wysoko w ocenie klubów. Opisywano go jako jednowymiarowego zawodnika, który może nie być fizycznie przygotowany do gry w NBA. Markkanen wziął się do przekonywania niedowiarków już latem, na mistrzostwach Europy, błyszcząc odważnym wchodzeniem pod kosz i braniem na siebie ciężaru gry dla reprezentacji Finlandii. Ostateczne wątpliwości zniknęły, kiedy okazało się, że uniwersytet w Arizonie sztucznie ograniczał jego potencjał, a sam Lauri przez cały sezon wyróżniał się nawet na tle utalentowanego zbioru pierwszoroczniaków. W tym sezonie powinien być opcją nr 1 dla Bulls, ale dopiero co okazało się, że kontuzjował łokieć wykluczając się z grania na 6-8 tygodni. Więcej miejsca dla Lavine i Parkera na monopolizowanie ofensywy?

W zeszłym roku Chicago zebrało sporo krytyki za draft, ale w tym roku sytuacja odwróciła się o 180 stopni. Wendell Carter jr. uznawany jest za jednego z najinteligentniejszych zawodników wchodzących do ligi, rozumiejący pozycjonowanie w defensywie i potrafiący kierować atakiem, niekoniecznie oddając mnóstwo rzutów. Na początku sezonu miejsce w składzie zabierze mu weteran Robin Lopez, ale jeśli Carter spełni oczekiwania, to uznaję Lopeza jako jednego murowanego kandydata do transferu.

Poza tym skład Bulls nie wygląda na tragiczny, większość zawodników cały czas ma coś do udowodnienia, a zadaniem trenera Freda Hoiberga będzie mieszanie składem, tak aby eksponować zalety graczy, a maskować ich wady. Kris Dunn potrafi bronić, ale nie rzuca. Cameron Payne nieźle rozgrywa, ale walczył z kontuzjami, Bobby Portis dysponuje szerokim arsenałem rzutów, ale zostawia otwartą bramę w obronie itd. itp. Nie sądzę, aby Bulls uczciwie walczyli o play-off (moim zdaniem nawet nie powinni, dając sobie szansę na jeszcze jeden zastrzyk talentu, chociaż kto tam wie na Wschodzie), ale tylko decyzja o kontrakcie Lavine'a mocno obciąża ich na przyszłość. Jeśli ten skład nie zacznie się sprawdzać, w przyszłym sezonie można go solidnie wyczyścić.

Przewidywania

Las Vegas wierzy w najsłabszą możliwą przyszłość stawiając over/under na 27.5. Wybieram w tym wypadku grube over 35-47.

piątek, 28 września 2018

Zapowiedź sezonu 2018/19 - Charlotte Hornets

Drogi Mateuszu,

Charlotte Hornets żyją w przekonaniu, że w ich sytuacji (mały klub, niepewna ilość kibiców w hali), koniecznie należy co sezon przynajmniej próbować awansować do play-off, nie wychylając się ani w kierunku absolutnej tragiczności, ani nie wspinając się na szczyty konferencji. Historia i ostatnie sezony nie stoją po ich stronie, gdyż praktycznie niemożliwym jest konkurencyjnie walczyć w NBA, nie posiadając w szeregach przynajmniej jednej megagwiazdy, a tę ciężko zdobyć jeśli nie ma się wysokich wyborów w drafcie, wolnych środków w cap space, i nie robi się mądrych transferów.

W tym momencie szanse Hornets w walce o niską pozycję w play-off opierają się na zdrowiu, i tym jak dobrze będzie grał Kemba Walker.

Co dalej z Kembą?

Pierwszy rzut oka na budżet Hornets powoduje załamanie rąk, szczególnie widząc jak budżet upupiony na dwa następne sezony. Jako głównego winnego uznajemy całą organizację, ponieważ to oni zdecydowali w 2016, że najmądrzejszym wydatkiem zostanie 5-letni, 120 milionowy kontrakt dla Nicolasa Batuma, francuskiego skrzydłowego, którego na pewno obdarzono talentem przy urodzeniu, ale w skali ligi plasuje się w okolicach lekko powyżej średniej. Charlotte zapłaci mu minimum 50 milionów przez dwa lata, a za trzy Batum stanie z długopisem przed biurem dyrektora sportowego zgadzając się na swoją zawodniczą opcję na kolejny rok wynoszącą 27 milionów dolarów.

