Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NBA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NBA. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 maja 2019

Tabela po drugiej rundzie i typki na finały konferencji

Drogi Mateuszu (i reszto typerów),

Wielkimi zwycięzcami kolejnej rundy typowania play-off NBA okazali się Beniu i Baza. Obaj trafili zwycięzców we wszystkich parach, i po dwa dokładne wyniki. Najwięcej osób przewidziało, że Warriors dosyć łatwo odprawią Houston. Kiedy, było 2:0 dla Golden State, wydawało się, że ta seria może trwać o wiele krócej niż zeszłoroczna, zwłaszcza, kiedy największym problemem dla Rockets była praca sędziów. Szczytem okazał się wewnętrzny dokument krążący po biurach Houston, który "wyciekł" do publicznego wglądu po pierwszym meczu. Niespecjalnie przejęci tym Warriors spokojnie pokonali Rockets na własnym parkiecie, tylko po to, by niepotrzebnie stracić prowadzenie w dwóch meczach w Teksasie. W meczu numer 5 wydawało się, że Harden i spółka otrzymali dar z niebios, w postaci kontuzji łydki Kevina Duranta. W związku z tym, wrócili do Houston z nadziejami na podtrzymanie serii w meczu numer 6, i zrewanżowanie się za zeszły rok w meczu nr 7. Do tego nie dopuściła jednak ekipa Curry, Thompson, Green i Iguodala, która przecież bez KD wygrała finały w 2015 roku. James Harden ponownie nie wypadł źle, ale po raz kolejny w play-offach zanikła jego magiczna zdolność kontrolowania meczu i ustawiania go pod swoje dyktando. Być może 35 punktów to niezły rezultat w decydującym spotkaniu, tylko że Rockets potrzebowali 45-punktowego Hardena z sezonu zasadniczego. Ciężko odczytać umysł Daryla Moreya pracującego po sezonie, jednak odnoszę wrażenie, że Houston oddało dwa najmocniejsze ciosy w stronę Warriors w 2018 i 19 roku, i nie wywołało specjalnego popłochu. W przyszłym sezonie Chris Paul będzie miał 35, a "Beard" 30 lat. Nie wiem skąd mogą nadejść posiłki.

Najtrudniej przewidzieć było drugą serię z Zachodu, czyli Denver Nuggets kontra Portland Trail Blazers. Tutaj gratulacje należą się Beniowi, który przewidział, że Lillard i spółka ostro powalczą z drugą drużyną sezonu zasadniczego, doprowadzą do meczu nr 7, i po zeszłorocznym upokorzeniu z rąk Pelicans dotrą aż do finału konferencji. Denver powinno pluć sobie w brodę, bo po pierwsze trafili na łatwiejszą stronę drabinki (Spurs bez gwiazd i Portland zamiast Rockets/Warriors), a po drugie mieli przewagę własnego parkietu i wysokie prowadzenie w ostatnim meczu. W takich momentach wychodzi brak doświadczenia, i nieprzewidywalność zawodników wspomagających. Nikola Jokic robił co mógł, ale nie był w stanie trafiać rzutów za Jamala Murraya, czy Gary'ego Harrisa. W zależności od tego, jak będzie wyglądać konferencja za rok, mogła to być ich najklarowniejsza szansa na dotarcie naprawdę wysoko (pierwszy finał konferencji od 2009). Szacunek natomiast należy się Trail Blazers za utrzymanie zespołu, który dał taką plamę w zeszłym sezonie i wrócił z należytym gniewem. Dame odesłał Westbrooka i OKC w pierwszej serii, a teraz przyszła kolej na C.J. McColluma, który w decydującym meczu rzucił 37 kluczowych punktów. Nie sądzę, żeby Trail Blazers podchodzili ze strachem do serii przeciwko Warriors, ale jeśli nie chcą wracać do domu, to znowu muszą wykrzesać z siebie coś specjalnego.

W przypadku konferencji wschodniej, dwóch z nas dało się nabrać na kłamstwa Boston Celtics (Mateusz i ja). Niczym patologiczny mąż obiecujący, że tym razem przyjedzie na występ w szkolnej sztuce dzieci, Celtics przysięgali, że rozwiązali swoje problemy dotyczące relacji w zespole i dawania z siebie wszystkiego w każdym meczu. Radosna przejażdżka po Pacers w pierwszej rundzie mogła utwierdzić fanów i wierzących w tym przekonaniu, podobnie jak demolka Milwaukee w pierwszym spotkaniu. Chwała jednak Bazie, który przeczuł moc drzemiącą we wkurzonym Giannisie, i jako jedyny postawił na 4:1 dla Bucks. Boston staje teraz w obliczu podejmowania trudnych decyzji: pomimo wcześniejszych obietnic, Kyrie Irving wypowiada się, jakby wolał sprawdzić, co dzieje się w Nowym Jorku, a może nawet w Los Angeles; Al Horford musi dogadać się na temat nowego kontraktu, Brad Stevens nie wie, czy będzie mógł liczyć na Gordona Haywarda, a Jayson Tatum i Jalen Brown nie zrobili oczekiwanego postępu. Jak się okazuje, może w NBA zaistnieć takie zjawisko jak przeładowanie talentem. Przez cały sezon role poszczególnych zawodników były niedookreślane, a bohaterowie zeszłorocznego awansu do finałów konferencji poczuli się zepchnięci na boczny tor. Wszystko to, oraz przede wszystkim funkcjonowanie strategicznego planu Bucks spowodowało, że zobaczymy arcyciekawy pod względem koszykarskim finał Raptors - Bucks.

Kawhi pogrążył Philadelphię najbardziej nienormalnym rzutem w nowoczesnej historii koszykówki. Embiid przysłonił Słońce wielkimi łapami, a Kawhi rzucił ciężką piłkę wysoko, wysoko nad 215 centymetrowym Kameruńczykiem. Puk... puk, po jednej stronie obręczy, stuk-stuk po drugiej, piłka wpada do kosza, i szalony sezon 76ers dobiegł końca. Ta seria udowodniła, że Raptors mogą mieć zbyt niewielu grywalnych zawodników na finał konferencji, chociaż siła Bucks leży gdzie indziej niż mocne strony 76ers. Jeden rzut nie decyduje o wszystkim, ale dla takiego momentu Masai Ujiri zdecydował się zaryzykować i wytransferować lokalnego bohatera DeRozana, za jednego z najlepszych zawodników w lidze. Leonard może rozpocząć nowy sezon w Los Angeles, albo Brooklynie, jednak na ten moment, Raptors wyglądają jak realni kandydaci do gry w finałach NBA. Pierwszym krokiem do złamania klątwy play-offowych katastrof był wyjazd LeBrona na zachód, do dopełnienia czaru potrzeba było magii niezbyt rozemocjonowanego Kawhi Leonarda. W przypadku Philadelphii wybieram wiarę w to, że taka porażka buduje zespół, który chciałbym zobaczyć w podobnym składzie w przyszłym roku. I tak wszystko zależy od zdrowia Embiida. Mieliśmy do czynienia z jedyną serią, w której nikt nie trafił precyzyjnego wyniku.

Tabela

1. Baza - 16 punktów
2. Beniu - 15 punktów
3. Mateusz - 14 punktów
4. Michał - 11 punktów
5. Ania
    Przemek - 10 punktów


Finały konferencji

Golden State Warriors - Portland Trail Blazers

Mieszkam w obozie, który uważa, że Warriors rozprawili się z najtrudniejszym rywalem w konferencji zachodniej. Ich największym przeciwnikiem będzie teraz zdrowie Kevina Duranta, ale nawet bez niego znacznie przeważają talentem nad Portland. Klay Thompson świetnie pasuje do krycia zarówno McColluma, jak i Lillarda, a bez kontuzjowanego Jusufa Nurkicia Trail Blazers nie mają nikogo, żeby pokarać brak super-utalentowanych zawodników podkoszowych w Golden State. Powrót KD będzie uzależniony od tego, jak dobrze wystartują Warriors. Jeśli dadzą się zaskoczyć niczym z Clippers w pierwszej rundzie, to może lekarze przyspieszą jego rekonwalescencję. Na szczęście GSW, pierwsze dwa mecze (i potencjalny kończący), odbędą się w Oakland, gdzie wygrywa się niezwykle trudno. Wbrew pozorom uwolnienie ofensywy od polegania na magicznych talentach Duranta może wyjść na dobre zwłaszcza Stephowi. Już kiedyś pokarał oregończyków 40-punktami w play-off, a w tym sezonie ciągle czekamy na znakomity mecz Curry'ego od początku do końca. Na przeszkodzie Trail Blazers stanie też zmęczenie, pamiętajmy że zagrali przecież m.in. mecz z czterema dogrywkami, a Warriors odpoczywają od jakiegoś czasu. Lillard musi też znacznie poprawić swoją celność, bo nawet w wygranej serii przeciwko Nuggets rzucał zaledwie 30% za trzy punkty. Grając z Golden State taka bylejakość nie przejdzie. Wiem, że Trail Blazers to zespół, który może wyrwać kilka spotkań grając z sercem, ale na takim poziomie, zazwyczaj wygrywa jednak talent. Interesująco może zrobić się, jeśli ukradną przynajmniej jedno spotkanie w Kalifornii. Dysproporcja talentu każe mi jednak stawiać na faworytów:

GSW - PTB 4 : 2

Milwaukee Bucks - Toronto Raptors

Niezmiernie ciężka seria do obstawienia. Przyjmijmy, że najlepsi gracze, czyli Giannis i Kawhi eliminują się wzajemnie. Co z zawodnikami od 2-7? Po stronie Milwaukee mamy Middletona, Bledsoe, Lopeza, Mirotica, Brogdona, Hilla i... Connaughtona??? (27 minut w ostatnim meczu przeciwko Bostonowi). Po stronie Toronto Siakam, Lowry, Gasol, Green, Ibaka i VanVleet. I to koniec. Nikt więcej nie grał w ostatnim spotkaniu przeciwko 76ers. Wygląda na to, że Bucks mogą pozwolić sobie na większe czary w przypadku doboru stylu i ustalaniu składu, podczas gdy Raptors opierają się na żelaznej piątce z lekkim wsparciem z ławki. Na takie granie Kawhi Leonard przygotowywany był cały sezon. W niektórych meczach nie grał, w innych oszczędzano go minutowo. Teraz jest odpowiedzialny za kreowanie rzutów dla swojej drużyny, bo jedynym, który teoretycznie może go wesprzeć jest Kyle Lowry, znany ze znikania w play-off. Z drugiej strony mamy Giannisa, który nawet w tak ważnym momencie sezonu mógł się oszczędzać (31 minut na mecz), ponieważ nie zawodzili go koledzy. 

76ers mogli stanowić na tyle niewygodny zespół dla Raptors, że trener Nick Nurse wolał nie ryzykować wystawiania głębszych rezerw. Jednym z atutów Philly był fakt, że na prawie każdej pozycji grał zawodnik wyższy od średniej (Redick wyjątkiem). W przypadku Bucks wracamy do normy, co zmieni strategie krycia podejmowane przez Toronto. Lowry będzie walczył z Bledsoe, Danny Green z Middletonem, Gasol z Lopezem, i zostaje pytanie, czy Giannis stanie od początku przeciwko Leonardowi, czy jednak Bucks spróbują wystartować z Miroticiem na Kawhi. Swoją cegiełkę do taktycznej komplikacji tej serii dołożył też powrót Malcolma Brogdona po kontuzji. W zależności od tego jak potoczą się mecze, może on zacząć grę w pierwszej piątce, zamiast Mirotica. Szukam elementów, które mogłyby rozróżnić znacząco te dwa zespoły, i nie mogę ich znaleźć. Ten finał konferencji ma szansę być jednym z najlepszych w ostatnich latach, i obojętnie, która drużyna przejdzie do finału, to stawi duże wyzwanie Golden State Warriors, a przecież tylko o prosimy. Ja wybieram w prostacki sposób - Milwaukee ma przewagę własnego boiska, więc wygra.

MB - TR - 4 : 3

Michał

sobota, 13 kwietnia 2019

Typki na pierwszą rundę play-off 2019

Drogi Mateuszu,

Długi i trudny sezon za nami, teraz rozpoczynamy granie na serio. Proszę o typki w komentarzu.

Eastern Conference


1 - 8
Milwaukee Bucks - Detroit Pistons

W sezonie zasadniczym Bucks wygrali wszystkie 4 spotkania

Chyba nie ma się nad czym wielce zastanawiać, ponieważ Milwaukee w tym sezonie to najlepszy zespół w lidze (różnica między ich zdobywanymi punktami, a traconymi to +9, historyczny rezultat), dysponują najlepszym zawodnikiem (prawdopodobny MVP - Giannis) i przystępują do tej serii z myślą o przynajmniej finałach konferencji. Na niekorzyść Detroit przemawia też fakt, że ledwo dokulali się do play-off, zwłaszcza, że większą część sezonu walczyli o przynajmniej 6. pozycję w konferencji. Zwyczajowo nie doczekamy też Blake'a Grffina w pełnej formie, jako że walczy z kontuzją kolana. Już w zeszłym roku, Bucks trenowani przez nieudolnego Joe Prunty'ego postawili się bardzo mocno o wiele bardziej utalentowanym Boston Celtics, będąc nawet całkiem blisko zwycięstwa, gdyby nie to, że nauczyciel WFu Joe podchodził do ustawiania składu z takim konserwatyzmem, jak kościół katolicki. Oczekuję też gigantycznej serii od Giannisa - 35p/15z/8asyst. Bez wahania:

Bucks 4 - Pistons 0

2 - 7
Toronto Raptors - Orlando Magic

W sezonie zasadniczym Magic i Raptors zremisowali 2   - 2

Brawo Magic, którzy pod stabilnym kierownictwem nowego trenera Steve'a Clifforda, wrócili do play-off po długiej nieobecności, która trwała od kiedy z zespołu odszedł Dwight Howard. W sezonie zasadniczym postawili się Toronto, ale tylko w jednym z ich zwycięstw grał Kawhi Leonard, czyli absolutny klucz do play-off dla Raptors. O ile w sezonie zasadniczym mógł sobie pozwolić na freelancerkę, i wybieranie dogodnego czasu na wybieganie na boisko, to aby spełniły się marzenia Toronto o wygraniu konferencji wschodniej, Leonard musi sobie przypomnieć jak to jest nieść zespół na plecach. Moim zdaniem, Raptors to zespół lepiej przygotowany składowo do play-off, aniżeli Milwaukee - Leonard nie ma problemu z rzutem za trzy, i trzeba go pilnować w każdej akcji ofensywnej, a Nick Nurse dysponuje tyloma zawodnikami, że może zmieniać boiskowe wydarzenia wysyłając na parkiet ekipy specjalne. Magic spotkają się tutaj z przeszkodą w postaci deficytu talentu. Może urwą jeden mecz, ale wolę postawić na to, że Raptors wykorzystają ich jak worek treningowy.

