Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MVP. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MVP. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 maja 2019

Tabela po finale konferencji i typki na FINAŁY NBA

Drogi Mateuszu (i reszto typerów),

Idąca za głosem serca Ania uzyskała najlepszy wynik w tej rundzie, w której prawie wszyscy popełniliśmy dwa poważne błędy - po pierwsze, zaufaliśmy, że Portland Trail Blazers poradzą sobie tak samo dobrze, a może nawet lepiej, niż Houston Rockets (najbliżej był Baza, który ze szczodrobliwości serca oddał Blazersom aż, i tylko jeden mecz). Łatwa destrukcja największego rywala, i to bez Kevina Duranta nie przekonała nas do tego, aby stuprocentowo uwierzyć w Warriors. Sprawdziły się jednak przewidywania przed-playoffowe, zakładające, że ktokolwiek wyjdzie ze strony drabinki Nuggets - Blazers, nie będzie stanowił takiego wyzwania dla Warriors, jak właśnie Houston. Po drugie, zignorowaliśmy absolutną dominację Kawhi Leonarda nad tymi play-offami. Skuteczność i niepowstrzymywalna wola zwycięstwa niczym Michael Jordan w najlepszych czasach, oraz kontrola nad spotkaniem jak LeBron z Miami. Jak się okazało, to pokonanie Philadelphii wymagało cudów, przy Bucksach wystarczyło rozgryzienie początkowej strategii. KawhiPtors wtopili dwa pierwsze mecze, dostosowali instrumenty, i zatrzymali zespół Milwaukee nauczony grania w ramach partytury. Okazało się, że posiadanie trenera gotowego na szybkie taktyczne reakcje (Nick Nurse), jest ważniejsze niż wiara w nawet najlepszy system (Mike Budenholzer).

Tabela prezentuje się następująco:

1. Baza - 17 punktów
2. Beniu - 16 punktów
3. Gunio - 15 punktów
4. Ania 
    Michał - 12 punktów
6. Przemek - 10 punktów

A teraz przejdźmy do dania głównego

Finały NBA


Golden State Warriors - Toronto Raptors


GSW pokonało 


Los Angeles Clippers (4:2)
Houston Rockets (4:2)
Portland Trail Blazers (4:0)

Czy ktoś postawił im prawdziwe wyzwanie?


Nie, chociaż, kiedy grające jak dzikie buldogi Clippers urwały im dwa mecze, to gadające głowy zaczęły otwierać pliki tekstowe zawierające moratorium. Szybko okazało się, że Warriors weszli do play-off jeszcze zaspani. Houston stanowiło godnego rywala w pierwszych czterech meczach, a potem skapitulowało. Portland przegrało 4:0 bez wstyd, ale za każdym razem comeback Warriors wydawał się nieunikniony.

Jakie mają kłody pod nogami?


Największa to oczywiście kontuzja łydki Kevina Duranta, której tajemnica pogłębiana jest przez owiane tajemnicą raporty medyczne, i niejasny stan koszykarskiej aktywności zawodnika. Nawet bez niego Golden State posiada na tyle talentu, aby spokojnie zdobyć czwarty tytuł w przeciągu ostatnich pięciu lat, jednak Durant to ostateczny wyrównywacz. Tam gdzie Warriors tracą na stylu, gdy gra, tam też zyskują na nieuniknioności. 
Drugim wątkiem, mocno zajmującym media, będzie też stan psychiczny Golden State, być może żegnającego się z KD i całą piękną erą. Myślę, że grając w finałach skupia się raczej na wygrywaniu poszczególnych spotkań, ale pewnie, ważniejsza jest rozkmina, czy zawodnicy wolą wygrać bez Duranta i utrzeć mu nosa, czy Kevin woli odejść do Nowego Jorku zdobywając kolejne MVP finałów.

Jakimi dysponują atutami?


Są Golden State Warriors.

Toronto Raptors pokonali


Orlando Magic (4:1)
Philadelphia 76ers (4:3)
Milwaukee Bucks (4:2)

Czy ktoś postawił im prawdziwe wyzwanie?


Pierwsze mecze w każdej serii, i przez moment grawitacja. Ze wszystkim poradził sobie Kawhi Leonard. A tak naprawdę, to seria półfinałowa z 76ers stanowiła większe wyzwanie, niż ta z finału konferencji, ponieważ wymagała ikonicznego występu i rzutu od zawodnika, którego w przyszłym sezonie może nie być w Toronto, a i tak może doczekać się pomnika.

Jakie mają kłody pod nogami?


Chyba tylko ofensywny brak wsparcia dla Leonarda. Jak pokazał przez całe play-off, jest w stanie brać na swoje barki prawie cały ofensywny ciężar Toronto (46 rzutów w siódmym meczu z Philly!), ale jeśli Raptors chcą wznieść trofeum, to Lowry i spółka muszą regularnie trafiać do kosza, jakkolwiek prostacko to brzmi. Dodatkowo, mają w kadrze tylko trzech zawodników, którzy grali w finałach: Leonard i Danny Green w Spurs, a Ibaka w Thunder. Reszta Raptorsów znana do tej pory była z miękkich kolan.

Jakimi dysponują atutami?