Płace Hornets uwzględniają też takie tuzy jak Bismack Biyombo (niewyróżniający się, defensywny center, który nie umie łapać piłki - 34 miliony/2 lata), Marvin Williams (starzejący się snajper za 3, z szeregiem umiejętności na dostateczny plus - 30 milionów/2 lata), czy Cody Zeller (solidny podkoszowy, z kruchym zdrowiem - 42 miliony/3 lata). Wszyscy oni zarabiają znacznie więcej niż Kemba, który właśnie wchodzi w ostatni rok swojego kontraktu. Cała franczyza stoi teraz przed znaczącą decyzją - czy płacić ogromne pieniądze lojalnemu zawodnikowi, który wszem i wobec opowiada o swojej lojalności do Charlotte, ale w swojej 7-letniej karierze zaciągnął Hornets do play-off tylko dwa razy? Czy może dać mu z godnością odejść np. do Nets, czy Knicks dając szansę na występy na większej scenie niż Karolina Północna.
Bez względu na to jak dobrze pójdzie ten sezon, kontraktowe negocjacje przyprawią oficjeli o ból głowy, jako że nowa umowa dla Walkera może oznaczać poważne płatności w podatkach od luksusu. Drużyny na szczycie ligi nie mają problemu z tym, aby taki podatek zapłacić, ale niepisana zasada wśród właścicieli zespołów mówi, że głębiej sięga się do kieszeni po drużynę kandydującą do mistrzostwa.

Hornets nie stoją nawet w połowie drogi. Moim zdaniem właściciel drużyny, czyli Michael Jordan, który był bezwzględny na boisku, ale w działaniach biznesowych okazuje się starym sentymentalistą przepłaci za Walkera, trzymając Charlotte w ligowej szarówce przez kilka następnych lat, a my stracimy okazję zobaczyć umiejętności dryblingu, sprytnych manewrów, i kluczowych rzutów Walkera w naprawdę ważnych konfrontacjach.

Gdzie leży nadzieja?

W dwóch poprzednich sezonach Charlotte wygrało tylko po 36 spotkań, co nie starczyło na wejście do play-off, ale pozwoliło wybierać w drafcie na nienajgorszej pozycji. Malik Monk (wchodzący w drugi sezon) i tegoroczny rookie Miles Bridges przystępowali do draftu z opinią utalentowanych zawodników, nieźle pasujących do współczesnego NBA.
Monk potrafi kreować rzut dla samego siebie, nie waha się odpalać bomb za trzy, a jego zdolności atletyczne, teoretycznie dają nadzieję na rozwój w kompetentnego obrońcę. W zeszłym roku jego największą przeszkodą okazał się konserwatywnie nastawiony trener Steve Clifford, który karał Monka ławką za nieuwagę w defensywie i błędne decyzje w ataku. Z Cliffordem pożegnano się po sezonie, i zastąpiono go Jamesem Borrego, do którego zadań należy między innymi wyciągnięcie z Monka czegoś więcej. Aby ten wybór w drafcie nie okazał się nieudany, w drugim sezonie oczekuję, że Malik przynajmniej podwoi minuty i punkty na boisku (w 2017/18 odpowiednio: 13.5 i 6.5).

Miles Bridges to hybryda zawodnika podkoszowego i obwodowego, pozwalająca myśleć o nim jako o obrońcy niskich skrzydłowych i silnych skrzydłowych. Bridges to doświadczony zawodnik uniwersytecki z dobrą etyką pracy i atutami siłowymi. Nikt nie będzie oczekiwał od niego, że eksploduje w NBA, ale każdy plusik przy jego nazwisku, to szansa, że kolejne sezony Hornets nie będą zmarnowane.

Co roku kibice w Charlotte wierzą, że Michael Kidd-Gilchrist przystąpi do nowego sezonu z odczarowanym rzutem z dystansu. Do tej pory czekało ich 5 lat rozczarowań.

Przy tak słabej dolnej części konferencji Charlotte do końca sezonu może liczyć się w walce o pozycje od 6 do 8, ale sukcesów w play-off nie wróżę. Serial z Kembą będzie znacznie ciekawszy.

