Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Golden State. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Golden State. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 maja 2019

Tabela po finale konferencji i typki na FINAŁY NBA

Drogi Mateuszu (i reszto typerów),

Idąca za głosem serca Ania uzyskała najlepszy wynik w tej rundzie, w której prawie wszyscy popełniliśmy dwa poważne błędy - po pierwsze, zaufaliśmy, że Portland Trail Blazers poradzą sobie tak samo dobrze, a może nawet lepiej, niż Houston Rockets (najbliżej był Baza, który ze szczodrobliwości serca oddał Blazersom aż, i tylko jeden mecz). Łatwa destrukcja największego rywala, i to bez Kevina Duranta nie przekonała nas do tego, aby stuprocentowo uwierzyć w Warriors. Sprawdziły się jednak przewidywania przed-playoffowe, zakładające, że ktokolwiek wyjdzie ze strony drabinki Nuggets - Blazers, nie będzie stanowił takiego wyzwania dla Warriors, jak właśnie Houston. Po drugie, zignorowaliśmy absolutną dominację Kawhi Leonarda nad tymi play-offami. Skuteczność i niepowstrzymywalna wola zwycięstwa niczym Michael Jordan w najlepszych czasach, oraz kontrola nad spotkaniem jak LeBron z Miami. Jak się okazało, to pokonanie Philadelphii wymagało cudów, przy Bucksach wystarczyło rozgryzienie początkowej strategii. KawhiPtors wtopili dwa pierwsze mecze, dostosowali instrumenty, i zatrzymali zespół Milwaukee nauczony grania w ramach partytury. Okazało się, że posiadanie trenera gotowego na szybkie taktyczne reakcje (Nick Nurse), jest ważniejsze niż wiara w nawet najlepszy system (Mike Budenholzer).

Tabela prezentuje się następująco:

1. Baza - 17 punktów
2. Beniu - 16 punktów
3. Gunio - 15 punktów
4. Ania 
    Michał - 12 punktów
6. Przemek - 10 punktów

A teraz przejdźmy do dania głównego

Finały NBA


Golden State Warriors - Toronto Raptors


GSW pokonało 


Los Angeles Clippers (4:2)
Houston Rockets (4:2)
Portland Trail Blazers (4:0)

Czy ktoś postawił im prawdziwe wyzwanie?


Nie, chociaż, kiedy grające jak dzikie buldogi Clippers urwały im dwa mecze, to gadające głowy zaczęły otwierać pliki tekstowe zawierające moratorium. Szybko okazało się, że Warriors weszli do play-off jeszcze zaspani. Houston stanowiło godnego rywala w pierwszych czterech meczach, a potem skapitulowało. Portland przegrało 4:0 bez wstyd, ale za każdym razem comeback Warriors wydawał się nieunikniony.

Jakie mają kłody pod nogami?


Największa to oczywiście kontuzja łydki Kevina Duranta, której tajemnica pogłębiana jest przez owiane tajemnicą raporty medyczne, i niejasny stan koszykarskiej aktywności zawodnika. Nawet bez niego Golden State posiada na tyle talentu, aby spokojnie zdobyć czwarty tytuł w przeciągu ostatnich pięciu lat, jednak Durant to ostateczny wyrównywacz. Tam gdzie Warriors tracą na stylu, gdy gra, tam też zyskują na nieuniknioności. 
Drugim wątkiem, mocno zajmującym media, będzie też stan psychiczny Golden State, być może żegnającego się z KD i całą piękną erą. Myślę, że grając w finałach skupia się raczej na wygrywaniu poszczególnych spotkań, ale pewnie, ważniejsza jest rozkmina, czy zawodnicy wolą wygrać bez Duranta i utrzeć mu nosa, czy Kevin woli odejść do Nowego Jorku zdobywając kolejne MVP finałów.

Jakimi dysponują atutami?


Są Golden State Warriors.

Toronto Raptors pokonali


Orlando Magic (4:1)
Philadelphia 76ers (4:3)
Milwaukee Bucks (4:2)

Czy ktoś postawił im prawdziwe wyzwanie?


Pierwsze mecze w każdej serii, i przez moment grawitacja. Ze wszystkim poradził sobie Kawhi Leonard. A tak naprawdę, to seria półfinałowa z 76ers stanowiła większe wyzwanie, niż ta z finału konferencji, ponieważ wymagała ikonicznego występu i rzutu od zawodnika, którego w przyszłym sezonie może nie być w Toronto, a i tak może doczekać się pomnika.

Jakie mają kłody pod nogami?


Chyba tylko ofensywny brak wsparcia dla Leonarda. Jak pokazał przez całe play-off, jest w stanie brać na swoje barki prawie cały ofensywny ciężar Toronto (46 rzutów w siódmym meczu z Philly!), ale jeśli Raptors chcą wznieść trofeum, to Lowry i spółka muszą regularnie trafiać do kosza, jakkolwiek prostacko to brzmi. Dodatkowo, mają w kadrze tylko trzech zawodników, którzy grali w finałach: Leonard i Danny Green w Spurs, a Ibaka w Thunder. Reszta Raptorsów znana do tej pory była z miękkich kolan.