Raptors 4 - Magic 0

3 - 6 
Philadelphia 76ers - Brooklyn Nets

W sezonie zasadniczym 76ers i Nets zremisowali 2 - 2

Tutaj rywalizacja w sezonie zasadniczym była bardzo zacięta (dwa mecze do ostatniego rzutu, i dwa wpierdole), i taka pewnie też będzie w play-off. 76ers mają tendencję do wypuszczania z rąk wygranych meczów, ich pierwsza piątka zagrała w całości może 10 spotkań, a na domiar tego, Joel Embiid nie wie w jakim stanie znajduje się jego kolano, i może opuścić już pierwszy mecz. Nets to zgrana ekipa, niesiona na fali wygrzebania się z katastrofalnej sytuacji po transferze z Bostonem. Brooklyn gra stylem, który może powodować niespodzianki (dużo trójek i szybkie bieganie), a ich obrońcy (D'Angelo Russell i Spencer Dinwiddie) mają taki profil zawodnika, który sprawia mnóstwo problemów Philadelphii. Gdyby Embiid był w pełni zdrowy, byłbym przekonany, że w miarę trwania serii różnice w talencie na korzyść 76ers ujawniłyby się, a tak to Nets mogą zwietrzyć szansę. 76ers przejdą do następnej rundy, ale po drodze doprowadzą fanów do skraju załamania nerwowego.

76ers 4 - Nets 3

4 - 5
Boston Celtics - Indiana Pacers

W sezonie zasadniczym Celtics wygrali 3 - 1

Jedyne zwycięstwo Pacers odnieśli na samym początku sezonu, kiedy ich najlepszy zawodnik, Victor Oladipo, nie wrócił do domu z bolącym kolanem. Od tego momentu trzymali się dzielnie, ale zyskali też na słabości przeciwników z dolnej części tabeli konferencji wschodniej. Dobrze grają w domu, przyzwoicie bronią, a rozwój Mylesa Turnera daje im nadzieję na przyszłość. W serii z Bostonem swoją nadzieję kładą w tym, że Celtics cały sezon spędzili skłóceni, niezgrani, i niespełniający oczekiwań. Dysproporcja talentu jest jednak wyraźna. Kyrie Irving w formie, to jeden z najlepszych zawodników we wschodnich play-off, a za nim stoi Al Horford, wracający do formy Gordon Hayward, rozczarowujący, ale ciągle groźny Jayson Tatum. Wbrew rezultatom sezonu zasadniczego jest to mocniejsza ekipa, niż ta która postawiła twarde warunki LeBronowi w zeszłym roku. Sezon zasadniczy może wywoływać zgnuśnienie, jednak jestem zwolennikiem tezy, że w play-off talent zazwyczaj wygrywa. Gdyby grał Oladipo, mówilibyśmy o serii bliskiej 50/50. W obecnej sytuacji stawiam na Boston.

Celtics 4 - Pacers 2

Western Conference


1 - 8
Golden State Warriors - Los Angeles Clippers 

Golden State wygrało serię 3 - 1 w sezonie zasadniczym

Czyli przetarcie drogi dla Golden State. Warriors praktycznie przespali sezon zasadniczy, a i tak wygrali najwięcej spotkań w zachodniej konferencji. Clippers zaliczyli dużą zmianę w środku roku, oddając swojego najlepszego zawodnika (Tobias Harris) do 76ers, za całkiem sporo zasobów. Pomimo tego utrzymali poziom, wygrywając sporą ilość spotkań (na wschodzie zajęliby 5. miejsce). Dla zespołu z LA, tak naprawdę ten sezon to truskawka na torcie (c) Tomasz Hajto. Wszystkie ruchy transferowe zostały wykonane z myślą o czyszczeniu budżetu na lato. Wobec tego Clippers mogą grać luźno, wolno i odważnie, ale zabraknie im umiejętności, aby naprawdę postawić się Golden State. Od strony mistrzów możemy spodziewać się testowania, jak przydatny może być DeMarcus Cousins w play-off. Warriors mają w zwyczaju odpuścić przynajmniej jedno spotkanie w serii, ale tutaj oczekuję czystej przejażdżki.

Warriors 4 - Clippers 0

2 - 7
Denver Nuggets - San Antonio Spurs

W sezonie zasadniczym Nuggets i Spurs zremisowali 2 - 2

Ostatnie spotkanie zakończyło się srogimi batami położonymi na Spurs, wydaje się więc, że może znaleźli sposób na San Antonio wykonujące porządną robotę. Kompletnie nie wierzę w Denver, i uważam, że to najsłabszy zespół z czwórki okupującej szczyty obu konferencji. Na ich korzyść działa głód sukcesu i Nikola Jokic, maszyna ofensywna. Dodatkowo, dzięki szczęśliwemu układowi wyników, trafili na tę stronę drabinki, która może poprowadzić ich do finału konferencji. Ich przeciwnicy z Teksasu nie mają stylu specjalnie sprawdzającego się w play-off. Ogrywanie rywali zaangażowaniem i wykorzystaniem popełnianych błędów działa w sezonie zasadniczym, ale w play-off wszystkie drużyny grają na pełnym skupieniu. Na szali talentu zdecydowanie przeważają Nuggets, ale doświadczenie leży po stronie Spurs. Wydaje mi się, że San Antonio złapie Denver przynajmniej dwa razy na nieuwadze.

Nuggets 4 - Spurs 2

3 - 6
Portland Trail Blazers - Oklahoma City Thunder

Thunder zdewastowało sezon zasadniczy 4 - 0

Jedna z dwóch najciekawszych serii w pierwszej rundzie play-off. Na nieszczęście Portland i ich szans na brak kompromitacji drugi rok z rzędu, Jusuf Nurkic potwornie złamał nogę na koniec sezonu zasadniczego. Z drugiej strony, najważniejszy zawodnik Thunder, czyli Paul George walczy z kontuzją ramienia. W związku z tym, ciężko przewidzieć jakie rozwiązania zaproponują obie drużyny. Czy Dame Lillard będzie w stanie przełamać cykl słabych występów wtedy, kiedy najbardziej się liczą? Jeśli tak, to Portland ma szansę przełamać znakomitą obronę Thunder. Może okazać się też, że Russell Westbrook odnajdzie swój rzut, a reszta graczy z Oklahomy postawi zaporę nie do przejścia. Nadal wracam myślami do zdrowia Paula Georga, którego obecność powoduje, że szanse przesuwają się na stronę OKC. Nie jest do końca pewne, czy zobaczymy go w pierwszym meczu, ale nawet jeśli wróci i nie da z siebie 100%, to Portland odnajdzie swoje szanse. Bardzo ciężki typ.

Trail Blazers 3 - OKC 4

4 - 5
Houston Rockets - Utah Jazz

Seria zakończyła się remisem, ale ostatni mecz odbył się w lutym

Dostajemy powtórkę z drugiej rundy zeszłorocznych play-off. Wtedy rozpędzeni Houston skarcili Jazz 4 - 1. W tym roku nie będzie już tak łatwo. Po pierwsze, skład Rockets osłabił się w porównaniu do 2018, a Chris Paul postarzał się rok. Po drugie, większość zawodników Jazz jest na takiej linii rozwojowej, że raczej się poprawili. Do wygrania tej serii dla Houston znowu potrzebna będzie magia Hardena, wsparta przynajmniej poprawnym zdrowiem Paula, i solidną grą Clinta Capeli przeciwko Rudy'emu Gobertowi. Jazz liczą na rozwój Donovana Mitchella i defensywę Goberta, która może rozpaść się przeciwko jednemu z najlepszych ofensywnych zawodników ligi. Zarówno Jazz, jak i Rockets znaleźli swój chill w drugiej części sezonu, więc powinniśmy spodziewać się meczów na bardzo wysokim poziomie.

Rockets 4 - Jazz 2

Michał



czwartek, 14 marca 2019

W poszukiwaniu zaginionego szczęścia

Drogi Mateuszu,

Ponieważ w obecnym składzie demograficznym NBA funkcjonują przede wszystkim tak zwani "Millenialsi" (do których należymy także my, bo formalne definicje sugerują rozpoczęcie tego pokolenia od 1983; na ten moment w lidze ciągle funkcjonuje 11 zawodników, teoretycznie należących do innej generacji), dlatego liga zaczęła mierzyć się z problemami, wynikającymi z psychologicznego położenia dzisiejszych młodych dorosłych.
W tym momencie, nawet komisarz NBA, Adam Silver, zauważa, że większość zawodników czuje się niezadowolona, biorąc pod uwagę oczekiwania, jakie mają od miejsc, w których grają, jak i drużynowej sytuacji, a także wielu innych czynników.

Kiedy Travis śpiewał w "Side"o tęsknym spoglądaniu na życie po drugiej stronie płotu, nie do końca rozumiałem, w jaki sposób może odnosić się to do mnie, a tym bardziej do znakomicie uposażonych gwiazd sportu, pracujących w wymarzonym zawodzie. Im bardziej jednoczę się z millenialną myślą niezadowolenia z systemu, w który zostałem wpędzony wbrew mojej woli, tym bardziej jestem w stanie wykazać empatię dla ludzi, którzy stanęli przed wymarzonym szansą zarabiania na życie w okupacji, która ekwiwalentnie opłaca ich za faktyczne umiejętności (często dające się skalkulować matematycznie). Nie da się mentalnie przekroczyć progu odczuć drugiego człowieka, ale przy obserwacji graczy wystawionych na permanentną ocenę i mierzącą się z realnymi oczekiwaniami, okazuje się, że życie, i natura ludzka nadal wygrywają ze sztucznie wyłożonymi granicami tego, kiedy z zewnątrz uznajemy człowieka za osiągającego prawdziwy sukces.

Ponieważ obecnie mamy w lidze tyle przykładów zawodników, którzy próbują określić swoje miejsce na ziemi, nie możemy łatwo zganić ich rozterek na jednoznaczną przyczynę. Gdyby ten sam wirus przechodził przez gwiazdy, klasę robotniczą, i odrzutków, wtedy można byłoby pytać o diagnozę stanu ligi, i zastanawianiu się nad jej przyszłością. Sytuacja kontraktowa i pieniężna nie chyboce się, i nie stanowi źródła konfliktu między kosmicznie bogatymi właścicielami klubów, a bardzo bogatymi zawodnikami.
Wręcz przeciwnie, wygląda na to, że negocjacje przebiegają we wzajemnej atmosferze zrozumienia, wynikającej ze zmiany pokoleniowej biznesmenów kupujących kluby, i wzrastającej inteligencji finansowej pracowników (którzy też zdają sobie sprawę, jaką władzę mają nad kształtem ligi). Oczywiście, to wszystko może rozpaść się przy kolejnych związkowych negocjacjach w 2022, natomiast w tym momencie przyjmujemy, że finansowe zdrowie ligi rozgrywa się słusznie między dwoma stronami. Skoro zatem podstawa piramidy Maslowa zostały wypełnione, co powoduje, że zawodnicy wydają się być coraz bardziej niezadowoleni z życia? Miliony winny wypełniać wszystkie luki w osobowości, relacjach, i niwelować działanie chemii w głowie i sercu człowieka. Spójrzmy zatem niesprawiedliwym spojrzeniem na głównych producentów obecnego zamieszania w nieprzewidywalnym sezonie telewizyjnym i sportowym NBA.

Anthony Davis rozlicza swoją bibliografię w kontekście historycznym po napisaniu pierwszego rozdziału

Od momentu kiedy wkroczył do ligi, New Orleans Pelicans próbowali złożyć koło niego zespół gwarantujący atak na pozycję behemotów, zwłaszcza, gdy tylko okazało się, że Davis może być najlepszym zawodnikiem w lidze. Największym sukcesem okazało się ściągnięcie Jrue Holidaya, jednakże kumulacja pozostałych ruchów sprowadziła Pelicans do mierności. A może to wcale nie od nich zależało? Może to Davis gwarantujący 30 punktów, 12 zbiórek i 2.5 bloku nie sprostał oczekiwaniom? Jeśli ktoś myśli w ten sposób, i dał upust swoim przekonaniom w publiczny sposób, to przyczynił się do zmiany Davisa z tego, który chce wyciągnąć Pelicans ponad przeciętność, w tego, który doskonale zdaje sobie sprawę co zrobiły lata poświęcania się Minnesocie Kevinowi Garnettowi.
Czy świadomie, czy nie, AD bierze kwestię swojej legendy w swoje ręce. Przeglądając dostępne mu manewry, dobrze widzi, że do najskuteczniejszych ruchów należy przeprowadzka. Przymyka oko na "niedolę" Kyrie Irvinga i LeBrona Jamesa walczących z niespełnianymi oczekiwaniami, ale widzi radość Paula George w Oklahomie, i ciężar zdjęty z Chrisa Paula w Houston. Oraz obserwuje to, co czuje Kawhi Leonard w Toronto, ale podobnie jak reszta ludzkości, nie jest w stanie rozczytać jego komputerowego kodu.
Wbrew oczekiwaniom wszystkich, domagając się transferu, poniesie także stratę finansową, ale dzięki obecnej strukturze kontraktów, tę różnicę zniweluje mądrym zarządzaniem dalszą karierą. Pytanie brzmi zatem, czy w nowym miejscu odnajdzie spokój i szczęście? Jeśli trafi do Lakers, to znajdzie się wśród LeBronowskiego cyrku, który na ten moment zdaje się dobiegać końca. Działalność około-Lebronowska zawsze przynosiła mniejsze zyski dla zawodników podkoszowych. Zarówno Chris Bosh, jak i Kevin Love zmienili się z niepodważalnych gwiazd swoich zespołów w pomocników wypełniających drobne role, ograniczając swoje działania w ofensywie do niezbędnego minimum. Davis stanąłby przed ostatecznym egzaminem, jako najlepszy zawodnik, z którym LeBronowi przyszło grać w zespole. Czy wreszcie doczekalibyśmy się odpowiedzi na pytanie, jak wygląda drużyna, w której James ustępuje pola komuś, kto ciągle nie osiągnął szczytu trajektorii swojej kariery? Wbrew pozorom nawet uniknięcie budującej się obecnie tragedii Los Angeles nie oznacza, że Davis spotka swoje szczęście wybierając inne miasto. Na każdym kroku czekają te same pułapki, w które wpadła franczyza w Nowym Orleanie, wzmagane przez fakt, iż jeśli AD będzie chciał zostać wytransferowany przed wolną agenturą, to musi liczyć się z tym, że w zamian za jego przybycie, klub zapłaci karę w postaci oddania większej i utalentowanej części składu. Zakładając, że dysponujący najciekawszą skarbnicą Boston składa wymarzoną przez Pelicans ofertę, nadal zostawia to przetrzebiony skład Celtics, w którym może nawet zabraknąć Kyrie Irvinga, a to przecież moc gwiazd decyduje o ostatecznym sukcesie.