Przewidywania

Las Vegas daje over/under na 35.5, co wydaje się bardzo rozsądne. Wybieram niewielkie over - 38-44

piątek, 21 września 2018

Zapowiedź sezonu 2018/19 - Brooklyn Nets

Drogi Mateuszu,

Wyobraź sobie następującą sytuację. Do klubu przychodzi zamożny właściciel (i słowo "zamożny" to gruby eufemizm), który postanawia, że pieniądze zapewnią natychmiastowy sukces. Ludzie w zarządzie rzeczonego klubu, którzy w przeciwieństwie do właściciela znają się na piłce dostają prikaz, aby nie szczędzić środków i szybkich rozwiązań pozwalających na teleportację w górną strefę sportu. Posłuszni pracownicy wykonują polecenia, wykupując zawodników, którzy w przeszłości osiągali sukcesy, i pasują do planu marketingowo, troszkę zapominając w jakim są wieku, czy do siebie pasują i co oznacza to dla przyszłości. O jakim klubie napisałem?

Manchester City.

Z tytułu posta wiedziałeś wcześniej, że chodzi mi o Brooklyn Nets.

Kiedy Mikhail Prokhorov wkroczył do amerykańskiego sportu, chciał koniecznie przenieść transferowe wzorce z europejskiej piłki, ściągając w jednym okienku Kevina Garnetta, Paula Pierc'ea, Derona Williamsa i Joe Johnsona, licząc na to, że zbiór znanych nazwisk magicznie sprowadzi mistrzostwo do nowej hali na Brooklynie. Ponieważ każdy z wymienionych dżentelmenów miał swoje najlepsze lato dawno za sobą, całość skończyła się katastrofą. Nie wiem, czy pamiętasz, ale gdy Manchester City trzymał siedmiu dobrych napastników w tym samym składzie, to efekty okazały się podobne. W przeciwieństwie do City, Nets srogo za to zapłacili, a z ich wyborów w drafcie do zeszłego roku korzystali Boston Celtics (i wcale nie wyszły z tego ogórki). Manchester City po początkowym szoku usystematyzował politykę transferową, i wydał dodatkowe miliony, osiągając wymarzony tron ligi angielskiej. W NBA za poważne błędy płaci się latami, i nawet najgłębsze kieszenie w tym nie pomagają.

Po początkowej tragedii Prokhorov i spółka postanowili zejść na właściwą drogę. Zatrudniono Seana Marksa (jako prezydent do spraw koszykówki) i Kenny'ego Atkinsona (jako trener) z założeniem, że przyjmą wizję długofalową. Od 2016 wykonali mnóstwo pracy, czyszcząc budżet, pozbywając się niechcianych kontraktów, i próbując uzupełnić skład jakimkolwiek przypływem talentu, czy dodatkowym wyborem w drafcie. I wreszcie, po trzech latach, słońce delikatnie przedarło się przez zielone korony drzew, z logiem Bostonu na liściach.

Nets w tym sezonie mogą, i chcą, być na tyle patologiczni, aby mieć szansę na potencjalną gwiazdę w przyszłorocznym drafcie. Jednocześnie, będą próbowali wygrywać mecze, pokazując, że obrany styl gry, oraz sprowadzani zawodnicy budują kulturę, która przyniesie wyniki w przyszłości, a także zachęci wolnych agentów do wysłuchania oferty z Brooklynu. Oba cele na pozór kłócą się ze sobą, ale zmienione zasady loterii draftowej (spłaszczenie procentowej szansy na zdobycie pierwszego wyboru) sprzyjają polityce Nets. Nawet jeśli zespół odrzutków i wyrobników okaże się lepszy niż kilka najtragiczniejszych drużyn w lidze, to i tak garnitury przybiją piątki, bo ciągle zachowają szansę na elitarny talent.

Rozpisuję się na temat przeszłości, bo ciężko powiedzieć interesujące rzeczy na temat przyszłego sezonu. Mimo wszystko, spróbujmy.

Na co zwrócić uwagę w tym sezonie?