Jakimi dysponują atutami?


Przede wszystkim, są w stanie zaskoczyć przeciwników różnymi wariantami gry w obronie. W jednej akcji Siakam może kryć Draymonda, Leonard Curry'ego, Green Thompsona, a Lowry pilnować jakiegoś ofensywnego beztalencia. W innej pozycje mogą się znacznie zmienić, bo prawie każdy podstawowy zawodnik Raptors dysponuje siłą i szybkością, nie zamykającego go w defensywnej szufladce. Kluczem do wszystkiego jest oczywiście Leonard. Będzie grał tam, gdzie jest najbardziej potrzebny, ale wykorzysta do tego tylko tyle mocy, ile nie zmarnuje na grę w ofensywie. Sprawa utrudnia się dla Toronto kiedy tylko wróci Kevin Durant. Wtedy Kawhi musi skupić się na kryciu najbardziej problematycznego zawodnika w całej lidze. Właśnie dlatego Warriors to Warriors. Już w tej chwili dysponują prawie niepowstrzymanym arsenałem ofensywnym, a mogą dołożyć do niego jeszcze Redeemera z Unreala Tournamenta. W każdym razie, Raptors to mądry zespół, uważny w obronie i przetestowany przez zaskakująco mocną wschodnią konferencję. 
Po ich stronie może stać też desperacja ostatniego "hurra". Po spodziewanym odejściu Kawhi, ten zespół nie wróci szybko do finałów. W przypadku zwycięstwa stanie w panteonie najciekawszych mistrzów, obok Dallas 2011, Pistons 2004, czy Rockets 95, dodatkowo pokonując historycznego rywala. Jeśli to nie motywuje, to nie wiem co. No, chyba, że Kawhi to faktycznie robot, i jego oprogramowanie nie pozwala na motywację.


Nawet biorąc pod uwagę nieobecność Kevina Duranta (a może właśnie dzięki niej?), szykują nam się najciekawsze finały od pierwszego sequela Cavs - Warriors, a przed nimi Heat - Spurs. Z jednej strony patrzymy na drużynę wznoszącą się do złotych bram dostępnych wcześniej do legendarnych Celtics, Lakers i Bulls, a z drugiej na utalentowanego underdoga, dysponującego talentem i know-how gotowym na zepsucie święta w Kalifornii. Życzę Toronto wszystkiego najlepszego, i chciałbym, aby Kawhi został w Kanadzie, ale serce mistrza przetrwa ciężką próbę.

Mój typ: Golden State Warriors - Toronto Raptors 4:2


Michał






piątek, 30 listopada 2018

Będziesz respektował Kevina Duranta swego

Drogi Mateuszu,

Kevin Durant przeszedł do zespołu, w którym fani emocjonalnie przywiązali się już do jednego z najlepszych zawodników nowej ery koszykówki. Nawet kibice Golden State traktowali go jako najemnika, korzystającego z usług wyhodowanego w domu zespołu. Dominacja nowych Warriors była nieunikniona, pytanie brzmiało, czy wkład Duranta będzie widoczny?
Gdy zgarnął dwa tytuły finałów MVP z rzędu, zapewnił sobie miejsce wśród legend (w historii było tylko 11 zawodników, którzy wygrywali tę nagrodę wielokrotnie), przynajmniej w kategorii surowych liczb. To, co próbuje zdobyć, a wydaje się nieuchwytne, to właściwy ton jego koszykarskiej fabuły. Golden State wygrywało przed jego przybyciem, a Steph Curry odmieniał oblicze ligi na naszych oczach. Durant dołączył do stabilnej infrastruktury, porządnie naoliwionej maszyny, i wszyscy zapomnieli o tym, że mamy przed oczami jednego z najwybitniejszych zawodników w historii, skupiając się na "słabości" manewru - dołączania do zespołu faworytów.

Czasami potrzeba naciągniętego ścięgna Curry'ego, aby przypomnieć sobie jak absurdalną broń GSW w każdym momencie chowa w kieszeni. W trzech ostatnich meczach Durant rzucił odpowiednio 44, 49 i 51 punktów. Takie rezultaty zazwyczaj pojawiają się na konsolach w NBA 2K, kiedy trzymający pady gracze dokładają do umiejętności agresywność, którą eliminuje niesamolubny system gry Warriors i pasywniejsza osobowość Duranta.