Podsumowując. Niezadowolony (słusznie) z tego, jak patrzymy na jego karierę, ze względu na nieudolność Pelicans, podejmuje decyzję (zgodnie z radą swojej nowej agencji) o żądaniu transferu. Nawet te osoby, które sympatyzują z jego pozycją, rozumieją, że postawił się w najtrudniejszej sytuacji. Po pierwsze, dwa lata przed końcem kontraktu, tak naprawdę nie ma nic do powiedzenia na temat zespołu, w którym wyląduje. Po drugie, zamienia koszykarską siekierkę na kijek, nie zyskując uznania w oczach publiczności. Jego głowa chodzi pomiędzy opiniami o jednym z najlepszych zawodników w lidze, a notorycznym rozczarowaniem, które dodatkowo nie może wykazać się cierpliwością dotyczącą budowy franczyzy. Anthony Davis pozostaje w środku, sam, ostatecznie płacąc za wszystkie konsekwencje swojej decyzji.

Kyrie Irving docenia swoje młodzieńcze doświadczenia za późno, i aplikuje je w niewłaściwy sposób

Historia Kyrie przyjmuje za dużo twistów, aby donosić o nich tutaj w formacie reporterskim. W tej chwili Irving żyje między przeświadczeniem, że domyślnie nie istnieją dobre sytuacje w NBA, a przekonaniem, że to on sam tworzy nieznośną atmosferę miejsca pracy. Początkowe lata jego kariery opierały się na wyobrażeniu tego, co oznacza Kyrie. Sezon w Duke został skrócony przez kontuzję pleców, a początkowe lata w Cleveland nie miały znaczenia, jak przystoi to zespołowi notorycznie przegrywającemu ponad 50 spotkań w sezonie. Osobowość Kyrie zaczęła nabierać kształtu dopiero wtedy, kiedy LeBron wrócił do Cavaliers. Wraz z formulacją super-drużyny w Ohio nadszedł czas, aby rozliczać Irvinga z przydatności i osobowości. Na boisku Kyrie okazał się niezbędnym elementem krucjaty LeBrona stawiającego czoła lepiej uzbrojonym przeciwnikom z Kalifornii. Po zdobyciu tytułu, jego myśli popłynęły w stronę ledwo widocznej, utopijnej wyspy, na której palmy rosły trochę wyżej, trawa była zieleńsza, a LeBron nie siedział na tronie (gotowy ustąpić przy oznakach starzenia). Dopiero wtedy poznaliśmy Kyrie jako gościa, który woli wystąpić po swoje zbyt wcześnie, niczym Luke Skywalker urywający trening na Dagobah, przekonany, że jego marionetkowy mistrz przekazał mu wszystkie możliwe informacje.
Nie jestem nieprzekonany, że to ten Brutusowy moment nie oznaczał prawdziwego końca kariery Jamesa walczącego o ostateczne trofeum (wszakże nikt nie spodziewał się, że Cavaliers mają jakiekolwiek szanse na wywalczenie tytułu przeciwko tytanom z Oakland). Irving wypłynął więc zadowolony w wyspy bostońskie, ale napotkał nieznane sobie problemy, nieobecne postaciom drugoplanowym. Młodzi zawodnicy nie rozumieją powagi play-off? Ktoś oczekuje od swojej pozycji więcej, niż przydałoby się drużynie? Ależ drogi Kyrie, przed chwilą to byłeś ty, pytając Mike Millera w trakcie 37. meczu w sezonie czy tak wygląda atmosfera play-off. Nie umiałeś zrozumieć też, że w mistrzowskim zespole każdy dopasowuje się do swojej roli. Twoja przeprowadzka do Bostonu miała udowodnić, że umiesz zarządzać ludźmi... i wykazała kompletne przeciwieństwo. Nie umiem stwierdzić, czy jest spokojne miejsce, w którym Kyrie znajdzie swój zen, wyrównujący jego oczekiwania i drużynowe umiejętności, ale jeśli nie zadowala go zbiór, który proponują Celtics, to ciężko wyobrazić sobie kombinację podchodzącą pod ideał.

Najgorsze są te momenty, kiedy Irving wypowiada się jak najstarszy na świecie człowiek, odwołujący się do czystości sportu i uwłacza biznesowej stronie NBA, krytykując obecność kamer, reporterów, artykułów, a może nawet fanów, nie pozwalających mu cieszyć się pięknem koszykówki na najwyższym poziomie. Rozumiem w pełni, że kieruje nim nostalgia za graniem w parku/podjeździe, z kolegami, w niewymiarowych halach, i innych archetypach, o których zazwyczaj opowiadają ligowi zawodnicy. Zagłębienie się w świat budowania światowej marki i granie w Hollywoodzkim filmie, przeczą słowom Irvinga, który chce zjeść ciastko i mieć ciastko. Z takim nastawieniem nie spodziewam się, aby łatwo było mu znaleźć miejsce, w którym będzie naprawdę szczęśliwy. Z tego co wiem, to za każdą franczyzą podążają fani, reporterzy, i media społecznościowe, a Kyrie zazwyczaj gra na takim poziomie, że to jego rozlicza się z odpowiedzialności za drużynowe wyniki. Czasami jest tak, że marzenia o samodzielności oznaczają walkę z najgorszym szefem na świecie - samym sobą.

Kevin Durant osiąga szczyt, jednocześnie zmieniając się w coraz większego cynika

Największa zmiana charakteru jaką zaobserwowałem w trakcie mojej przygody z NBA. Kiedy grał w OKC, sprawiał wrażenie tego typu gwiazdy, za którą wszyscy mogą się wstawić. Nienaganne umiejętności na boisku, przyjemna osobowość, nie tocząca walki z bezustannie wściekłym Russellem Westbrookiem. Jeśli Kyrie Irving dążył do modelu czystości koszykarskiego istnienia, to Durant był najbliższym tego wzorem. Nie potrafię sobie racjonalnie wytłumaczyć w jaki sposób osiągnięcie ostatecznego sukcesu po przejściu do Golden State Warriors (przypomnę - szczyt OKC to przedwczesne finały w 2012, i tragiczna porażka z Warriors w 2016) spowodowało, że obecna wersja KD brzmi jak zgorzkniały typek, któremu uciekły wszystkie życiowe szanse. Myślę, że nie było żadnego kibica koszykówki, i samego Duranta, który myślał, że po podpisaniu kontraktu z GSW czeka go cokolwiek innego niż niepodważalny sukces. Odejście Kevina z OKC można było interpretować w prosty sposób - uciekł z czyśćca mało zaawansowanej koszykówki, i trenerów, którzy nie potrafili stworzyć boiskowej sytuacji, maksymalizujące jego talenty. Mistrzowscy Warriors jawili się jako studenci wyższej szkoły nowej koszykówki, zachęcającej swobodą nauczania i szerokim wachlarzem programów gwarantujących sukces w przyjemnej atmosferze w otoczeniu równie utalentowanych zawodników.

Dlaczego zatem pamiętam Duranta jako bardziej szczęśliwego człowieka, kiedy tyrał na wymagającej posadzie zbawiciela Oklahoma City? Dlaczego współczesny Durant nie potrafi odpowiadać na pytania w inny sposób, niż odstrzeliwując cierpkie słowa w stronę reporterów, którzy chcieliby się dowiedzieć takich rzeczy jak: skoro nie chcesz debat na temat twojej przyszłości, to dlaczego nie podpisałeś kontraktu na kilka lat?
Jego podcasty z Billem Simmonsem, oraz zbiór poezji wywiadów zdradza tendencje kogoś, kto mówi o tej samej czystości produktu, co Kyrie Irving, ale jednocześnie zdaje sobie sprawę, że bezapelacyjny sukces (2x MVP finałów) nie rozwiązuje mentalnych problemów, i nie ubezpiecza go przed krytyką. Gdy Michael Jordan sięgał po trzecią z rzędu nagrodę w finałach, a potem uciekł grać w baseball, to tłumaczył się pewnym zmęczeniem materiału, ale jego pozycję można było uzasadnić tym, że stał się jednostkowym ambasadorem NBA, graczem odpowiedzialnym za wizerunek ligi, i uniwersalnym idolem, przyciągającym magnetycznie ludzi, których koszykówka kompletnie nie interesowała. W 2019, Kevin Durant może być najlepszym zawodnikiem w lidze (i gra w Golden State nigdy nie powinna wyciągać go z tej dyskusji), ale na jego barkach nie stoi reputacja i promocja całej ligi. To zadanie nie leży też na LeBronie Jamesie, gdyż NBA pozwoliło na budowę marek i ulubieńców na wskroś całej ligi. Skąd zatem to zgorzknienie, frustracja, i zrujnowanie publicznego wizerunku? Być może chodzi o dźwięk rozbitego lustra, dotyczącego osiągnięcia ostatecznego sukcesu. Tak, Kevin Durant dopiął swego, wychodząc z OKC i zdobywając tytuły w Oakland, ale czy okazało się to niewystarczające? W jego wypadku mamy do czynienia z połączeniem wcześniej omawianych czynników: zadbał o swoją reputację wygrywając, podjął świadomą decyzję na temat swojej przyszłości, i zmaksymalizował finansowe zyski. Jeśli pomimo tego jego marzenia wracają do czystości wykonywanego zawodu, to znaczy, że w końcu musimy zrozumieć, że to nie rzeczy opisywalne z zewnątrz oznaczają wewnętrzny spokój. Zwłaszcza, kiedy social media gotowe są przyczepić się do wszystkiego, poczynając od niezadbanej brody, do wężowatego dołączenia do najlepszego zespołu w lidze. Durant istnieje jako posąg w świecie koszykówki, ale jego człowieczeństwo otrzymuje ciosy, niczym pinata specjalnie przygotowana dla mediów społecznościowych.

To tylko kilka z najważniejszych przykładów obrazujących różnicę między wewnętrznymi i zewnętrznymi oczekiwaniami tego pokolenia, i niespełnienia ludzi, którzy dotarli do szczytu swojej profesji. A przecież mamy jeszcze szukającego miejsca na swoją kłótliwą osobowość Jimmy'ego Butlera, LeBrona Jamesa godzącego dyskusję o swoim postrzeganiu w annałach z planowaniem przyszłości, i mnóstwo młodych graczy często środowiskowo programowanych na niezadowolenie z suboptymalnych sytuacji sportowych i życiowych.
Kształt ligi zawsze będzie opierał się na dwóch rzeczach - ekonomicznej sytuacji ustawiającej życie koszykarzy, i odzwierciedlenia społeczeństwa, w którym żyjemy. Bardzo łatwo prychnąć z lekceważeniem na problemy ludzi zarabiających więcej, niż nasze rodziny będą widziały w sumie przez kilkanaście pokoleń, ale czytanie profili, wywiadów i słuchanie rozmów z nimi uświadamia mi, że większość (nawet jeśli przynajmniej pozornie) zdaje sobie sprawę w jak uprzywilejowanej sytuacji stoi. Myślę zresztą, że to kolejny z punktów nacisku, który stawia ich na świeczniku i zmusza do walki z wizerunkiem rozpuszczonych milionerów, a także wymaga odpowiedniego wkładu zwrotnego w społeczeństwo. Paradoksem pozostaje, że przez jednoekranową bliskość do nich, oczekujemy od sportowców o wiele więcej, niż od miliarderów, którzy płacą ich pensje, a odwracają każde możliwe prawo, tylko po to, by oddawać społeczeństwu jeszcze mniej. Nawet zakładając, że wszyscy gracze w NBA spełniają nasz pesymistyczny wizerunek mieszkańców wieży z kości słoniowej, to i tak gracze AD2019 jawią się bardziej światłymi, ciekawymi i społecznie uświadomionymi, niż ci z początku tysiąclecia. Niektórzy pracują charytatywnie na lokalnych rynkach, a inni poświęcają swój czas na akcje o większym zasięgu. Mam wrażenie, że czasem ta rzeczywistość i praca daje większą satysfakcję w porównaniu z trudnym do nawigacji światem profesjonalnej koszykówki. Z takiego dystansu mogę oceniać to mylnie, i wtedy nie ma ratunku dla naszego pokolenia? Póki nie dotarłem do nieskończenie cynicznego wieku, pozwolę sobie zatrzymać optymizm, ukryty za ciągle atakującym poczuciem niespełnienia. 99% millenialsów nigdy nie będzie umiało zrobić wsadu, ale może w publicznie rozliczających się z życiem rówieśnikach bez prawidłowych odpowiedzi leży jakaś uniwersalna lekcja.

Michał.