1. Kenny Atkinson to jeden z najlepszych niewidzialnych trenerów w lidze, stosujący nowoczesną taktykę, opierającą się na rzucaniu trójek, i powstrzymywaniu ich w obronie, jednocześnie oczekując od swoich zawodników wymienności pozycji, i uzupełniania swoich umiejętności. Należy mu się szacunek za to, że w czasach beznadziei zachęcił zawodników do dawania z siebie 100%, nawet jeśli sezon kończył się przegranymi sześćdziesięcioma spotkaniami. Podobnie jak Brett Brown w 76ers, jeśli tylko dostanie odpowiednio utalentowanych wykonawców, jego system natychmiast dostanie iskrę. Niestety, w przeciwieństwie do Browna, nie ma do dyspozycji nawet w połowie takich talentów jak chociażby Joel Embiid, czy Ben Simmons.

2. Czy Brooklyn potraktuje poważnie wyścig o pierwszy wybór w drafcie, czy zmobilizuje się tak mocno, że przeskoczy największych patusów wschodniej konferencji realnie walcząc o play-off. Na wschodzie może wystarczyć 37 zwycięstw, co wcale nie wygląda na nieosiągalne.

3. D'Angelo Russell został wybrany z drugim numerem w drafcie przez Los Angeles Lakers w 2015. Od tamtego czasu zdążył nagrać kolegę z zespołu, który obwieszczał, że zdradzał swoją narzeczoną (Nick Young i Iggy Azalea, sprawdź), kontuzjować kolano, i zostać bezceremonialnie wytransferowany do zespołu z najczarniejszą przyszłością. Jaki jest pozytyw dla Russella? Ciągle uznaje się go, za jednego z niewielu zawodników Nets, którzy chowają w sobie elitarny potencjał. D'Angelo to duży, szybki chłopak na pozycji rozgrywającego, który widzi mnóstwo zagrań za przestrzeni całego boiska, a do tego nie boi się oddawać trudnych rzutów. Jeśli kiedykolwiek złoży to w coś, co przypomina profesjonalnego zawodnika, zamiast walczyć z kontuzjami i własnym charakterem, to Nets trafili w dziesiątkę. Jeśli nie, to Russell wraz z kolegą z draftu, Jahlilem Okaforem, będą ścigać się o to, który pierwszy wypadnie z ligi.

4. Jarrett Allen potrafi wysoko i szybko skakać, a jednocześnie okazał się sensowniejszym obrońcą  na pozycji centra niż pokazywały przeddraftowe przewidywania. Raczej nigdy nie osiągnie takiego statusu jak największe gwiazdy ligi, ale i tak przyjemnie w Brooklynie jest wiedzieć, że można trafić na konkretnego zawodnika z dalszym numerem w drafcie (w tym wypadku 22). Czekamy na 12pkt / 8zb / 1.5 blk.

5. Jaką cierpliwością wykażą się właściciele Nets do żmudnego planu Seana Marksa (powinni dać mu lata, ale to jest sport).

6. W jakich transferach Nets będą pośredniczyć? Mają miejsce w cap space na wspomaganie trudnych transferów między trzema drużynami, a za swój trud chętnie przygarną dodatkowe dobra, które przysłużą dalszej odbudowie.

Przewidywania

Już w zeszłym sezonie, naznaczonym nagminnym przegrywaniem dookoła ligi, Nets wystawali ponad beznadzieję. Wydaje mi się, że w tym roku będzie podobnie, i Brooklyn nie skończy na samym dnie konferencji, a jeśli jakiś talent wystrzeli ponad oczekiwania, to powąchają play-off.

Vegas przewiduje over/under 32.5 

Mój typek: mocno niepewne under 31-51

czwartek, 20 września 2018

Zapowiedź sezonu 2018/19 - Boston Celtics

Drogi Mateuszu,

W przeciwieństwie do poprzedniej drużyny, czyli Atlanta Hawks, tym razem spojrzymy na zespół z poważnymi ambicjami. Boston Celtics już w poprzednim sezonie przeszli najśmielsze oczekiwania, zajmując drugie miejsce w konferencji po sezonie zasadniczymi, i docierając do finału konferencji, gdzie pewnie przeszliby dalej, gdyby nie żelazna wola LeBrona Jamesa. A wszystko to bez dwóch teoretycznie najważniejszych koszykarzy - Kyrie Irvinga i Gordona Hawyarda. Były Cavalier przez cały sezon dbał o to, aby jego kolano utrzymywało właściwą formę, ale podczas jednej z rutynowych (dla niego) operacji, do nogi wdała się infekcja i zamknęła mu sezon dwa miesiące przed play-off.