Mimo wszystko - nie ma drugiego takiego widoku w koszykówce, jak Durant podchodzący rzutu, ramiona rozciągnięte wysoko nad obrońcą, trafiający czyściutko z każdej pozycji na boisku. Nikt w NBA nie potrafi tak zdemoralizować przeciwnika jak KD w gazie. Kiedy obserwowałem mecz z Toronto, które grało w najlepszym możliwym składzie, wreszcie zauważyłem Duranta-yeti - jednoosobową ofensywę, w pojedynkę trzymającą wynik na styku. Golden State nie wytrzymało tempa do końca dogrywki (bez Curry'ego i Greena w składzie, Warriors to płytki zespół), jednakże dało sygnał, że gdy tylko wrócą kluczowi zawodnicy, ponownie zdominują ligę. Na ile sezonów uda im się utrzymać taką przewagę nad resztą ligi?

Tak jak reszta koszykarskiego świata, nie mam zielonego pojęcia, co stanie się z Durantem po sezonie. Jeśli kiedykolwiek chce zbudować opinię niezaprzeczalnie najlepszego gracza w lidze w danym sezonie, to musi uciec z Golden State. Z drugiej strony, utrzymanie składu i wizja nowoczesnego stadionu w San Francisco, gdzie Durant rozwija swoje biznesy, oznaczają, że Warriors w tym składzie mogą rządzić NBA przez jeszcze parę dobrych lat. Przy takim napływie gotówki (przede wszystkim z wynajmu nieruchomości), być może właściciele gotowi będą zapłacić potężny podatek od wzbogacenia. Przenosiny Duranta do GSW w 2016 pokazały, że niespecjalnie zależy mu na indywidualnej chwale, czy zatem w wieku 30 lat zmieniło się jego podejście? A może po prostu zostając na miejscu, będzie pracował tak mocno i nieustannie, że wszyscy będą w końcu musieli przyznać (na przykład po 4 MVP finałów), że KD wkroczył na nieosiągalny dla innych panteon, bez względu na to, co wykrzykuje na niego Draymond Green.

Na ten moment, podobnie jak z LeBronem, powinniśmy doceniać Duranta za to, czym jest. Po 23 meczach, jego statystyki oscylują blisko najlepszych liczb w trakcie kariery. Kevin rzuca 30 punktów na mecz (najwięcej od 2013/14), zbiera 8 piłek i asystuje 6 razy w meczu. Ta ostatnia statystyka pokazuje, że cały czas się rozwija, bo tylko w tym elemencie gry pozostawał za LeBronem. Kiedy Warriors nie dysponują swoimi etatowymi kreatorami akcji, za podania bierze się Durant. Strach przeciwników przed jego łatwością zdobywania punktów, otwiera pole do popisu na ustawianie kolegów w dobrych sytuacjach. Pomimo takiej wydajności, Durant jeszcze nie wstrzelił się za trzy. 34% to w jego wykonaniu wynik niedostateczny. Gdy zacznie trafiać, po raz kolejny będziemy obserwować sezon, w którym może otrzeć się o klub 50/40/90 (z gry/za trzy/rzuty wolne).

Zaawansowane statystyki jeszcze nie chwalą go tak bardzo, ale do tego potrzeba przekonujących zwycięstw. Golden State ma czas na ustatkowanie się, bo najwyższej formy będą potrzebować przecież w czerwcu. Rola Duranta zmniejszy się trochę, albowiem w sobotę Steph ma wrócić do gry. W poprzednich sezonach, kiedy Curry czarował i naginał geometrię boiska, Durant potrafił zejść na drugi plan, przypominając o sobie w kluczowych momentach. Czy rozpędzając się tak mocno na początku tego sezonu, zdecyduje się na większą dominację? Zdrowie Stepha, mimo że niezagrożone tak mocno jak na początku kariery, ciągle jest kruche. Oszczędzanie go powinno być priorytetem dla Golden State. Durant wielokrotnie udowadniał, że potrafi przejąć cały ciężar gry na siebie. Jeśli znowu chce wrócić do konwersacji o nagrodzie MVP, to musi zachować się jak prawdziwy alfa.

Michał

czwartek, 4 października 2018

Zapowiedź sezonu 2018/19 - Golden State Warriors

Drogi Mateuszu,

Wbrew wynikowi finałów (4:0 z Cleveland), droga do tytułu Warriors mogła zakończyć się w zeszłym sezonie rundę wcześniej. Houston Rockets prowadzili w serii 3:2, stawiając niespodziewany defensywny opór, redukując zespołową ofensywę Golden State do indywidualnych popisów. Kiedy już wydawało się, że sprowadzenie Chrisa Paula do Houston okazało się najmądrzejszym transferem wykonanym przez Daryla Moreya, Paul chwycił się za udo. Naderwane ścięgno wyeliminowało go z meczu 6 i 7. Rockets bez Chrisa nie potrafili odnaleźć rytmu, a reszta jest już historią.

Jak napędzać zwycięską drużynę?

Jak dobrze wiesz z życia Barcelony, kiedy drużyna zaczyna wygrywać nałogowo, czasami ciężko znaleźć iskrę, która wymusi na nich wspinanie się na szczyty sportu po raz kolejny. Ścieżka narracyjna do tej pory sprzyjała Golden State: w 2015 wygrali niespodziewanie, w 2016 przegrali szokująco, w 2017 pomścili porażkę, zmieniając system tak, aby pasował do niego Kevin Durant. Problemy z motywacją pojawiły się dopiero w 2018, a trener Steve Kerr zapowiadał na początku sezonu, że harówka będzie już tylko trudniejsza.