środa, 10 października 2018

Zapowiedź sezonu 2018/19 - Los Angeles Lakers

Drogi Mateuszu,

Pomimo faktu, że Los Angeles Lakers wykonali najgłośniejszą transakcję lata, czyli sprowadzenie LeBrona Jamesa do "miasta aniołów", z ich obozu docierają informacje o zaskakująco rozsądnych oczekiwaniach co do nadchodzącego sezonu.
Kiedy James przechodził do Miami Heat w 2011, dołączając do gwiazd ligi w postaci Dwyane'a Wade'a i Chrisa Bosha, mistrzostwo wydawało się obowiązkowe (naprawdę w finałach rozczarowanie z Dallas Mavericks).
Dołączając do Cavaliers, LeBron wiedział już o tym, że wspięcie się na najwyższy poziom wymaga czasu, ale z kolei wymuszał krótkowzroczne działania na włodarzach z Cleveland, które ostatecznie przyczyniły się do powolnego obniżania jakości zespołu, podsumowane transferem Kyrie Irvinga.

Wśród nowych partnerów Jamesa w Los Angeles nie ma nikogo o jakości Irvinga, Wade'a, Bosha, ani nawet Love'a. Po raz pierwszy od ośmiu lat, drużyna, w której zagra LeBron stawia bardziej na przyszłość, aniżeli na teraźniejszość. W zasadzie wszyscy najważniejsi zawodnicy Lakers swoje najlepsze lata mają przed sobą. Brandon Ingram i Lonzo Ball zostali wybrani z drugimi numerami w drafcie i obaj wnieśli do ligi specyficzne zestawy umiejętności.
Ingram to wysoki, techniczny zawodnik, z konstrukcją kończyn niczym kosarz zwyczajny (absurdalnie długie, ale przeraźliwie chude). W swojej ostatecznej wersji potrafił będzie zdobywać punkty z każdego miejsca na boisku: nie do powstrzymania pod koszem, z funkcjonalnym rzutem z dystansu. Defensywnie, jego szybkość pozwala mu myśleć o bronieniu zawodników na czterech pozycjach (a jeśli dołoży masę, to może nawet mniejszych centrów). Pomiędzy pierwszym a drugim sezonem Ingram rozwinął się, ale jeśli nie ma skończyć jako potencjalny kąsek transferowy, w tym roku musi zaliczyć ten najtrudniejszy skok - na poziom prawdziwej gwiazdy. Jeśli wypali, to odciąży starzejącego się LeBrona od zdobywania i ustawiania wszystkich akcji punktowych w zespole.

Lonzo Ball z drugiej strony, to antyteza współczesnego rozgrywającego. Obecnie w NBA PG dominuje posiadanie piłki, szukając okazji do zdobycia punktów, a gdy nie ma takiej możliwości podaje niekrytym kolegom, którym zapewnił swobodę bezustannym atakowaniem defensywy. Zarówno Steph Curry, Kyrie Irving, Russell Westbrook, czy James Harden grają w taki sposób. Ball nadaje priorytet podaniom w pierwszej, drugiej, i trzeciej kolejności, przywołując wspomnienia takich graczy, jak Steve Nash lub Jason Kidd. Przy graniu z LeBronem należy pamiętać, że piłka spędza większość czasu w jego rękach (z korzyścią dla drużyny). W związku z tym Lonzo zdaje się idealnym boiskowym partnerem "Króla", gdyż trzyma piłkę najkrócej ze wszystkich rozgrywających w NBA. Kiedy tylko widzi lukę w obronie, albo niekrytego kolegę, natychmiast przyspiesza akcję ruchem piłki. Aby zająć miejsce w składzie na stałe musi trafiać rzuty z dystansu. Na początku poprzedniego sezonu miał z tym problem, ale przed kontuzją kolana w środku sezonu zaczął się poprawiać. Jeśli nie będzie stanowił punktowego zagrożenia, obrona podejmie strategiczną decyzję o  przesunięciu większej ilości środków w kierunku LeBrona.

Lakers wydraftowali także wartościowych graczy pod koniec pierwszej rundy: Kyle Kuzma wszedł do ligi z repertuarem podkoszowych manewrów, którego pozazdrościłyby mu stare wygi, a Josh Hart przejawia ponadprzeciętną inteligencję i zapewnia zestaw umiejętności ofensywnych i defensywnych, który docenia każdy trener. Żaden z nich nie pcha się też przed szereg, co jest kluczowe w drużynie z dużym ego.

Dla przeciwwagi ruchu młodzieżowego zakontraktowano ekscentrycznych i lekko kontrowersyjnych weteranów. Każdy z czwórki Rajon Rondo, Javale McGee, Michael Beasley i Lance Stephenson to kolorowa, doświadczona postać z różnymi przygodami w lidze. Rondo wzmoże motywację Lonzo o pozycję startującego rozgrywającego, a reszta wypełni takie role, jakie nakaże im trener, jednocześnie stanowiąc oparcie dla młodzian.

Tak przynajmniej Lakers zaczną sezon. Wszystko może się zmienić, jeśli LeBron wskaże zarządzającemu strategią generalną Magicowi, że taki zespół mu nie podchodzi. Wstępny plan zakłada, że Lakers wykorzystają wolne miejsce w budżecie za rok, próbując przyciągnąć którąś z gwiazd bez kontraktu do LA (Durant? Klay Thompson?), dlatego wszystkie weterańskie umowy podpisane są zaledwie na rok. Może też okazać się, że Jeziorowcy aktywnie uczestniczą w ruchach transferowych zimą, zwłaszcza jeśli młodzi nie spełnią pokładanych w nich oczekiwań, albo zarząd otrzyma ofertę nie do odrzucenia.

Inny konflikt może nastąpić odnośnie stylu gry, który preferuje trener Lakers, Luke Walton, a tym który woli James. Wartości trenerskich Walton nabrał w Golden State, stawiając na szybkie tempo gry z uwzględnieniem wszystkich zawodników.
LeBron preferuje rozmyślne, niespieszne analizowanie obrony, w którym to on podejmuje kluczowe decyzje. Ciężko sprzeczać się z sukcesami odniesionymi przez zespoły z LeBronem w roli głównej, ale jeśli chce zachować szansę na przedłużanie kariery, to musi scedować część nakładu obowiązków na innych. Mecze przedsezonowe nie stanowią perfekcyjnego materiału dowodowego, ale na razie wynika z nich, że James rozumie jaki jest plan i podchodzi do niego z wcześniej niewidzianą cierpliwością.

Lakers nie mają podbić świata w tym sezonie, najprawdopodobniej kończąc spektakularną serię 8 awansów do finałów z rzędu LeBrona. Najwięksi pesymiści prorokują wypadnięcie z play-off w arcytrudnej konferencji. Dopóki LeBron nie chodzi o kulach i zasiada za sterami nie uwierzę w to, ale na pewno spodziewam się sezonu próby w Los Angeles.

Przewidywania

Las Vegas - 48.5 zwycięstw. Moim zdaniem odrobinę za wysoko: 48-34.

Zapowiedź sezonu 2018/19 - Los Angeles Clippers

Drogi Mateuszu,

Los Angeles Clippers przystępują do sezonu mając w składzie przynajmniej 15 zawodników, którzy naprawdę potrafią grać w kosza. Po odejściu Chrisa Paula, Blake'a Griffina, DeAndre Jordana i JJ Redicka nad drugą drużyną z LA wisiały czarne chmury. Utrata gwiazd takiego kalibru zazwyczaj oznacza okres karencji, zakończony wyborem zbawcy w drafcie (chyba że jest się Los Angeles Lakers). Ponieważ Clippers poczuli pismo nosem, to pozbywali się poszczególnych zawodników w taki sposób, aby uzyskać coś w zamian. Transfer Chrisa Paula sprowadził do LA między innymi Lou Williamsa (nagroda rezerwowego sezonu 2017/18) i Patricka Beverley. Od naiwnych Detroit Pistons, wierzących w zdrowie Blake'a, Clippers wydobyli Tobiasa Harrisa oraz Avery'ego Bradleya. Chociaż ci zawodnicy nie odmienią franczyzy, to potrafią z sukcesami grać w pierwszym składzie, pozwalając zarządowi Clips zastanowić się kogo warto zatrzymać, a kogo oferować w potencjalnym transferze.

Na korzyść Clippers działa też fakt, że oprócz Danilo Galllinariego, nikt ze składu nie wygląda na przepłaconego. Gdyby któraś gwiazda chciała pożegnać się ze swoim obecnym zespołem (hint, hint Jimmy Butler), Clips mogą z podniesionym czołem stanąć do negocjacji.
W międzyczasie trener Doc Rivers ma zestaw puzzli, którymi przetestuje te mniej ograne ligowe zespoły. W składzie widzimy też polski akcent, jako że Marcin Gortat może zakończyć karierę w Hollywood, odgrywając rolę podstawowego centra. Ponieważ w zeszłym sezonie nie udało im się awansować do play-off, dostali też dwie szanse w drafcie, a jedną z nich wykorzystali na mocnego fizycznie rozgrywającego Shai Gilgeousa-Alexandra, którego eksperci typują na jedną z prawdziwych niespodzianek wśród rookiech

Jako zadanie na ten sezon Clippers wyznaczyli sobie awans do play-off. Jednak przy tak dużej konkurencji, o której wspominałem w innych zapowiedziach,  nawet 10. czy 11. miejsce nie zostanie określone jako jednoznaczna porażka. Ten konkretny skład rzadko kiedy będzie faworytem w meczach z potęgami, ale ma predyspozycje do zaskakiwania gigantów, zwłaszcza tych, którzy potrzebują czasu na początku sezonu, aby się zgrać. Beverley nada ton defensywie, a Williams i Harris to ligowa czołówka pod względem punktowania. Nawet tacy gracze jak Luc Richard Mbah a Moute (utratę którego pożałuje Houston Rockets) dodadzą atuty z ławki. Nikt w lidze nie dysponuje taką siłą ognia w rezerwach, jak właśnie Clippers.

Jak to wszystko poukładać?

Po tym jak zabrano mu obowiązki dotyczące transferowania i kontraktowania zawodników, Doc Rivers znowu pokazał się jako kreatywny trener, potrafiący mocno zmotywować swoich zawodników. Zmęczony długimi przejściami z kłótliwymi gwiazdami (przede wszystkim perfekcjonista Paul) odżył pracując z niedocenianymi przez ligę graczami. Jestem pewien, że głównym mottem w szatni Clippers będzie sugerowanie, że są przez wszystkich spisani na straty.
W takim momencie Rivers sprawuje się idealnie, potrafiąc zjednoczyć zawodników wokół jednego celu. Wszystkie niedostatki techniczne i taktyczne, nadrobione zostaną walecznością i twardą grą. Bogactwo składu może też działać na niekorzyść zespołu, gdyż już teraz patrząc na listę zawodników ciężko wyobrazić sobie kto zacznie spotkania, a kto je skończy. Potencjalnie ten fakt tworzy poletko na konflikty graczy, których ego nie zostanie dostatecznie połechtane. W sukurs przyjdą transfery i nieuniknione kontuzje, gdyż tacy koszykarze jak Bradley, Beverley, czy Gallinari znani są z opuszczania znacznej ilości meczów w sezonie.

Pomimo tego, że patrzę na Los Angeles Clippers pozytywnie, i nawet życzę im dobrego sezonu, to na pewno kilka zespołów w konferencji jest nie do przeskoczenia. Houston, Golden State, Utah, Oklahoma i Lakers dysponują prawdziwymi gwiazdami, które często zmieniają oblicza całego sezonu. Fascynująca walka rozegra się zatem między Denver, Portland, Spurs, Timberwolves, a nawet Grizzlies i Dallas. Jeśli, jak w poprzednim sezonie, o awansie decydować będą jedno, dwa spotkania, krótka seria zwycięstw może oznaczać być, albo nie być dla zespołu. Gdyby Clippers znajdowali się na wschodzie, byliby murowanym kandydatem do awansu. Po drugiej stronie kraju uchodzą za jednego z wielu pretendentów.

Przewidywania

Over/under Las Vegas - 35.5. Biorę zdecydowane over: 42-40.

piątek, 5 października 2018

Zapowiedź sezonu 2018/19 - Indiana Pacers

Drogi Mateuszu,

Od czasów Reggiego Leszka Millera Indiana Pacers twardo idą obraną przez siebie drogą, nie zważając na kierunek przyjęty przez resztę ligi. Według wewnętrznej biblii, w każdym sezonie w składzie mają znaleźć się ciężko pracujący, dobrzy zawodnicy, którzy przy pomyślnym układzie gwiazd staną do walki o play-off i przyniosą chwałę dobremu stanowi Indiana. Najlepszą próbę zagrali niestety w czasie, kiedy LeBron James przeszedł do Miami i przejął absolutne panowanie nad wschodnią konferencją.