Z Haywardem było "nieco" gorzej. Podczas pierwszej kwarty meczu otwarcia przeciwko Cleveland, Gordon pofrunął do kosza po alley-oopa po podaniu Irvinga. Akcja marzeń dla fanów Bostonu, prawda? Dwa nowe nabytki łączą swoje moce, i w tych krótkich trzech sekundach malują kolorową przyszłość przed kibicami Celtics. Brutalny powrót do rzeczywistości gwarantuje niezręczny upadek Haywarda, na lewą stopę, który rozrywa mu kostkę i łamie nogę. 5 minut po rozpoczęciu sezonu nowy zawodnik Bostonu dowiaduje się, że cały sezon spędzi w szpitalach i na rehabilitacji. Nie będę linkował kontuzji, ale można znaleźć go łatwo znaleźć na YouTube.

W miejsce gwiazd o ustalonej renomie wkroczyła młodzież. Jaylen Brown, kwestionowany jako trzeci wybór w drafcie 2016, w play-offach rzucał po 18 punktów na mecz, często w krytycznych momentach, a dodatkowo przyjmował na siebie trudne zadania defensywne. Możliwe, że młodszy od niego Jayson Tatum zbudował sobie jeszcze lepszą przyszłość, podchodząc do zdobywania punktów jak stary wyga, a nie rookie. W sezonie 2018/19 w miejsce "uzupełnienia" do składu wracają zawodnicy doświadczeni, a młodzież da krok do przodu. Pytanie więc:

Jak rozdzielić kłopot bogactwa na ograniczoną ilość minut?

Na kierownicy na pewno zacznie Kyrie Irving, zmieniając się z Terrym Rozierem, który odważnym występem w play-off (zwłaszcza przeciwko Milwaukee) zaskarbił sobie fanów w całej lidze, potencjalnie zwiększając wartość swojego następnego kontraktu (w tym sezonie ledwie 3 bańki, za rok ograniczony wolny agent). Znając zdrowie Irvinga, można spodziewać się, że i teraz Rozier otrzyma swoje szanse. Do tego mamy Marcusa Smarta, który może grać na pozycji 1 i 2, Jaylena Browna, pozycje 2, 3, 4, Tatuma, pozycje 3, 4 i Gordona Haywarda - 3 i 4. Nie można gwiazd bezceremonialnie posadzić na ławkę, ale nie można też ograniczać czasu grania tak utalentowanym młodzikom. Boston ma na czym opierać swoją nadzieję, ponieważ ich trenerem od 5 lat jest Brad Stevens, który pomimo młodego wieku jawi się niczym gwiazda mocno świecąca na firmamencie często wyblakłego trenerskiego nieboskłonu. Jego styl mądrego żonglowania zawodnikami, dostosowując taktykę do konkretnych przeciwników sprawdzał się w poprzednich sezonach, a w tym może doprowadzić ich na szczyt konferencji, a może nawet do finałów.

Siłę Bostonu stanowi także pewna defensywa zarządzana przez Ala Horforda, która w zeszłym sezonie przodowała lidze. Podstawą tego faktu jest to, że Celtics nie pozwalają przeciwnikom trafiać trójek (33.9% przeciwko nim, przy ligowej średniej około 36%), ani oddawać ich specjalnie dużo (9. miejsce). Zresztą w prawie każdej zespołowej statystyce defensywnej Boston plasuje się wysoko, mając wręcz idealną ekipę do współczesnego stylu gry, opartego na tym, że każdy zawodnik może bronić przynajmniej 3 inne osoby z przeciwnej ekipy. Brown, Smart, Horford, to znakomici obrońcy, Tatum na takiego wyrasta, a reszta Celtics jest tak dobrze wytrenowana, że wie jak uprzykrzać życie nawet najlepszym ofensywom. W tym roku, jeśli zdrowie dopisze, może być tylko lepiej.