Czasami rozwiązaniem dla takiej drużyny są nowe wyzwania; w zeszłym roku Houston przetestowało siłę woli Golden State, a w tym żądna krwi konferencja zachodnia wzmocniona LeBronem Jamesem.
Problem w tym, że Warriors przestali zwracać uwagę na sezon zasadniczy (jak na skalę talentu 58 wygranych w zeszłym roku wygląda żałośnie), a w play-off wchodzą na taki bieg, że potrafią uciec z prawie każdej trudnej sytuacji (R.I.P Spurs, Thunder i Rockets).
Może zatem zmiany w składzie? Aklimatyzacja Duranta przebiegła bezboleśnie, szczególnie że sam zainteresowany dążył do tego, aby grać w składzie, który stawia na rozrywkową ofensywę, i wprowadził trend nowoczesnej defensywy do ligi. Durant spędził w Oakland już dwa lata, a zarządowi nie uśmiecha się transferować kogokolwiek z głównej czwórki, tylko dlatego żeby namieszać.
W tym momencie w sukurs przychodzi kontuzjowany DeMarcus Cousins. Po zerwanym ścięgnie Achillesa marzenia o gigantycznym kontrakcie ulotniły się, a Pelicans zdecydowali, że nie chcą oferować mu dużych pieniędzy, zwłaszcza kiedy zobaczyli jak dobrze wyglądała gra z Anthonym Davisem na centrze. Reputacja "raka szatni" spowodowała, że prawie nikt w lidze nie chciał wystosować satysfakcjonującej oferty dla Cousinsa. Dla Warriors jednak kulturowy wstrząs tego kalibru wydawał się idealny. Po pierwsze dodawał Kerrowi nową strategiczną zabawkę potrzebną w budowaniu najlepszej ofensywy w lidze, a po drugie wytworzył mentalność "zdobądźmy tytuł dla DeMarcusa". Cousins podpisując jednoroczny kontrakt o średniej wartości (około $5.5 miliona) postawił na siebie, próbując odbudować się w systemie, który nie położy całej odpowiedzialności na niego. Kiedy Cousins wróci do gry (grudzień? styczeń?) Golden State zacznie eksperymentować, sprawdzając różne kombinacje na boisku w ramach koszykarskiego laboratorium. Jeśli cała sprawa Cousins + Warriors zacznie przypominać grecką tragedię, zarząd może się go bezceremonialnie pozbyć. Na razie wygląda na to, że obu stronom mocno zależy.

Ale jak ich na to stać?

Warriors przenoszą się do nowej hali w San Francisco, gdzie ceny biletów będą dopasowane do publiczności (bogole z Doliny Krzemowej), a sukces przynosi dodatkowych sponsorów. Kiedy w NBA franczyzy wychodzą płacami poza tzw. Luxury Tax, ich podatki od każdego wydanego dolara mnoży się przez coraz większy przelicznik. W tym sezonie Warriors zapłacą około $75 milionów "kary", ale właściciele zgodzili się płacić to, co trzeba za jedną z najlepszych drużyn w historii. Steph Curry podpisał kontrakt na $200 milionów i pozostanie z drużyną do 2022. Kevin Durant podchodzi do swoich umów jak LeBron James, dając sobie opcję ucieczki po jednym sezonie (jednocześnie akceptując mniej kasy niż maksimum, działając dla dobra klubu). Uzupełnienia składu to minimalne kontrakty, albo zawodnicy na pierwszorocznych kontraktach.

Kiedy to się skończy?

Być może już w przyszłym sezonie, kiedy nadejdzie czas, aby zapłacić Klayowi Thompsonowi. Możliwy scenariusz zakłada, że zarząd oferuje Thompsonowi tyle pieniędzy, ile sobie zażyczy, przełykając gorzką pigułkę kosztownego podatku. Alternatywnie - Klay przyjmie ofertę kontraktową od innej drużyny, chcąc sprawdzić się w innym środowisku. Ewentualnie opcja po taniości, czyli Golden State rzuca specjalnie niską ofertę, wiedząc, że Thompson jej nie przyjmie. Na ten moment najbliższy prawdy wydaje się scenariusz numer 1, ale kto tam Klaya wie?

O wiele bardziej kibice powinni niepokoić się o Kevina Duranta, którego myśli nie da się odczytać. W dziwny sposób uciekł z OKC, wygrał to co mógł wygrać w GSW, ale ciągle nie wygląda na zadowolonego i usatysfakcjonowanego. Krążące wokół ligi plotki mówią o Nowym Jorku, ale wszystkie informacje, które nie pochodzą bezpośrednio z ust Duranta, wypowiadane w lipcu 2019 można uznawać za kłamstwa. Golden State gwarantuje mu sukces, ale po 11 latach w lidze ciągle nie wiadomo, czy tylko o to mu chodzi.