Od tamtego czasu Pacers nie zaznali smaku beznadziejności jak Nets, czy Cavaliers, docierając do gry o stawkę w każdym z poprzednich trzech sezonów (trzykrotny wpierdol w pierwszej rundzie). Jak się okazuje, "dobrymi" graczami można walczyć tylko i wyłącznie o "dobrą" pozycję, co w końcu zrozumiał Paul George, żądając transferu przed upływem kontraktu. Wbrew swoim zachciankom został wytransferowany przez Kevina Pritcharda (dyrektor sportowy, przejmujący schedę po legendarnym Larry Birdzie) do OKC, zamiast do wymarzonego Los Angeles. Z obu stron uczestniczących w transakcji śmiano się - z OKC, że George będzie siedzieć na spakowanych walizkach, sprawdzając online czy Lakers mają dostatecznie miejsca w budżecie na jego kontrakt, a z Indiany z faktu, że za jednego z najlepszych zawodników w historii klubu otrzymali zaledwie Domantasa Sabonisa oraz Victora Oladipo. Po roku śmichów-chichów okazało się, że być może obie strony zyskały na tym transferze. Paul George przedłużył swój pobyt w Oklahomie o przynajmniej trzy lata (Russell Westbrook musi być znakomitym kumplem), a Indiana doczekała się nowego bohatera z powodu następującego faktu:

Eksplozja Victora Oladipo

Draft w 2013 roku przejdzie do historii dzięki Anthonemu Bennettowi, który okazał się jednym z najgorszych pierwszych wyborów (miejsce na podium obok Michaela Olowokandi i Kwame Browna). Większość skautów największe szanse na sensowną karierę w NBA dawała Oladipo, który grając na uniwersytecie nie miał dużych umiejętności, ale dysponował zabójczym przyspieszeniem i agresywną grą w obronie. Początek jego kariery w Orlando Magic przyniósł spore rozczarowanie. Nie można powiedzieć, że grał tak źle jak Bennett, ale przez trzy sezony nie widać było oznak rozwoju, który zagwarantowałby mu miejsce pomiędzy prawdziwymi gwiazdami ligi. W związku z tym Magic bez żalu oddali go do Thunder, gdzie w dominującej obecności Westbrooka przygasł jeszcze bardziej. Po drugim transferze w trakcie tak krótkiej kariery coś musiało ulec zmianie. Oladipo przerzucił sporo miedzi na siłowni, i zakładając koszulkę Pacers wszedł w sezon bez pardonsu. Warunki fizyczne i bezlitosna agresja w atakowaniu kosza przełożyły się na namacalne efekty. Wystarczy powiedzieć, że jego średnia punktowa podskoczyła z mało inspirujących 15 punktów do 23. Zauważając taki rozwój, trener Nate McMillan rozkazał przestawić ofensywę w ten sposób, aby zostawić Victorowi jak najwięcej miejsca do pracy. Nowa wersja Oladipo zaszokowała nieprzygotowane obrony elitarnym odejściem (coś jak Messi na pierwszych kilku metrach dryblingu), a podobne podejście prezentował przecież w defensywie. W ten sposób na koniec sezonu powędrowała do niego zasłużona nagroda Most Improved Player, którą zapowiadałem dla niego kilka miesięcy temu. W nowy sezon Pacers wkraczają wiedząc kto jest ich najlepszym zawodnikiem, wierząc że przemiana Oladipo nie okazała się tymczasowa. 

Co z resztą składu?

Największe nadzieje na "efekt Oladipo" pokłada się w Mylesie Turnerze, który przynajmniej teoretycznie wygląda jak najbardziej nowoczesny center w lidze. Do jego zalet należy bycie ruchomą łapką wychwytującą piłki zmierzające do kosza, oraz celny rzut z dystansu. Jego mobilność pozwala mu też tańczyć z mniejszymi zawodnikami na obwodzie (podobną rolę pełni Clint Capela w Houston). Niestety, w pojedynczych meczach ciężko zobaczyć wszystkie umiejętności w tym samym czasie, jako że Turner ma tendencję do znikania na długie minuty, dlatego ten sezon będzie tak kluczowy w decydowaniu, czy sparowanie go z Victorem Oladipo oznacza pozytywną przyszłość dla Pacers. Przed sezonem znaki, fizyczność i nastawienie Turnera są pozytywne, ale żaden zawodnik w NBA (oprócz Andre Millera) nie przyzna się, że zmarnował wakacje na jedzenie hamburgerów.

Źle wykorzystywany w Oklahomie był też Sabonis (syn legendarnego litewskiego centra Arvydasa), którego parkowano za linią rzutów za trzy, rezygnując z jego umiejętności podkoszowych. W Pacers pozwolono mu dominować rezerwowych centrów drużyn przeciwnych, albo współpracować z Mylesem Turnerem. Patrząc dalej na skład Indiany widzi się tylko profesjonalizm - PG Darren Collison nie traci piłek i trafia czyste rzuty z dystansu, Bojan Bogdanovic daje południowoeuropejski ogień, a Thaddeus Young od 10 lat rzuca o 0.5 sekundy wcześniej albo później niż spodziewają się jego rywale, wprowadzając ich w stan konfuzji.

Na poprawę wyniku z poprzedniego sezonu ma wpłynąć Tyreke Evans, 10 lat temu uznawanego za potencjalną gwiazdę, której blask przyćmiewały kontuzje kolan. Od dwóch sezonów Evans jawi się jednak jako inteligentny weteran, który dorobił się rzutu z dystansu, na którym można polegać (mało komu się to udaje). Pacers zapłacą mu prawie $12.5 miliona za to, aby wymieniał się rolami z Oladipo.

Przewidywania

Nie mam wątpliwości, że ten zespół będzie dobry.. jak na konferencję wschodnią. Szansa na taki awans sportowy jaki zaliczył Victor Oladipo jest jednak mała, dlatego uznaję, że do walki o play-off przystąpi praktycznie ten sam zespół. Las Vegas stawia over/under na 47.5. Dla mnie minimalne over: 48-34.

Zapowiedź sezonu 2018/19 - Houston Rockets

Drogi Mateuszu,

Gdy właściciel Rockets zapłaci ostatnie pieniądze swoim zawodnikom i spojrzymy wstecz, to te ostatnie sekundy meczu nr 5 finału konferencji zachodniej mogą okazać się najlepszym momentem obecnego składu Houston Rockets. Gdyby nie kontuzja Chrisa Paula w ostatnich sekundach, być może mówilibyśmy teraz o "mistrzach NBA - Houston Rockets", a Golden State Warriors szukałoby poważniejszych wzmocnień niż kontuzjowany DeMarcus Cousins.

Produkt, który zaproponowała w zeszłym roku drużyna z Teksasu przerósł najśmielsze oczekiwania fanów i ekspertów. James Harden, de facto rozgrywający Rockets, miał nie dogadywać się z Paulem odnośnie tego, który z nich ma zarządzać ofensywą. Trener Mike D'Antoni wynalazł wręcz prostackie rozwiązanie, aby nie dopuścić do konfliktu. Każdy z graczy dostawał w meczu przynajmniej 15 minut pod samodzielną kontrolą, a te 15 minut kiedy grali razem mieli dzielić się władzą. Nie ma łatwiejszych do zdobycia punktów w NBA niż pozostawiony bez opieki Chris Paul, otrzymujący podanie od Jamesa Hardena rozrywającego obronę wchodząc pod kosz. Sytuacja w której się znaleźli pozwoliła im więcej odpoczywać, a jednocześnie gwarantowała, że na boisku zawsze znajdzie się ktoś, kto może kompetentnie prowadzić grę. Z tego ustawienia korzystali też poboczni zawodnicy jak Eric Gordon, Trevor Ariza i Clint Capela. Zgodnie z główną zasadą systemu Rockets ustawiali się (Gordon, Ariza) się na linii rzutów za trzy punkty, albo ostro wchodzili pod kosz (Capela) i oczekiwali na podania od rozgrywających. Upraszczanie wymagań wobec zawodników zazwyczaj powoduje, że lepiej wykonują poszczególne zadania. Gordon trafił najwięcej trójek w całej karierze, a Capela zagwarantował sobie wysoki kontrakt.

Dlaczego zatem Houston miałoby nie powtórzyć sukcesu z zeszłego roku?

1. Inteligencja Chrisa Paula pozwoliłaby mu grać do pięćdziesiątki, ale zdrowie niekoniecznie nadąża za mózgiem. Jeśli Rockets chcą wrócić tam, gdzie byli w zeszłym roku, to Paul musi oszczędzać się jeszcze bardziej, a już w zeszłym sezonie zagrał tylko 58 spotkań po 32 minuty na mecz. Gdy tylko przycisnął tempo w play-off, to wiek dał o sobie znać. Dbanie o Paula nie dotyczy też tylko tego sezonu - w lipcu podpisał ogromny kontrakt, na koniec którego będzie miał 37 lat. Nie wiem czy w 2021 roku zasłuży na zarabianie $44 milionów.

2. Zmienili się idealnie dopasowani wyrobnicy. Ariza pasował do gry obronnej, ponieważ mógł naprzykrzać się zarówno obrońcom i skrzydłowym. Za $15 milionów wyciągnęło go Phoenix, a Houston wierzy, że jego produktywność zastąpi niedoświadczony James Ennis. Do momentu rozwalenia barku kluczowe ogniwo zespołu stanowił Luc Richard Mbah a Moute, któremu pozwolono odejść do Clippers ze względu na oszczędności finansowe. Do składu wkroczył za to Carmelo Anthony, którego nazwisko ciągle gwarantuje fanowskie emocje, ale styl gry pozostał w czasach przedpotopowych. Oklahoma City Thunder pozbyła się go bez żalu, widząc, że Anthony za dużo chce, a nie za dużo daje. Daryl Morey zapewne nie zakończył jeszcze swoich transakcji, ale za obecne lato otrzymuje 2+.

3. Więcej zespołów kopiuje styl Houston. Matematyka w końcu przekonała nawet gadające głowy starej szkoły. Coraz więcej zespołów skupia się na obronie, która polega na przejmowaniu na zmienianiu krytych zawodników po stawianej zasłonie (w przeciwieństwie do trzymania się jednego niczym plaster), a w ataku rzuca absurdalne ilości trójek. W samej zachodniej konferencji mamy nadmiar zespołów, które nie marzą o niczym więcej, jak o zajęciu miejsca Houston jako główny przeciwnik Golden State. Wymagamy od zespołu, który dostał tak mocno pod żebra, aby jeszcze raz powtórzył magiczny sezon.

4. James Harden cały czas zawodzi w play-off. Gdy tylko zabrakło obdarzonego mocniejszą psychiką Chrisa Paula, Rockets utracili wiarę w siebie. Mecz numer 7 dał nam dowód, że czasami statystyka obraca się przeciwko analitykom - Rockets nie trafili 27 trójek z rzędu (rekord NBA), i pożegnali się z szansą na tytuł. Nawet jeśli Harden nie jest w takim wieku jak Paul, to jego gra też zacznie słabnąć z wiekiem, i kto wie czy nie zacznie się to w tym sezonie?

Oczywiście kop w dupę może okazać się znakomitą motywacją, i Rockets przystąpią do sezonu na furii, która doprowadzi ich do ziemi obiecanej. Myślę, że podobnie jak dla Golden State, sezon zasadniczy okaże się polem do testów i poskramianiem ego Carmelo.

Przewidywania

Las Vegas widzi regres over/under 54.5. W zasadzie zgadzam się z bukmacherami, ale nie sądzę, aby spadli aż o 10 zwycięstw. Kombinacja Paul + Harden + Capela, nawet przy trybie oszczędnym powinna wygrać 57 spotkań (przy 25 porażkach).

czwartek, 4 października 2018

Zapowiedź sezonu 2018/19 - Golden State Warriors

Drogi Mateuszu,

Wbrew wynikowi finałów (4:0 z Cleveland), droga do tytułu Warriors mogła zakończyć się w zeszłym sezonie rundę wcześniej. Houston Rockets prowadzili w serii 3:2, stawiając niespodziewany defensywny opór, redukując zespołową ofensywę Golden State do indywidualnych popisów. Kiedy już wydawało się, że sprowadzenie Chrisa Paula do Houston okazało się najmądrzejszym transferem wykonanym przez Daryla Moreya, Paul chwycił się za udo. Naderwane ścięgno wyeliminowało go z meczu 6 i 7. Rockets bez Chrisa nie potrafili odnaleźć rytmu, a reszta jest już historią.

Jak napędzać zwycięską drużynę?

Jak dobrze wiesz z życia Barcelony, kiedy drużyna zaczyna wygrywać nałogowo, czasami ciężko znaleźć iskrę, która wymusi na nich wspinanie się na szczyty sportu po raz kolejny. Ścieżka narracyjna do tej pory sprzyjała Golden State: w 2015 wygrali niespodziewanie, w 2016 przegrali szokująco, w 2017 pomścili porażkę, zmieniając system tak, aby pasował do niego Kevin Durant. Problemy z motywacją pojawiły się dopiero w 2018, a trener Steve Kerr zapowiadał na początku sezonu, że harówka będzie już tylko trudniejsza.

Czasami rozwiązaniem dla takiej drużyny są nowe wyzwania; w zeszłym roku Houston przetestowało siłę woli Golden State, a w tym żądna krwi konferencja zachodnia wzmocniona LeBronem Jamesem.
Problem w tym, że Warriors przestali zwracać uwagę na sezon zasadniczy (jak na skalę talentu 58 wygranych w zeszłym roku wygląda żałośnie), a w play-off wchodzą na taki bieg, że potrafią uciec z prawie każdej trudnej sytuacji (R.I.P Spurs, Thunder i Rockets).
Może zatem zmiany w składzie? Aklimatyzacja Duranta przebiegła bezboleśnie, szczególnie że sam zainteresowany dążył do tego, aby grać w składzie, który stawia na rozrywkową ofensywę, i wprowadził trend nowoczesnej defensywy do ligi. Durant spędził w Oakland już dwa lata, a zarządowi nie uśmiecha się transferować kogokolwiek z głównej czwórki, tylko dlatego żeby namieszać.
W tym momencie w sukurs przychodzi kontuzjowany DeMarcus Cousins. Po zerwanym ścięgnie Achillesa marzenia o gigantycznym kontrakcie ulotniły się, a Pelicans zdecydowali, że nie chcą oferować mu dużych pieniędzy, zwłaszcza kiedy zobaczyli jak dobrze wyglądała gra z Anthonym Davisem na centrze. Reputacja "raka szatni" spowodowała, że prawie nikt w lidze nie chciał wystosować satysfakcjonującej oferty dla Cousinsa. Dla Warriors jednak kulturowy wstrząs tego kalibru wydawał się idealny. Po pierwsze dodawał Kerrowi nową strategiczną zabawkę potrzebną w budowaniu najlepszej ofensywy w lidze, a po drugie wytworzył mentalność "zdobądźmy tytuł dla DeMarcusa". Cousins podpisując jednoroczny kontrakt o średniej wartości (około $5.5 miliona) postawił na siebie, próbując odbudować się w systemie, który nie położy całej odpowiedzialności na niego. Kiedy Cousins wróci do gry (grudzień? styczeń?) Golden State zacznie eksperymentować, sprawdzając różne kombinacje na boisku w ramach koszykarskiego laboratorium. Jeśli cała sprawa Cousins + Warriors zacznie przypominać grecką tragedię, zarząd może się go bezceremonialnie pozbyć. Na razie wygląda na to, że obu stronom mocno zależy.

Ale jak ich na to stać?