Przewidywania

Celtics nie będą bezapelacyjnie najlepszym zespołem na wschodzie tylko w dwóch przypadkach:

1. Kawhi Leonard (Toronto Raptors) wraca do formy z roku 2016/17 i automatycznie staje się najlepszym zawodnikiem w konferencji
2. Czwórka Simmons, Embiid, Fultz i Saric z 76ers zalicza gigantyczny skok do przodu prześcigając talentem drużynowe zgranie Bostonu

Te scenariusze nie są niemożliwe, ale najbardziej prawdopodobna zdaje mi się przyszłość, w której to Boston szusuje do pierwszej pozycji.

Las Vegas daje over/under na 57.5

Mój typek: over, spokojne 60-22

środa, 19 września 2018

Zapowiedź sezonu 2018/19 - Atlanta Hawks

Drogi Mateuszu,

Sezon 2018/29 zbliża się wielkimi krokami. Podobnie jak w zeszłym roku, początku sezonu doświadczymy dwa tygodnie wcześniej niż zwykle, 16 października. Zespoły w tym momencie zbierają się do przeprowadzenia obozów, gracze wracają napakowani mięśniami/ ze straconymi kilogramami/nieskończonym repertuarem nowych, niepowstrzymywalnych zagrań, i tym niedościgłym dla niektórych rzutem z dystansu, ćwiczonym na Instagramowych filmikach. Zanim zacznie się właściwa zabawa, to przed nami jeszcze 6 meczów przedsezonowych, które, w zależności od wyników, będą absolutnie ignorowane, albo wyciągnięte zostaną z nich absurdalne wnioski. Składy drużyn w większości są gotowe, drobne ruchy mogą pojawić się na marginesach poszczególnych składów. Pierwsze rozmowy o poważnych transferach usłyszymy dopiero, kiedy komuś kompletnie nie wypali początek sezonu, i tęskno spojrzy na utalentowanych koszykarzy w drafcie, następnie dekonstruując swoją ekipę tak, aby nie wygrywała za dużo. Spodziewaj się wzmożonego ruchu od grudnia do lutego. We wrześniu prawie każdy jest zadowolony z tego, co ma.

Moje spojrzenie na nowy sezon zacznę od Atlanta Hawks, wykorzystując skomplikowany algorytm sortujący zespoły według tego, jak nisko w kolejności liter znajduje się pierwsza litera miasta, z którego pochodzi drużyna. Postaram się zarysować prawdopodobny scenariusz sezonu, głównych aktorów, a także podam mój oczekiwany typek, bazujący na tym, co przed sezonem myśli Las Vegas. Jeśli masz ochotę dołączyć do zabawy, napisz typ w komentarzu każdej drużyny i spróbujemy podliczyć sobie wyniki na koniec sezonu.

Wszystko zależy od Trae

Atlanta po słabym sezonie trafiła na trzeci wybór w drafcie. Trochę niespodziewanie cały czas znajdował się tam słoweński fenomen z Realu Madryt, czyli Luka Doncic. Spekulacje zakulisowe już przed draftem sugerowały, że Hawks bardziej interesują się supernową uniwersyteckiego sezonu koszykarskiego, czyli Trae Youngiem. Travis Schlenk, dyrektor sportowy Hawks, stanął przed trudną decyzją - zabrać swojego wymarzonego zawodnika trochę za wysoko, czy wyczarować kontrowersyjną draftową transakcję transferową? Na jego szczęście, chętnym partnerem do biznesu okazali się Dallas Mavericks (wybierający z nr. 5), którzy nie spodziewali się tego, że Doncic okaże się całkiem realistycznym celem tak daleko. Schlenk ponegocjował, zamienił się miejscami z Dallas, a za swój trud otrzymał także dodatkowy wybór w przyszłorocznym drafcie (Dallas zachowuje kolejność, jeśli będą jednym z najgorszych zespołów w lidze). Mavericks dostali swojego gościa, a Schlenk nie został oskarżony o sięganie po Younga za wysoko.