Przewidywania

Golden State nie ma żadnego zysku w tym, aby wygrywać w sezonie zasadniczym. Oczekuję że dla zdrowia zawodników zobaczymy mnóstwo meczy bez przynajmniej jednego z głównej czwórki. Druga część sezonu zapowiada się jako "eksperyment DeMarcus", co też oznacza porażki. Las Vegas wierzy w siłę talentu dając over/under na 62.5. Ja nie widzę takiej potrzeby, under 57-25.

wtorek, 3 lipca 2018

Dlaczego Warriors mogli "zrujnować" ligę zakontraktowaniem DeMarcusa Cousinsa?

Drogi Mateuszu,

Kiedy LeBron James podpisał swój czteroletni kontrakt z Los Angeles Lakers, mało kogo zaszokował jego wybór. Cavaliers przegrali finały z niską oceną za styl, dodatkowo doprowadzając  Jamesa do takiej frustracji, że ten z wściekłości złamał rękę. W międzyczasie Magic Johnson i Rob Pelinka zarządzając Lakers czyścili błędy poprzedników, szykując miejsce dla LeBrona, który wcześniej zdążył zakupić dwie posiadłości w LA, i prywatnie szukał dobrego koszykarsko liceum dla swojego nastoletniego syna. W przeciwieństwie do 2010 i 2014 roku Bron podjął decyzję szybko i wylądował w spodziewanej destynacji.

Szokującym dla wolnej agentury w 2018 okazał się tym razem kontrakt DeMarcusa Cousinsa. Zupełnie nieoczekiwanie byłego centra Sacramento Kings i New Orleans Pelicans przekonali do gry u siebie mistrzowie NBA, czyli Golden State Warriors. Aby zrozumieć jak doszło do tego, że Cousins (pseudonim "Boogie"), jeden z najbardziej utalentowanych centrów w koszykówce, dołączył za frytki do najlepszej drużyny w lidze, musimy prześledzić jego burzliwe losy.

DeMarcus Cousins zgłosił akces do draftu w 2010 roku, po jednym sezonie na Uniwersytecie w Kentucky. Dzięki talentowi pojawiał się w dyskusji jako potencjalny wybór nr 1, ale informacje o problematycznym charakterze zniechęcały niektóre drużyny. Wypadkową tych dwóch rzeczy okazał się spadek w drafcie, i wybór z piątym numerem do Sacramento Kings. Po 8 latach wiemy już na pewno, że drużyny z nr 2, 3, i 4 pomyliły się pod względem umiejętności, ale może uniknęły zgrzytu charakterologicznego?

W Sacramento Cousins grywał znakomicie, rzucając średnio po 20-kilka punktów na mecz, i notując po 11 zbiórek, 3 asysty i 1.5 bloku, okazyjnie notując potworne występy ze statystykami typu 44pkt/22zb/10ast, niewidzianymi w NBA od 40 lat. Niewielu znajduje się w lidze centrów mogących zapewnić statystyczną produkcję a'la Cousins. Jeszcze mniej jest takich, którzy dokładają do tego: notoryczne kłócenie się z sędziami zamiast wracania do obrony, wjeżdżanie na psychę słabszym i nielubianym kolegom z zespołu, obrażanie się na trenerów i zarząd Sacramento, oraz wchodzenie w sezon z lekką nadwagą. Przez te wszystkie przywary do Cousinsa przywarła łatka "zajebiste staty/słaba drużyna", którą niezmiernie ciężko zerwać, nawet jeśli wina nie leży do końca po stronie zawodnika.

Dzięki temu, że grał w Sacramento usprawiedliwić Boogiego jeszcze łatwiej, bo na tę chwilę Kings stanowią model franczyzy dysfunkcyjnej. Fatalne wybory w drafcie, nieprzemyślane transfery, i żonglowanie trenerami powodowały, że nawet, gdy Cousins grał dobrze, to zespół nie piął się w górę tabeli. W najlepiej zapowiadającym się sezonie Boogie pechowo zachorował na mononukleozę, wypadł z gry na miesiąc, Sacramento przegrało kilka meczów z rzędu, a zarząd zwolnił trenera, z którym DeMarcus nieźle się dogadywał. Frustracja postępowała z obu stron, ponieważ Sacramento wydawało się, że otrzymują za mało od jednego z najlepszych zawodników w historii zespołu, a Cousins obserwował patologiczne ruchy zarządu, i niczym samospełniająca się przepowiednia, stawał się coraz gorszym obywatelem.