Warriors przenoszą się do nowej hali w San Francisco, gdzie ceny biletów będą dopasowane do publiczności (bogole z Doliny Krzemowej), a sukces przynosi dodatkowych sponsorów. Kiedy w NBA franczyzy wychodzą płacami poza tzw. Luxury Tax, ich podatki od każdego wydanego dolara mnoży się przez coraz większy przelicznik. W tym sezonie Warriors zapłacą około $75 milionów "kary", ale właściciele zgodzili się płacić to, co trzeba za jedną z najlepszych drużyn w historii. Steph Curry podpisał kontrakt na $200 milionów i pozostanie z drużyną do 2022. Kevin Durant podchodzi do swoich umów jak LeBron James, dając sobie opcję ucieczki po jednym sezonie (jednocześnie akceptując mniej kasy niż maksimum, działając dla dobra klubu). Uzupełnienia składu to minimalne kontrakty, albo zawodnicy na pierwszorocznych kontraktach.

Kiedy to się skończy?

Być może już w przyszłym sezonie, kiedy nadejdzie czas, aby zapłacić Klayowi Thompsonowi. Możliwy scenariusz zakłada, że zarząd oferuje Thompsonowi tyle pieniędzy, ile sobie zażyczy, przełykając gorzką pigułkę kosztownego podatku. Alternatywnie - Klay przyjmie ofertę kontraktową od innej drużyny, chcąc sprawdzić się w innym środowisku. Ewentualnie opcja po taniości, czyli Golden State rzuca specjalnie niską ofertę, wiedząc, że Thompson jej nie przyjmie. Na ten moment najbliższy prawdy wydaje się scenariusz numer 1, ale kto tam Klaya wie?

O wiele bardziej kibice powinni niepokoić się o Kevina Duranta, którego myśli nie da się odczytać. W dziwny sposób uciekł z OKC, wygrał to co mógł wygrać w GSW, ale ciągle nie wygląda na zadowolonego i usatysfakcjonowanego. Krążące wokół ligi plotki mówią o Nowym Jorku, ale wszystkie informacje, które nie pochodzą bezpośrednio z ust Duranta, wypowiadane w lipcu 2019 można uznawać za kłamstwa. Golden State gwarantuje mu sukces, ale po 11 latach w lidze ciągle nie wiadomo, czy tylko o to mu chodzi.

Przewidywania

Golden State nie ma żadnego zysku w tym, aby wygrywać w sezonie zasadniczym. Oczekuję że dla zdrowia zawodników zobaczymy mnóstwo meczy bez przynajmniej jednego z głównej czwórki. Druga część sezonu zapowiada się jako "eksperyment DeMarcus", co też oznacza porażki. Las Vegas wierzy w siłę talentu dając over/under na 62.5. Ja nie widzę takiej potrzeby, under 57-25.

Zapowiedź sezonu 2018/19 - Detroit Pistons

Drogi Mateuszu,

Wczytywanie się w skład i budżet Detroit Pistons służy tylko pogłębianiu epizodów depresyjnych. Przeprowadźmy analizę kto odpowiada za taki stan rzeczy.

Całość NBA zmierza do zrozumienia przynajmniej dwóch prawd - rzut za trzy warty jest więcej niż ten za dwa; dyrektor sportowy nie powinien być jednocześnie trenerem, a trener dyrektorem sportowym. Jedna po drugiej, uczące się na błędach franczyzy rezygnują z modelu władcy absolutnego - Doc Rivers w Los Angeles Clippers stracił część władzy, akceptując pozostanie trenerem, Tom Thibodeau w Minnesocie za chwilę pożegna się z pracą, a Gregg Popovich stanowi wyjątek od reguły. Detroit przed sezonem zachowało się mądrze, i poprosiło Stana Van Gundy, aby oddał moc transferową w inne ręce. Jako szkoleniowiec starej szkoły, Van Gundy nie zgodził się na takie rozwiązanie, i pożegnał się z pracą. Jego spuścizna pozostanie z zespołem na długie lata.

Widzisz, przed erą rozsądnego zarządzania koszykówką, Detroit Pistons rządzili na wschodzie. Od 2003 do 2008 co sezon docierali minimum do finału konferencji, zdobywając tytuł w 2004 roku. Gdy ta magiczna drużyna dotarła do swojej daty ważności, Pistons pogrążyli się w średniactwie, rzadko dając sobie szansę na naprawdę na wybranie prawdziwej gwiazdy w drafcie, a jednocześnie nie zbliżając się nawet do play-off. Architekt wcześniejszych sukcesów, Joe Dumars, okazał się nieprzygotowany intelektualnie do starcia ze zmieniającą się ligą. Bzdurne transfery i przepłacone kontrakty spowodowały, że jego gwiazda przygasła w Detroit, a nowi właściciele zdecydowali się zadzwonić do sprawdzonego trenera, zachęcając go zapewnieniem pozycji dyrektora sportowego. Po tym jak bezceremonialnie pożegnano się z Van Gundym w Orlando (które doprowadził między innymi do finałów), pełna kontrola nad składem była spełnieniem jego marzeń.

Łączenie obu zawodów to głupi pomysł ponieważ nakład pracy na każdej pozycji przedstawia się gigantycznie. W przypadku mocniejszego zaangażowania w politykę transferową, odpuszcza się dokładność treningów, a jeśli oddaje się serce treningowi, to nie ma czasu na zgłębianie niuansów salary cap i szczegółowe poznawanie reszty ligi. O jakości pracy świadczy też inny zbiór kompetencji miękkich. Dyrektor sportowy musi wykazać się chłodną głową, analitycznym podejściem do drużyny, i długofalowym myśleniem. W sferze rozmyślań menedżera pojawiają się takie kwestie jak: "czy warto przegrać kilka spotkań teraz, żeby przyszłość była jaśniejsza?". Dla trenera takie myśli to anatema, ponieważ jego głównym zadaniem jest przygotowanie zespołu do wygrania każdego spotkania, pal licho przyszłość. Gdy właściciele klubu obsadzają obie pozycje tym samym człowiekiem muszą liczyć się z ciągłym wewnętrznym konfliktem trenera-dyrektora sportowego.

Oczywiście Pistons nie okazali się wyjątkiem, a prawie wszystkie manewry Van Gundy'ego świadczyły o tym, że interesuje go tylko tu i teraz. W połowie poprzedniego sezonu doszło do ostatecznego zwycięstwa trenera nad dyrektorem, kiedy Stan Van zapragnął ściągnąć do Michigan jakąś gwiazdę ligi, jednocześnie ratując swoją chwiejną pozycję. Swoją "ofiarę" upatrzył w Los Angeles Clippers, gdzie starzejący się Blake Griffin przestał pasować do nowej filozofii odbudowy (wprowadzonej przez faktycznych dyrektorów, a nie trenera). Wymiana uwzględniała dwóch dobrych zawodników i wybór w drafcie ze strony Pistons, oraz Griffina i pierdoły ze strony Clippers. Przez moment w Motor City zapanowała euforia, gdy sparowanie Andre Drummond na centrze i Griffin na silnym skrzydłowym pozwoliło wygrać cztery spotkania z rzędu. Iluzja szybko opadła, gdy Blake'a dopadły spodziewane problemy zdrowotne, a Pistons zajęli 9 miejsce w konferencji, cztery wygrane za Wizards na 8. miejscu. Stan Van Gundy, zgodnie z oczekiwaniami, pożegnał się z pracą, a Detroit zostało niczym Himilsbach z angielskim z 4-letnim kontraktem Griffina opiewającym w ostatnim roku na $39 milionów!

Dlaczego w zapowiedzi przyszłego sezonu skupiam się tak mocno na przeszłości? Ponieważ w tym sezonie nic się nie zmieni. Pistons mają ulokowaną grubą kasę w trzech zawodników: Griffin, Drummond i Reggie Jackson, a każdy z nich przynosi zestaw konkretnych wad. Z Griffina zaczyna uciekać atletyzm na którym mocno opierał swoją wczesną dominację. W późniejszych latach z Clippers Blake rozwinął inne aspekty swojej gry, stając się jednym z najlepszych podających na swojej pozycji i doprowadzając swój rzut z dystansu do akceptowalnego poziomu. Jednakże Griffin w prime przerażał przeciwników wjazdem pod kosz i absurdalną skocznością. Tego już nie ma (podobnie jak zdrowia i defensywy). Andre Drummond (28 baniek na sezon) przez całą karierę rzucał wolne ze skutecznością 40%. W poprzednim sezonie podniósł ten rezultat do akceptowalnych 60%, ale uwierzę jak zobaczę. Drummond to nie jest zły zawodnik, ale po prostu słabo pasują do siebie z Griffinem, jako że obaj operują blisko kosza, a aż tyle miejsca tam nie ma. Reggie Jackson to średni, samolubny rozgrywający, który ma wieczne problemy z kontuzjami. Gdyby ten tercet grał razem przez cały sezon to nie miałbym wątpliwości co do awansu do play-off w słabiutkiej konferencji. Bardziej prawdopodobne zdaje się, że zagrają razem ~40 spotkań.

Zadanie poukładania żałośnie przepłaconego składu otrzymał były trener Toronto Raptors, czyli Dwayne Casey. Tym razem nie popełniono błędu i nie zagwarantowano mu dwóch etatów. Casey to dobry szkoleniowiec dbający o szczegóły w defensywie, i rozwijający młodych zawodników. W Detroit stanie przed dużym wyzwaniem próbując sklecić coś co przypomina spójny zespół z dziwnego zbioru zawodników.

Ten sezon dla Detroit wydaje się bezcelowy.

Czy mogą awansować do play-off? Mogą
Czy mają za dużo talentu, żeby w razie braku awansu wybrać wysoko w drafcie? Mają.
Czy odchudzenie składu wymagać będzie transferowej magii? Będzie.

Detroit Pistons, witamy w piekle średniactwa. Proszę rozsiąść się wygodnie, bo spędzimy tu razem następne trzy lata.

Przewidywania

Las Vegas mówi 37.5 zwycięstw. Na to odpowiadam over, i play-off z żałosnym wynikiem końcowym - 38/44

środa, 3 października 2018

Zapowiedź sezonu 2018/19 - Denver Nuggets

Drogi Mateuszu,

Denver Nuggets zakończyło ostatni sezon w katastrofalnych okolicznościach. Cały sezon zbiegł na tym, aby dopasować Paula Millsapa do jednej z najbardziej wydajnych ofensyw w lidze. Po balansowaniu między średnim, a niezłym poziomem przez cały rok, w kwietniu ostatecznie udało im się wygrać na tyle spotkań, aby stanąć do bezpośredniej walki o play-off z Minnesota Timberwolves.

Końcówka sezonu, przy ustalonych pozycjach w tabeli, to dla wielu zespołów okazja na sprawdzenie młodych zawodników i upewnianie się, że gwiazdy mogą odpocząć przed play-off. Nie w konferencji zachodniej 2017/18. Różnica między rozstawionymi z trzecim numerem Portland Trail Blazers, a ósmym miejscem wynosiła zaledwie dwie wygrane. O tym, kto spotka się w pierwszej rundzie z Houston Rockets miało zadecydować spotkanie ostatniej kolejki. Porażka zapewniała dwa dodatkowe miesiące wolnego. Mecz o taką stawkę w sezonie zasadniczym jaki rozegrano w Minneapolis zdarza się raz na 10 lat. Nikola Jokic rozgrywał znakomite spotkanie przez trzy kwarty, aż w końcu koszykarze Timberwolves dostrzegli jego zmęczenie, i bezlitośnie atakowali go pod koszem Nuggets. Denver przez cały mecz musiało gonić wynik, a robiło to na tyle skutecznie, że doprowadziło do dogrywki. Ostatecznie Karl Anthony Towns i Jimmy Butler wytrzymali ciężar gatunkowy spotkania i wprowadzili Minnesotę do play-off po 12 latach przerwy, a Nuggets dostali całe lato na trawienie porażki.

Paradoksalnie, przed rozpoczęciem sezonu, to Nuggets wyglądają na drużynę lepiej przygotowaną do sezonu. Przede wszystkim znają swój skład, oparty na młodych zawodnikach, wiedząc kto jest liderem, i wracając do topu ligi pod względem ataku. Denver Nuggets wyrobili sobie koszykarską osobowość. Minnesota z kolei cały czas zastanawia się, gdzie oddać Jimmy'ego Butlera (ale to zgłębię wtedy, gdy dotrzemy do litery M).

Czy dzięki temu Nuggets w tym sezonie unikną tragicznego losu?

Odpowiedź jest... niejasna. Główna siła zespołu z Colorado tkwi w tym, jak mocno hula ich ofensywa, oraz jak wysoko nad powierzchnią morza grają. Denver nie zwykło przegrywać na swoim boisku, narzucając zadyszanym przeciwnikom wysokie, ciężkie do wytrzymania tempo. Wspomniany wcześniej Jokic, najlepiej podający center w lidze (a może nawet w historii?) wbrew swojemu powściągliwemu charakterowi przejął absolutną kontrolę nad zespołem rozdzielając piłki dla tak utalentowanych zawodników jak Jamal Murray, Gary Harris, czy Will Barton, a w każdym sporcie zespołowym ofensywnie usposobieni zawodnicy lubią grać z kimś, kto nie ma problemów z oddawaniem piłki. Dla dobrej oglądalności powinniśmy życzyć sobie, aby Jokic faktycznie przystąpił do sezonu z takim samym nastawieniem, z jakim zakończył ostatni, zwłaszcza, że w tej konferencji nie wolno przysnąć ani na chwilę. Paul Millsap ze swoim doświadczeniem ma wprowadzić skuteczność i inteligencję w obronie.

Jeśli Nuggets po raz kolejny zawalą sezon, to nie będą mogli odwrócić swojego losu tak szybko, ponieważ są przywiązani do trzonu zespołu na przynajmniej dwa lata. Jeśli któryś z czołowych zawodników nie zagra na miarę swojego kontraktu (a kilku młodych czeka na grube podwyżki), to przed Denver staną poważne problemy finansowe i widmo kolejnej długiej przebudowy. Dlatego tak ważnym jest, aby Nuggets nie toczyli walki o być albo nie być przez cały sezon, ale żeby faktycznie uczestniczyli w walce o wysokie pozycje.

Z kim zatem konkurują?