Na całej tej transakcji może się jednak przejechać, zwłaszcza jeśli Doncic okaże się jednym z najlepszych pierwszoroczniaków w ostatnich latach, a Trae Young zacznie zawodzić od samego początku... co jest prawdopodobne. Kiedy Trae grał dla uniwersytetu Oklahomy, to eksplodował w szokujący sposób, rzucając więcej trójek na mecz niż Steph Curry za czasów uniwersyteckich, i asystując jak Steve Nash. Nie było takiej odległości, z której Young nie wahałby się podejmować próby rzutu. W drugiej połowie sezonu przygasł, częściowo przez słabą jakość partnerów z drużyny, ale echo jego wczesnych wyczynów nadal pobrzmiewało w NBA. Niektóre z jego umiejętności są niezaprzeczalne - Young widzi wszystko na boisku, i chętnie podaje, a do tego podchodzi do kolejnych rzutów bez cienia strachu i wątpliwości. Wydaje się, że głowę ma przygotowaną do tego, aby przyjąć na siebie ważną rolę w Hawks, ale jego wady - niski wzrost, krótkie ramiona, średnia szybkość, i chaotyczna celność powodują, że stoi przed dwiema karierowymi bramkami - Hit, albo Kit. Dla powodzenia projektu Travisa Schlenka, koniecznie musi wybrać bramkę numer jeden, albo Atlanta będzie sobie pluć w brodę przez długie lata.

Na całe szczęście nikt niczego nie oczekuje od tegorocznego zespołu Hawks. Dwóch najbardziej doświadczonych zawodników, Kent Bazemore i Jeremy Lin, to potencjalne kąski transferowe, w zamian za dodatkowych młodych zawodników, czy wybory w drafcie. W tak młodej drużynie jak Hawks szkoda zwłaszcza Bazemore'a , który pełni wymaganą rolę w NBA, trafiając otwarte trójki i broniąc niskich skrzydłowych w zadowalający sposób. Początek sezonu zagra w Atlancie, budując swoją wartość transferową, ale uważaj na moment, kiedy tylko któryś z faworytów poczuje chęć wzmocnienia składu. Poza nimi zespół to młodzicy. John Collins to atletyczny center, który powinien celować w średnie 13 punktów/ 8 zbiórek, Taurean Prince co sezon rozwija jakiś element gry, a reszta składu to rookie, albo zawodnicy, którzy mają coś do udowodnienia (oprócz Vince'a Cartera, który ewidentnie tu nie pasuje, i albo odejdzie na emeryturę, albo przyczepi się do kandydatów do tytułu).

Atlanta będzie dążyć też do grania w nowoczesnym stylu - szybkie tempo (zeszły sezon 8. miejsce w lidze), i dużo trójek (7. miejsce), osiągając dwa cele jednocześnie - możliwości dla młodych graczy na wykazanie się, i niedemoralizujące, honorowe porażki, zapewniające szansę na dodanie kolejnych talentów w przyszłym roku. Jeśli już w pierwszym sezonie pomylili się co do Trae, to ten proces stanie się o wiele trudniejszy, a duch Doncica będzie krzyczał po słoweńsku z Dallas.

Sytuacja pieniężna ma się znakomicie w Atlancie. W księgach rachunkowych nie widnieją żadne beznadziejne kontrakty, a te, które są za wysokie, kończą się za rok. Jeśli jakikolwiek gwiazdor zdecyduje się w przyszłym roku na przyjście do Hawks, to spokojnie są w stanie zapłacić maksymalne kwoty. Zatrudniając nowego trenera (Lloyd Pierce, były asystent z Philadelphii), Atlanta widzi przyszłość długofalowo. W NBA nic nie jest zagwarantowane, ale cierpliwość i brak nagłych ruchów, zazwyczaj budują optymizm. Celem na ten sezon jest rozwój młodych zawodników, i wybór w pierwszej trójce draftu.

Przewidywania

W zeszłym roku Atlanta wygrała 24 mecze, i przegrała 58 (trzecie miejsce od końca w lidze). Zaawansowane statystyki mówią, że zagrali prawie dokładnie na skalę swojego talentu. Las Vegas stawia zakład over/under (czyli obstawiamy na mniej, albo więcej niż Vegas sugeruje) na 23.5 zwycięstwach, i ja wobec tego wybieram pewne UNDER.

Wiem, że Wschód to słaba konferencja, zwłaszcza na dole, ale to Atlanta ma największy bodziec, aby być na samym dnie (obok Brooklyn Nets).

TYPEK MICHAŁA: 20-62, ostatnie miejsce w konferencji.