Miarka przebrała się w sezonie 2016/17, kiedy Kings w końcu dogadali się co do transferu z Pelicans (zrobili to oczywiście po swojemu, przeprowadzając transakcję w trakcie All-Star Weekend, nie mówiąc o tym bezpośrednio Cousinsowi, który dostał informację od niezależnych źródeł w przerwie Meczu Gwiazd. Proszę państwa - Sacramento Kings). Dell Demps, dyrektor sportowy w Nowym Orleanie już od dawna poszukiwał partnera-gwiazdy dla Anthony'ego Davisa, i oddał w tej wymianie niespecjalnie dużo, jednocześnie ratując swoją posadę na kolejny sezon. Cousins automatycznie stał się najlepszym zawodnikiem z jakim kiedykolwiek grał Davis, a odejście z toksycznej szatni miało też uwidocznić pozytywne cechy Boogiego.

New Orleans Pelicans to nie dno dna jak Sacramento, ale znajdowali się w pozycji, która w NBA jest bardzo niebezpieczna. Desperacko szukali krótkowzrocznych środków, które pozwoliłyby im awansować do play-off. Pół sezonu duetu Cousins/Davis okazało się za mało na awans, zwłaszcza, że obaj panowie walczyli z problemami zdrowotnymi. Do nowego roku przystępowali jednak z optymizmem, zwłaszcza, że kombinacja dwóch znakomitych zawodników podkoszowych mogła stanowić stylistyczną receptę na ligę, która stawiała na coraz mniejszych i zwinniejszych graczy.

W pewnym momencie wszystko chwyciło. DeMarcus zachowywał się wzorowo w szatni (na boisku sprzeczki z sędziami to obowiązkowy punkt programu), a na boisku zaczynał rozumieć się z Davisem. W styczniu Pelicans bardzo dobrze bronili, a duet Boogie/Davis karcił przeciwników z różnych miejsc na boisku. Szczytowym punktem i jednoczesną drwiną losu był szokująco dobry, wygrany mecz z Houston Rockets (najlepszy zespół sezonu zasadniczego, potencjalni pogromcy GSW), w którym Cousins zerwał ścięgno Achillesa.
Dla koszykarza nie ma w tym momencie gorszej kontuzji, gdyż przy obecnej technologii medycznej nawet zniszczone więzadła nie zdają się tak straszne. Problemy z Achillesem odbierają skoczność, przyspieszenie, wiarę we własne umiejętności, a rekonwalescencja może trwać nawet do dwóch lat. Zerwany Achilles na zawsze pozostaje słabszy i zagrożony ponownym urazem. Lista zawodników, którzy wrócili do formy po takiej kontuzji nie napawa optymizmem (Rudy Gay w zeszłym roku, i Dominique Wilkins 30 lat temu). Pelicans dzielnie zebrali się w sobie i wywalczyli miejsce w play-off, zaskakując znakomitą grą w pierwszej rundzie, i zbierając spodziewane bęcki od Golden State w rundzie drugiej. Zaraz po takim burzliwym sezonie musieli podjąć kluczową decyzję..

Przed kontuzją DeMarcus Cousins był oczywistym kandydatem do tak zwanego "supermaksymalnego" kontraktu. Gdyby został w Sacramento, mógłby otrzymać umowę dającą mu 35% salary cap na 5 lat (w skrócie, tylko drużyna, która wybrała cię w drafcie może zapłacić ci "supermax"). Po przejściu transferze Nowy Orlean mógł zaproponować mu "tylko" 30%, co oczywiście i tak okazałoby się jedną z najwyższych płac w całej lidze.
Tak myślał o sobie DeMarcus Cousins, i z tym liczyli się Pelicans, aż do tej tragicznej, styczniowej nocy. Po kontuzji pojawiły się pierwsze wątpliwości ze strony zarządu Pelicans, ponieważ pierwsze donosy mówiły o tym, że zaoferują Boogiemu maksymalny kontrakt, ale tylko na 2-3 lata, zamiast na 5, z klauzulami pozwalającymi im wycofać się z części pieniędzy, gdyby Cousins przestał grać w koszykówkę. Jeszcze w marcu DeMarcus śmiał się z takich propozycji na swoich mediach społecznościowych. Im bliżej było końca sezonu, tym więcej franczyz przyglądało się sytuacji w Nowym Orleanie zastanawiając się, czy warto dołączyć do składania ofert na Allegro, próbując wyciągnąć ryzykowną megagwiazdę na tańszym niż spodziewany kontrakcie. Ostatecznie okazało się, że wśród zespołów, które dbały o klimat w szatni i kierowały się polityką "No Cousins", tych, które nie miały dostatecznie pieniędzy, i tych, które nie chciały zawodnika, który mógł w tym sezonie nie zagrać, nie znalazł się nikt, kto złożyłby jakąkolwiek porządną ofertę.