Golden State Warriors i Houston Rockets już przed sezonem wydają się być w innej lidze. Utah Jazz ma wszystkie warunki do tego, aby wskoczyć na trzecie miejsce w konferencji, pod warunkiem, że nie ucieknie im zdrowie. Oklahoma City Thunder i Los Angeles Lakers niesione są nazwiskami gwiazd. New Orleans Pelicans dysponuje jednym z trzech najlepszych zawodników w lidze, a latem wzmocnili głębię składu. Wiemy czego oczekiwać od zespołów opartych na systemach gry, które stabilizują sytuację w San Antonio Spurs i Portland Trail Blazers nawet przy poważnych zmianach w składzie. Clippers, Mavericks i Grizzlies przynajmniej na początku sezonu będą chciały stanąć w szranki z ligowymi potęgami. Denver Nuggets mają naprawdę mocny skład, który posiada umiejętności zarówno na teraz, jak i na przyszły rozwój. Kiedy jednak w konferencji gra przynajmniej 11 zespołów aspirujących do tronu, ktoś nieuchronnie musi odpaść. Już w zeszłym sezonie Nuggets wykoleili się na ostatnim zakręcie, w tym roku może być podobnie.

Przewidywania

Las Vegas daje over/under na wysokie 47.5. W trakcie pisania tej zapowiedzi przekonałem sam siebie, że to faktycznie za wysoko. Under, 45-37

wtorek, 2 października 2018

Zapowiedź sezonu 2018/19 - Dallas Mavericks

Drogi Mateuszu,

Zacznijmy od powrotu do przeszłości, a konkretnie do początku lipca 2015. DeAndre Jordan, 27-letni center z Los Angeles Clippers, po raz pierwszy w karierze podejmuje samodzielną decyzję na temat swojego kolejnego kontraktu. Clippers po raz pierwszy w historii wyglądają zdecydowanie lepiej niż Lakers, opierając się na sile właśnie Jordana, Blake'a Griffina, i Chrisa Paula. Po rozpoczęciu terminu negocjacji kontraktowych, DeAndre daje się jednak przekonać Dallas Mavericks, że warto podpisać z nimi umowę, i spróbować sił w zupełnie nowym środowisku (które gwarantowało brak krzyków i obrazy Chrisa Paula). Jako że rozmowa odbyła się dopiero 3. lipca, Jordan i Mavericks dogadali się tylko werbalnie (oficjalnie kontrakty można podpisywać dopiero po 6. lipca). Nigdy wcześniej w historii nikt nie wycofał się z takiej dżentelmeńskiej umowy, więc cała liga traktowała przejście Jordana do Dallas jako "done deal".

Inne zdanie na ten temat mieli jego koledzy z drużyny, którzy przetransportowali się do domu DeAndre, wstawili na Twittera zdjęcie zamkniętych drzwi podpartych przez krzesło, i zabrali się do renegocjowania miejsca pobytu centra w nadchodzącym sezonie. Mark Cuban i jego Mavericks mogli tylko z przerażeniem obserwować jak pewność Jordana co do przeprowadzki upada, a następnie doznali kolejnego upokorzenia na rynku wolnej agentury, kiedy DeAndre zakomunikował światu że wróci do Los Angeles na prawie takich samych warunkach, jakie miał otrzymać od Dallas. Tym sposobem Mavericks do sali sław przegranych negocjacji, w której znaleźli się Chris Bosh, Chris Paul i Dwight Howard, dołożyli jeszcze Jordana. Z drugiej strony Clippers w tym samym składzie mieli kontynuować marsz w górę zachodniej konferencji, wieńcząc to upragnionym tytułem.

Jak się okazało, to pierwotnie niechętny na pozostanie DeAndre Jordan został w Los Angeles najdłużej. Chris Paul zmęczył się brakiem ostatecznego sukcesu i zorganizował sobie transfer do Houston (zeszłoroczny finał konferencji). Blake Griffin podpisał najwyższy możliwy 5-letni kontrakt, a następnie po pół roku bezceremonialnie wytransferowano go do Detroit Pistons. Dla Jordana nie pozostało nic innego jak grzecznie dograć sezon do końca, i zapytać Mavericks czy znajdą w sercu przebaczenie trzy lata po zdradzie. Dallas wybaczyło, i podpisało ze skocznym centrem jednoroczną umowę, jednocześnie rozwiązując podkoszowy problem nękający ich od 2012 roku. W NBA takie dziwactwa są na porządku dziennym.

W 2018 roku przyjście Jordana do Dallas oznacza kolejny krok w nowej erze Mavericks, którzy od dwóch sezonów strasznie cieniowali, zwłaszcza w porównaniu z niezmiernie udanymi dwiema poprzednimi dekadami. Dirk Nowitzki zestarzał się na tyle godnie, na ile ledwo poruszający się po boisku gigant potrafi, ale zarząd Mavericks nie potrafił dołożyć do niego drużyny, która odprowadziłaby go na zasłużoną emeryturę w glorii chwały. W tym roku (prawdopodobnie ostatnim dla Dirka) może to wyglądać trochę inaczej. Dwa ostatnie wybory w drafcie, czyli Dennis Smith Jr. i Luka Doncic wyglądają interesująco, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że Doncic trafia do ligi jako najbardziej utytułowany nastolatek w historii. Zanosi się na to, że kontrolę nad franczyzą po jednym znakomitym europejczyku przejmie kolejny (o którym sam Nowitzki mówi, że w wieku 19 lat prezentuje się o wiele lepiej, niż on jako 21-latek). W przyszłości możemy patrzeć na ten draft i obserwować przynajmniej trzy zespoły, które mogą pluć sobie w brodę rezygnując z wyboru Luki.

Z drugiej strony cieszy fakt, że Doncic trafił do dobrze zarządzanego zespołu, z trenerem, który nie musi martwić się o swoją posadę. Pozostałe drużyny, czyli: Phoenix Suns (wybierali z nr. 1) cały czas próbują odnaleźć nową tożsamość, Sacramento Kings (nr 2) to wieloletnia patologia, marnująca nawet takie talenty jak DeMarcus Cousins, a Atlanta Hawks (nr 3) postawili na Trae Younga, ale też znajdują się w o wiele wcześniejszym etapie odbudowy niż Dallas. W Teksasie nie będzie tragedii, nawet jeśli słoweńskiemu fenomenowi zejdzie trochę dłużej na dostosowaniu się do ligi.

Wspomniany wcześniej DeAndre Jordan wzmocni defensywę blokując przeciwnikom drogę do kosza i ściągając wszystkie zbiórki w pobliżu. Pomimo 30 lat, cały czas potrafi rozpędzić się do kosza i pakować piłki z potworną siłą, zwłaszcza, jeśli wspiera go taki podający jak Doncic. Jego atletyzm będzie stopniowo ulegał degradacji, ale jeszcze w tym sezonie zobaczymy niejedną powtórkę, w trakcie której Jordan zdemoluje mniejszych przeciwników.

Oprócz Jordana i młodzieży, skład Mavericks ma też kilku weteranów, którzy z niejednego pieca chleb jedli, i zazwyczaj przyczyniają się do zwycięskiej koszykówki. Harrison Barnes zdobył jeden tytuł z Golden State Warriors, a w Dallas dostał szansę popracowania nad akcjami indywidualnymi. Wes Matthews celnie rzuca za trzy, i wygląda o wiele lepiej, niż gdy pierwszy raz wrócił po zerwaniu ścięgna Achillesa. J.J. Barea i Dirk pracują nad swoją chemią i grą dwójkową od wielu, wielu lat. Nawet sam Nowitzki może przydać się w trudnych momentach sezonu.
Trener Mavericks, czyli Rick Carlisle uznawany jest za jednego z czołowych szkoleniowców w lidze, jest wymagający, ale jednocześnie kreatywny i wyciskający to, co może z mniej utalentowanych zawodników. Mając do dyspozycji więcej talentu niż w poprzednich sezonach, możemy spodziewać się, że doprowadzi drużynę do takiego poziomu, że wizyta w Dallas oznaczać będzie twardą bitwę dla każdego, nawet najtrudniejszego rywala.

Dobry sezon dla Mavericks tak naprawdę oznaczać będzie początek powrotu, i godne pożegnanie z legendą, ale jeśli tylko pojawi się szansa na dotarcie do play-off, to na pewno nie omieszkają jej wykorzystać. Dalsza przyszłość leży na w rękach Doncica.

Przewidywania

Las Vegas widzi trudność konferencji, i nie wierzy w Lukę tak mocno, jak ja - over/under 34.5. Moim zdaniem Mavericks mogą być zaskoczeniem tego sezonu: 41-41. 

poniedziałek, 1 października 2018

Zapowiedź sezonu 2018/19 - Cleveland Cavaliers

Drogi Mateuszu,

Cleveland Cavaliers przeżywają deja vu z 2010, z tą różnicą, że o ile 8 lat temu fani tłumnie palili koszulki LeBrona Jamesa odchodzącego do Miami Heat, tym razem obserwując Jamesa przeprowadzającego się do Los Angeles tylko poważnie potakują głowami mówiąc: "w zasadzie to nie ma co się dziwić". James wycisnął maksimum ze swojego powrotu do Cleveland, wygrywając mistrzostwo dla miasta, które czekało na nie ponad 50 lat (Cleveland Browns wygrali wtedy w futbolu amerykańskim), dodatkowo robiąc to stylu, który na zawsze przejdzie do historii. Pokonanie Golden State Warriors, którzy aspirowali do miana najlepszej drużyny w historii, wyciągając rezultat z 1-3 na 4-3, stanowi złotą gwiazdkę na certyfikacie podsumowującą karierę LeBrona. Gdyby w 2014/15 roku Kyrie i Kevin Love nie stracili odpowiednio kolana i ramienia, Bron miałby dwa mistrzostwa? Może gdyby Cavaliers nie wygrali w 2016, Kevin Durant nie dołączyłby do najmniej sprawiedliwej drużyny w historii? Może gdyby Cavs wygrali chociaż jeden z tych tytułów, oglądalibyśmy Brona w Lakers o wiele wcześniej?

Żyjemy w rzeczywistości w której żyjemy, i Golden State Warriors czwarty raz z rzędu przystępują do sezonu jako murowani faworyci do tytułu, a LeBron zdecydował, że zbieg jego zainteresowań koszykarskich oraz biznesowych ma większe szanse na powodzenie w Kalifornii niż w Ohio, jednocześnie po cichu rezygnując z mistrzowskich aspiracji w tym sezonie.

Pomimo takiej straty, w Cleveland drużyna musi nadal funkcjonować, ciągle złożona z zawodników sprowadzanych po to, aby wspierać styl grania LeBrona... którego już nie ma. Cavaliers przez cztery lata obecności "Króla" dokonywali ruchów tylko krótkoterminowych, wymuszonych przez kontrakty, które chciał podpisywać James. Ich formuła prezentowała się następująco: LeBron podpisuje najdroższą dwuletnią umowę, zawsze z opcją zawodniczą na drugi sezon. Przed drugim sezonem rezygnuje z opcji zawodniczej i podpisuje nową wersję tej samej umowy, i tak ad infinitum. Reagując na takie zachowanie, zarząd Cavaliers nie miał innego wyjścia, jak sprowadzać doświadczonych zawodników, i oferować kolegom Brona z zespołu przepłacone kontrakty, żyjąc w strachu przed kolejną ucieczką do ziemi, gdzie słoneczko pali przez cały rok. Rezultat widać w płacach na nadchodzący sezon. (Swoją drogą James na koniec kariery wreszcie zainteresował się planem długofalowym, jako że z Lakers podpisał umowę na 4 lata, zostawiając Magicowi Johnsonowi pole manewru przy budowie zespołu).

Podobnie jak w 2010, Cavaliers szumnie zapowiadają, że ten sezon nie zostanie spisany na straty. Ich pierwszym letnim ruchem okazało się przedłużenie kontraktu z jedyną pozostałą w Ohio gwiazdą, czyli Kevinem Love na dodatkowe 4 lata i $120 milionów. 30-letni Love w tym i następnym sezonie powinien się spłacić, zwłaszcza jeśli odczaruje trochę zaginionej magii z Minnesoty, ale 34-letni Love otrzymujący prawie $32 miliony na sezon wprowadza mnie w niepokój. Kev nie jest zrobiony ze szkła, ale powiedzmy z kwarcu (wg skali Mohsa), i w dwóch ostatnich sezonach zagrał odpowiednio 60 i 59 spotkań. Jeśli jego zdrowie będzie podupadać, nie ma nikogo, kto może pociągnąć ofensywę. Cavaliers nie mieli jednak wyjścia. Po odejściu LeBrona Cleveland potrzebne było im wizerunkowe zwycięstwo, i zakontraktowanie jedynego naprawdę dobrego zawodnika w składzie ma dokładnie to oznaczać.

Pozostali doświadczeni zawodnicy to nie gracze, a kontrakty, które mają powoli wygasnąć: George Hill, Tristan Thompson i J.R. Smith to koszykarze, których umiejętności pasowały do systemu gry nazwanego: "oddajcie piłkę LeBronowi", więc automatycznie traktujemy ich jako rynkowe dobra o małej wartości, do przesuwania w transakcjach. Jordan Clarkson to niepozbywalny się balast, oddający przynajmniej 5 głupich rzutów na spotkanie. Kyle Korver ma 37 lat i zasługuje na jeszcze jedną szansę gry w liczących się drużynach.

Rok temu transfer do Boston Celtics wymusił Kyrie Irving. W zamian Cavaliers otrzymali wybór w drafcie, który zależał od zeszłosezonowej pozycji Brooklyn Nets (8. miejsce od końca w lidze), uznawany za największą nagrodę tej transakcji dla Cleveland. Cavs wybrali Collina Sextona, dynamicznego rozgrywającego, którego (trudnym) zadaniem będzie przyspieszyć ofensywę drużyny, w dużej mierze uzależnioną od ramolowatych weteranów. Poza nim robi się smutno, gdyż tacy gracze, jak Larry Nance Jr., Cedi Osman, czy Rodney Hood wykazali już swoje ograniczenia, i raczej nie eksplodują sekretnymi umiejętnościami. Hood zawiódł najbardziej, nie przenosząc umiejętności punktowania z każdej pozycji na boisku z Utah do Cleveland, i sprawiając problemy charakterologiczne (odmówił wejścia z ławki w play-off!).

Głównym zadaniem Cavaliers w tym sezonie będzie przetrwanie. Sexton i Love mają wyglądać dobrze, ale najwięcej pracy wykona zarząd szukając sensownych transferów dla weteranów. Jeśli chcieliby zachować wybór w drafcie, to muszą być przynajmniej 10. najgorszą drużyną w lidze (prawdopodobne). Dużo zależeć będzie od początku sezonu - jeśli Love zachowa zdrowie, a ofensywa znajdzie pomysł na siebie bez LeBrona, Cavaliers mogą atakować okno transferowe, próbując wepchnąć się do play-off. Na bardziej prawdopodobny wygląda mi scenariusz z masową wyprzedażą, oszczędzaniem Love'a i oddaniem kluczyków Sextonowi, a to nie będzie gwarantowało zwycięstw.

Przewidywania

Over/under Las Vegas to 30.5, co brzmi rozsądnie i oddaje widełki w drodze dla Cleveland. Podobnie jak w 2010 obstawiam wersję pesymistyczną i daję under 27-55.

Zapowiedź sezonu 2018/19 - Chicago Bulls

Drogi Mateuszu,

Kiedy Bulls wytransferowali w zeszłym roku Jimmy'ego Butlera do Minnesoty, w zamian otrzymując dwóch młodych zawodników i 7. pozycję w drafcie, wiedzieli, że nadchodzi okres poważnej przebudowy. Sezon 2017/18 miał służyć strategicznemu przegrywaniu, po to, aby jak najszybciej wrócić do czasów chwały, jak za zdrowego Derricka Rose'a i Joakima Noah. Ich wysiłek prawie został zmarnowany, kiedy Nikola Mirotic w grudniu odpalił fajerwerki, prowadząc Bulls do kilku dodatkowych, niechcianych zwycięstw. Nie chcą ostatecznie rujnować swoich planów, Chicago oddało go w lutym do Pelicans, ale jeszcze tragiczniejsza forma pozostałych drużyn z dołu ligi, ścigających się o najgorszy bilans zwycięstw i porażek, spowodowała, że Bulls ponownie wybierali z numerem 7.

Teraz, gdy okazuje się, że Butler chce jak najprędzej uciekać z Minnesoty, zmienia się percepcja transferu dokonanego przez zarząd Bulls. Bezpośrednie po transakcji, za najciekawszy składnik uznawano Zacha Lavine, rozwijającego się rzucającego obrońcy, z drobnymi umiejętnościami rozgrywania, który skacze jak pasikonik (dwa razy wygrał konkurs wsadów), ale w obronie pozostawia wiele do życzenia. Franczyza uwierzyła w niego, proponując mu 4-letni kontrakt, z równą pensją $19.5 miliona na sezon. Jak na niesprawdzonego zawodnika, który ma za sobą zerwane więzadła, to ryzykowna inwestycja, ale Bull przewidują, że Lavine wykorzysta więcej niż tylko talent atletyczny, dokładając do tego punktowanie w okolicach 20/mecz i wreszcie mocniej starając się w defensywie. Chicago wyrównało kontrakt zaproponowany przez Sacramento Kings, i jeśli Lavine pójdzie negatywną ścieżką, to wtedy możemy uznać, że Bulls uratowali Kings przed poważnym błędem (a zazwyczaj działa to w drugą stronę).

Podobnym zagraniem, stawiającym na potencjał, może być wyciągnięcie Jabari Parkera z Milwaukee Bucks. Pod względem kontuzji Parker prezentuje się jeszcze gorzej niż Lavine, zrywając więzadła dwa razy w tym samym kolanie. Przez 4 sezony nie zdołał przekonać Bucks do grubej inwestycji w zawodnika wybranego przecież z nr 2. w drafcie. Parker nieco złudnie oczekiwał gwiazdorskiego kontraktu, wskazując na ofensywne statystyki (kiedy faktycznie mógł pojawić się na boisku).
Czas pokaże, czy Milwaukee podjęło właściwą decyzję zrywając tak szybko kontakty z teoretyczną gwiazdą. Bulls obserwując styl Parkera, który nieco przypomina Carmelo Anthony'ego, oraz małą ilość zawodników w składzie z dużym potencjałem, zaproponowało Parkerkowi następujące warunki: $40 milionów za 2 sezony, przy czym o drugim sezonie zadecyduje drużyna, a nie zawodnik. Ten kontrakt spełnił warunki obu stron, gdyż Parker może chwalić się, że otrzymuje $20-milionową gażę, a franczyza zapewniła sobie swobodę działania w przypadku kolejnej katastrofy kolan/słabej gry. Jeśli Parker spełni oczekiwania pokładane w niego przez trenera i zarząd, to jego umowa okaże się oszczędnością. Podobnie jak w przypadku Lavine'a nic nie jest pewne, ale moim zdaniem to Parker ma większe szanse na np. występ w meczu gwiazd, ze względu na wzrost, masę i szerszy zakres umiejętności w ataku. W zeszłorocznych play-off kibice Bucks mogli też przez chwilę zaobserwować Yeti, czyli starającego się w defensywie Parkera. Na to samo przez cały sezon będą liczyć kibce Bulls... ale przed podpisaniem kontraktu w Chicago Jabari nie popisał się PR-ową sprawnością, deklarując że: "w NBA nikt nie płaci za grę w obronie". Czas pokaże czy to sarkazm, czy głupota.

Największą nagrodą w transferze okazał się jednak numer 7. Bulls użyli go, aby zakontraktować wysokiego Fina, Lauri Markkanena. Przed draftem eksperci nie mogli się nadziwić, że patyczkowata maszynka do zdobywania trójek stoi tak wysoko w ocenie klubów. Opisywano go jako jednowymiarowego zawodnika, który może nie być fizycznie przygotowany do gry w NBA. Markkanen wziął się do przekonywania niedowiarków już latem, na mistrzostwach Europy, błyszcząc odważnym wchodzeniem pod kosz i braniem na siebie ciężaru gry dla reprezentacji Finlandii. Ostateczne wątpliwości zniknęły, kiedy okazało się, że uniwersytet w Arizonie sztucznie ograniczał jego potencjał, a sam Lauri przez cały sezon wyróżniał się nawet na tle utalentowanego zbioru pierwszoroczniaków. W tym sezonie powinien być opcją nr 1 dla Bulls, ale dopiero co okazało się, że kontuzjował łokieć wykluczając się z grania na 6-8 tygodni. Więcej miejsca dla Lavine i Parkera na monopolizowanie ofensywy?

W zeszłym roku Chicago zebrało sporo krytyki za draft, ale w tym roku sytuacja odwróciła się o 180 stopni. Wendell Carter jr. uznawany jest za jednego z najinteligentniejszych zawodników wchodzących do ligi, rozumiejący pozycjonowanie w defensywie i potrafiący kierować atakiem, niekoniecznie oddając mnóstwo rzutów. Na początku sezonu miejsce w składzie zabierze mu weteran Robin Lopez, ale jeśli Carter spełni oczekiwania, to uznaję Lopeza jako jednego murowanego kandydata do transferu.

Poza tym skład Bulls nie wygląda na tragiczny, większość zawodników cały czas ma coś do udowodnienia, a zadaniem trenera Freda Hoiberga będzie mieszanie składem, tak aby eksponować zalety graczy, a maskować ich wady. Kris Dunn potrafi bronić, ale nie rzuca. Cameron Payne nieźle rozgrywa, ale walczył z kontuzjami, Bobby Portis dysponuje szerokim arsenałem rzutów, ale zostawia otwartą bramę w obronie itd. itp. Nie sądzę, aby Bulls uczciwie walczyli o play-off (moim zdaniem nawet nie powinni, dając sobie szansę na jeszcze jeden zastrzyk talentu, chociaż kto tam wie na Wschodzie), ale tylko decyzja o kontrakcie Lavine'a mocno obciąża ich na przyszłość. Jeśli ten skład nie zacznie się sprawdzać, w przyszłym sezonie można go solidnie wyczyścić.

Przewidywania

Las Vegas wierzy w najsłabszą możliwą przyszłość stawiając over/under na 27.5. Wybieram w tym wypadku grube over 35-47.

piątek, 28 września 2018

Zapowiedź sezonu 2018/19 - Charlotte Hornets

Drogi Mateuszu,

Charlotte Hornets żyją w przekonaniu, że w ich sytuacji (mały klub, niepewna ilość kibiców w hali), koniecznie należy co sezon przynajmniej próbować awansować do play-off, nie wychylając się ani w kierunku absolutnej tragiczności, ani nie wspinając się na szczyty konferencji. Historia i ostatnie sezony nie stoją po ich stronie, gdyż praktycznie niemożliwym jest konkurencyjnie walczyć w NBA, nie posiadając w szeregach przynajmniej jednej megagwiazdy, a tę ciężko zdobyć jeśli nie ma się wysokich wyborów w drafcie, wolnych środków w cap space, i nie robi się mądrych transferów.

W tym momencie szanse Hornets w walce o niską pozycję w play-off opierają się na zdrowiu, i tym jak dobrze będzie grał Kemba Walker.

Co dalej z Kembą?

Pierwszy rzut oka na budżet Hornets powoduje załamanie rąk, szczególnie widząc jak budżet upupiony na dwa następne sezony. Jako głównego winnego uznajemy całą organizację, ponieważ to oni zdecydowali w 2016, że najmądrzejszym wydatkiem zostanie 5-letni, 120 milionowy kontrakt dla Nicolasa Batuma, francuskiego skrzydłowego, którego na pewno obdarzono talentem przy urodzeniu, ale w skali ligi plasuje się w okolicach lekko powyżej średniej. Charlotte zapłaci mu minimum 50 milionów przez dwa lata, a za trzy Batum stanie z długopisem przed biurem dyrektora sportowego zgadzając się na swoją zawodniczą opcję na kolejny rok wynoszącą 27 milionów dolarów.

Płace Hornets uwzględniają też takie tuzy jak Bismack Biyombo (niewyróżniający się, defensywny center, który nie umie łapać piłki - 34 miliony/2 lata), Marvin Williams (starzejący się snajper za 3, z szeregiem umiejętności na dostateczny plus - 30 milionów/2 lata), czy Cody Zeller (solidny podkoszowy, z kruchym zdrowiem - 42 miliony/3 lata). Wszyscy oni zarabiają znacznie więcej niż Kemba, który właśnie wchodzi w ostatni rok swojego kontraktu. Cała franczyza stoi teraz przed znaczącą decyzją - czy płacić ogromne pieniądze lojalnemu zawodnikowi, który wszem i wobec opowiada o swojej lojalności do Charlotte, ale w swojej 7-letniej karierze zaciągnął Hornets do play-off tylko dwa razy? Czy może dać mu z godnością odejść np. do Nets, czy Knicks dając szansę na występy na większej scenie niż Karolina Północna.
Bez względu na to jak dobrze pójdzie ten sezon, kontraktowe negocjacje przyprawią oficjeli o ból głowy, jako że nowa umowa dla Walkera może oznaczać poważne płatności w podatkach od luksusu. Drużyny na szczycie ligi nie mają problemu z tym, aby taki podatek zapłacić, ale niepisana zasada wśród właścicieli zespołów mówi, że głębiej sięga się do kieszeni po drużynę kandydującą do mistrzostwa.

Hornets nie stoją nawet w połowie drogi. Moim zdaniem właściciel drużyny, czyli Michael Jordan, który był bezwzględny na boisku, ale w działaniach biznesowych okazuje się starym sentymentalistą przepłaci za Walkera, trzymając Charlotte w ligowej szarówce przez kilka następnych lat, a my stracimy okazję zobaczyć umiejętności dryblingu, sprytnych manewrów, i kluczowych rzutów Walkera w naprawdę ważnych konfrontacjach.

Gdzie leży nadzieja?

W dwóch poprzednich sezonach Charlotte wygrało tylko po 36 spotkań, co nie starczyło na wejście do play-off, ale pozwoliło wybierać w drafcie na nienajgorszej pozycji. Malik Monk (wchodzący w drugi sezon) i tegoroczny rookie Miles Bridges przystępowali do draftu z opinią utalentowanych zawodników, nieźle pasujących do współczesnego NBA.
Monk potrafi kreować rzut dla samego siebie, nie waha się odpalać bomb za trzy, a jego zdolności atletyczne, teoretycznie dają nadzieję na rozwój w kompetentnego obrońcę. W zeszłym roku jego największą przeszkodą okazał się konserwatywnie nastawiony trener Steve Clifford, który karał Monka ławką za nieuwagę w defensywie i błędne decyzje w ataku. Z Cliffordem pożegnano się po sezonie, i zastąpiono go Jamesem Borrego, do którego zadań należy między innymi wyciągnięcie z Monka czegoś więcej. Aby ten wybór w drafcie nie okazał się nieudany, w drugim sezonie oczekuję, że Malik przynajmniej podwoi minuty i punkty na boisku (w 2017/18 odpowiednio: 13.5 i 6.5).

Miles Bridges to hybryda zawodnika podkoszowego i obwodowego, pozwalająca myśleć o nim jako o obrońcy niskich skrzydłowych i silnych skrzydłowych. Bridges to doświadczony zawodnik uniwersytecki z dobrą etyką pracy i atutami siłowymi. Nikt nie będzie oczekiwał od niego, że eksploduje w NBA, ale każdy plusik przy jego nazwisku, to szansa, że kolejne sezony Hornets nie będą zmarnowane.

Co roku kibice w Charlotte wierzą, że Michael Kidd-Gilchrist przystąpi do nowego sezonu z odczarowanym rzutem z dystansu. Do tej pory czekało ich 5 lat rozczarowań.

Przy tak słabej dolnej części konferencji Charlotte do końca sezonu może liczyć się w walce o pozycje od 6 do 8, ale sukcesów w play-off nie wróżę. Serial z Kembą będzie znacznie ciekawszy.

Przewidywania

Las Vegas daje over/under na 35.5, co wydaje się bardzo rozsądne. Wybieram niewielkie over - 38-44