W tym momencie na scenie pojawili się Golden State Warriors. Drużyna, która potrzebuje motywacyjnego kopa na kolejny wyczerpujący sezon, wierząca w moc swojej szatni temperującej najtrudniejsze charaktery, i nie bojąca się wydawać pieniędzy, starając się utrzymać przewagę nad ligą. Uważam, że tym razem całe NBA strzeliło sobie samobója, a Warriors po prostu wykorzystali stuprocentową sytuację. Mimo, że Golden State zaoferowało Cousinsowi tylko $5.3 miliona za jeden sezon gry (w przeciwieństwie do $30, na które liczył), to w jego oczach musieli stanowić znakomitą okazję do zbudowania formy bez presji. Jeśli Boogie nie wróci do gry na 100%, Warriors i tak wygrają tytuł. Jeśli wróci i rozszerzy ich zestaw taktycznych możliwości, jednocześnie dając odpocząć innym gwiazdom, to zbuduje swoją wartość na rynku, potencjalnie sięgając po kosmiczny kontrakt w przyszłym sezonie. Czy to niesprawiedliwe, że najlepsi się bogacą? W pewnym sensie tak, ale tym razem strach i niepewność wepchnęły nagrodę w ręce tych odważnych. Tak naprawdę dla Warriors forma Cousinsa nie ma żadnego znaczenia, ale ten eksperyment pokazuje jak niespodziewane ruchy są w stanie wykonać, żeby tylko powodować frustrację konkurentów.

Samemu Boogiemu, jak każdemu utalentowanemu zawodnikowi życzę jak najlepiej. Jego reputacja przyjmowała tylko negatywne ciosy w Sacramento, ale wieści z samego miasta donoszą, że po cichu wspierał wielkimi kwotami akcje charytatywne, nigdy nie odmawiał fanom spotkań i autografów, a do tego, mimo wszystko, pozostawał lojalny, odmawiając transferu do samego końca. W szatni Pelicans po jego odejściu panuje smutek, a jego relacja z Anthonym Davisem wyglądała na szczerą i pozytywną. Pomimo 8 lat w lidze, Cousins jeszcze nigdy nie grał w play-off, a jego szanse w poprzednim sezonie zdruzgotała kontuzja, dlatego nie widzę powodu, dla którego nie potrafiłby się wkomponować w mocną przecież charakterologicznie szatnię Golden State. Nie mam usprawiedliwienia dla Kevina Duranta, który wybierając Warriors poszedł łatwą drogą, ale przypadek DeMarcusa Cousinsa jest inny. Golden State daje mu szansę na odkupienie.

Michał

czwartek, 10 maja 2018

Przedwczesne finały - Houston Rockets - Golden State Warriors

Drogi Mateuszu,

Poznaliśmy finalistów na zachodzie, i zgodnie z przewidywaniami po jednej stronie barykady staną Houston Rockets, z Jamesem Hardenem, Chrisem Paulem i matematyką na czele, a po drugiej Golden State Warriors, leniwie zmierzający po swój trzeci tytuł w przeciągu czterech lat.

Patrząc na sezon poprzez pryzmat wydajności ofensywy, defensywy i ilości zwycięstw obu zespołów, to dostajemy najlepsze danie w momencie, kiedy powinniśmy dopiero spożywać rozbudzającą apetyt zupkę. Rockets zdominowali sezon zasadniczy na bazie współpracy swoich dwóch rozgrywających - Jamesa Hardena, i sprowadzonego latem Chrisa Paula. Maksymalizując wszystkie mocne strony swojego składu, Houston gra jak żaden inny zespół w lidze, oddając więcej rzutów za trzy niż za dwa, i zdobywając masę punktów z linii rzutów wolnych. W zeszłym sezonie ten matematyczny model rozsypał się w półfinale, kiedy Spurs zdecydowali, że zostawią Rockets pełną swobodę w półdystansie, ale agresywnie zaatakują rzucających za trzy i atakujących kosz zawodników. Wyczerpanemu Hardenowi nie starczyło sił, aby wymyślić sposób na strategię Spurs, i dlatego Houston rozczarowująco pożegnało się z sezonem. Daryl Morey sprowadzeniem Chrisa Paula dodał alternatywny styl potrzebny wtedy, kiedy dominujący sposób grania Rockets przestaje funkcjonować.

To trochę tak samo jak w piłce, wiadomo, że optymalnym modelem gry jest system Barcelony dążący do budowania akcji po ziemi, kierujących płaskie piłki w pole karne, bo z bliska przecież łatwiej trafić. Wszystkie statystyki za to wskazują, że nie opłaca się wrzucać ze skrzydeł, ponieważ rzadko która piłka znajduje adresata, a i skuteczność napastników w takiej sytuacji się obniża. Statystyka przestaje się liczyć, kiedy z tego skrzydła wrzuca na przykład David Beckham. W tej analogii Christ Paul jest Beckhamem półdystansu.

Do tego połączenie Harden-Paul okazało się mniej konfliktowe, niż oczekiwano przed sezonem. Obaj zawodnicy lubią długo prowadzić piłkę, szukając dziur w defensywie, a kiedy samodzielnie nie rozprowadzają akcji, to odbiera im się trochę supermocy. Houston rozwiązało ten problem na dwa sposoby. Po pierwsze, gwarantując, że każdy z rozgrywających otrzymuje przynajmniej kilkanaście minut na boisku jako jedyny inicjator ofensywy, dając szansę Paulowi przeprowadzać akcje w jego ulubiony, pedantyczny sposób, a Hardenowi szykując miejsce na improwizację. Po drugie, gdy grają razem, Paul, dzięki swojej celności za trzy, bardzo dobrze sprawdza się jako zawodnik poruszający się bez piłki. W całej jego karierze, nikt nie szykował Paulowi tak czystych rzutów, jak w tym sezonie Harden. Sam CP3 powiedział, że odciążyło go to mentalnie z wielu obowiązków, pozwalając mu maksymalizować jego czas na boisku, i oszczędzając energię na play-off. Reszta drużyny wkomponowuje się w strategię założoną przez Moreya i trenera D'Antoniego, albo wchodząc z impetem pod kosz, gdzie Paul i Harden dostarczają dobre podania, albo trafiając za trzy. Na Capelę, Tuckera, Arizę, Gordona, i Mbah a Moute spadają też najcięższe zadania defensywne. Dzięki takiej konstrukcji zespołu ofensywa pozostaje najlepszą bronią Rockets, ale i w obronie potrafią zaskoczyć (w sezonie zasadniczym Houston utrzymało się w top 10 najwydajniejszych defensywnie zespołów).

Największym problemem Houston jest to, że ich rywal w niczym nie ustępuje (a może nawet imponuje bardziej) w ataku, a gdy stara się w obronie, to trafia do stratosfery z innymi historycznie wielkimi zespołami. Golden State Warriors wykorzystują te wszystkie elementy, które działają w Houston, a do tego dysponują jeszcze bogatszym arsenałem. Ten sam bagaż ofensywny, który w Rockets rozkłada się na dwóch głównych aktorów, w Warriors można podzielić na czterech. Motorem napędowym są oczywiście Curry i Durant, ale dodają taki wymiar w ataku, którym Houston nie może się pochwalić. Steph samą obecnością na boisku nagina cały plan defensywny przeciwnika, bo jego rzut ma praktycznie nieograniczony zasięg. Wysokość Duranta i jego umiejętności pozwalają mu praktycznie ignorować broniących go zawodników. Green odpowiada za rozprowadzanie piłki między wszystkimi stronami boiska, a Thompsona znajdziemy w ciągłym ruchu szukającym czystych pozycji, po to, by złamać serca kibicom drużyny przeciwnej, po tym, gdy trafi czwarty rzut z rzędu. Nawet zawodnicy poboczni zdają się korzystać z systemu Warriors, bo w każdym momencie meczu swoje może dołożyć Iguodala, McGee, Looney, West, czy Pachulia.

Rockets wygrali sezon zasadniczy, walcząc o to, aby w potencjalnym finale konferencji utrzymać przewagę własnego boiska. Golden State bardziej zależało na tym, aby dowieźć cały skład w zdrowiu, zwłaszcza, że kilka razy w tym sezonie wróciły koszmary dotyczące kostek Stepha Curry, który na domiar złego pod koniec sezonu nadwyrężył kolano. Pomimo ewidentnego znudzenia, i szukania motywacji, Warriors i tak wygrali 58 spotkań raz po raz dociskając gazu, przywracając wspomnienie dominującego zespołu z poprzednich play-off. Myślę, że Houston stać na to, by przynajmniej w jednym meczu matematyka stała po ich stronie, i trafiając 20 trójek mogą wygrać (podobnie zresztą jak Cleveland w finałach w zeszłym roku). Całościowo, w prawie wszystkich elementach wypadają jednak słabiej niż Warriors, a ich atuty zdecydowanie łatwiej ograniczyć dobrze przygotowaną obroną. W sezonie zasadniczym wszystkie mecze toczyły się na wyrównanym poziomie (Rockets wygrali serię 2-1), ale w każdym spotkaniu brakowało przynajmniej jednego kluczowego zawodnika po jednej, czy po drugiej stronie. W samych play-off widać, że Warriors brakuje ognia, bo nikt nie rzuca im wyzwania, także jeśli Houston wyjdzie bardzo ostro w pierwszym meczu, to mogą obudzić lwa i źle na tym wyjść.

Dla emocji i widowiska Rockets muszą postawić się Warriors jak najmocniej. Mam wątpliwości, czy na takiej scenie nie wrócą demony Chrisa Paula i Jamesa Hardena, a doświadczony duet Curry i Durant obnaży słabości defensywne Houston. Serię zaczniemy w Teksasie, i jeśli Rockets nie wyjadą stamtąd przynajmniej z 1-1 (a jeśli chcą wygrać, to nie mogą oddać przewagi własnego boiska), to wielce oczekiwany finał konferencji może okazać się grubym rozczarowaniem.

Houston Rockets - Golden State Warriors 1:4

Zapraszam do podania własnego typka w komentarzu.

Michał

P.S. Boston dzisiaj rano potwierdził RSVP od LeBrona Jamesa w finale konferencji wschodniej. Typek na tę serię na dniach.