Przede wszystkim, są w stanie zaskoczyć przeciwników różnymi wariantami gry w obronie. W jednej akcji Siakam może kryć Draymonda, Leonard Curry'ego, Green Thompsona, a Lowry pilnować jakiegoś ofensywnego beztalencia. W innej pozycje mogą się znacznie zmienić, bo prawie każdy podstawowy zawodnik Raptors dysponuje siłą i szybkością, nie zamykającego go w defensywnej szufladce. Kluczem do wszystkiego jest oczywiście Leonard. Będzie grał tam, gdzie jest najbardziej potrzebny, ale wykorzysta do tego tylko tyle mocy, ile nie zmarnuje na grę w ofensywie. Sprawa utrudnia się dla Toronto kiedy tylko wróci Kevin Durant. Wtedy Kawhi musi skupić się na kryciu najbardziej problematycznego zawodnika w całej lidze. Właśnie dlatego Warriors to Warriors. Już w tej chwili dysponują prawie niepowstrzymanym arsenałem ofensywnym, a mogą dołożyć do niego jeszcze Redeemera z Unreala Tournamenta. W każdym razie, Raptors to mądry zespół, uważny w obronie i przetestowany przez zaskakująco mocną wschodnią konferencję. 
Po ich stronie może stać też desperacja ostatniego "hurra". Po spodziewanym odejściu Kawhi, ten zespół nie wróci szybko do finałów. W przypadku zwycięstwa stanie w panteonie najciekawszych mistrzów, obok Dallas 2011, Pistons 2004, czy Rockets 95, dodatkowo pokonując historycznego rywala. Jeśli to nie motywuje, to nie wiem co. No, chyba, że Kawhi to faktycznie robot, i jego oprogramowanie nie pozwala na motywację.


Nawet biorąc pod uwagę nieobecność Kevina Duranta (a może właśnie dzięki niej?), szykują nam się najciekawsze finały od pierwszego sequela Cavs - Warriors, a przed nimi Heat - Spurs. Z jednej strony patrzymy na drużynę wznoszącą się do złotych bram dostępnych wcześniej do legendarnych Celtics, Lakers i Bulls, a z drugiej na utalentowanego underdoga, dysponującego talentem i know-how gotowym na zepsucie święta w Kalifornii. Życzę Toronto wszystkiego najlepszego, i chciałbym, aby Kawhi został w Kanadzie, ale serce mistrza przetrwa ciężką próbę.

Mój typ: Golden State Warriors - Toronto Raptors 4:2


Michał






czwartek, 6 grudnia 2018

Wyścig po MVP

Drogi Mateuszu,

Będąc w 1/3 sezonu zasadniczego, możemy powolutku zacząć spekulować na temat tego, kto zasługuje na nagrody. Oczywiście, nikt nie jest w stanie włożyć statuetki do swojego sejfu po 26 spotkaniach, jednakże pewne zarysowane trendy często da się ekstrapolować na resztę sezonu. W przypadku nagrody dla najbardziej wartościowego zawodnika w sezonie zasadniczym, kandydaci z grudnia często wracają do konwersacji w maju. Jak jednak określić "wartościowość"?

Dla głosujących na MVP, przy wyborze kandydatów, do gry wchodzą różne składniki. Czasami wszystko zależy od fabuły, którą napisał w konkretnym sezonie dany zawodnik. Gdy Derrick Rose przyjmował honory w 2011, jawił się jako młody zbawca ligi, potrafiący odebrać prymat niepodzielnie dominującemu LeBronowi Jamesowi. Nawet jeśli statystyczne rezultaty Rose'a nie psuły matematycznych wzorów analitykom opisującym grę (25pkt/8as/4zb, na dosyć niskiej skuteczności z gry), to ponieważ poprowadził Chicago Bulls do pierwszego miejsca w konferencji, w sezonie zasadniczym, przywracając franczyzie blask, część ekspertów wolała zagłosować na niego, niż trzeci raz z rzędu na LeBrona. Od tego (kontrowersyjnego) sezonu wyznaczamy limes obserwowania kryteriów, które obrałem przy tworzeniu listy. Skrajne wartości pozwolą wyeliminować zawodników nie zasługujących na nagrodę, oraz budowaniu spójnej narracji i zasad mojego głosowania od początku do końca. Po drodze opiszę, na jakie kryteria mocniej zwracają uwagę niektórzy głosujący, i dzięki temu zostaniemy ze skróconą listą zawodników, wśród których subiektywnie wybiorę najlepszego do tej pory zawodnika sezonu.

1. Oparcie wstępnej listy o PER

PER to wzór stworzony przez obecnego wiceprezydenta Memphis Grizzlies, Johna Hollingera. Kiedy jeszcze był statystykiem i autorem pracującym dla ESPN, sprowadził wszystkie liczby z box-score'a do jednego, wygodnego numeru, dającego nam do zrozumienia jak dobrze radzi sobie dany zawodnik w konkretnym sezonie.
15 wyznacza średnią ligową, 20-25 poziom All-Star, a 25-32 sezon wybitny. Jak zawsze, sprowadzanie skomplikowanej tematyki do prostej odpowiedzi zawiera poważne błędy i uproszczenia. PER premiuje dużych, dobrze zbierających piłkę zawodników, i nie docenia obrony. Kiedy najlepszy sezon pod względem PER należy jednak do Michaela Jordana, a doroczne listy 20-30 najlepszych zawodników nie zawierają specjalnych anomalii, musi to oznaczać, że PER coś robi dobrze. 

Kiedy Rose wygrywał MVP, jego PER wyniosło 23.72 punkta. Wystarczyło mu to na 9. miejsce w lidze (pierwszy był LeBron, a przed Rosem między innymi Dwight Howard, lol). Ustalając dolną granicę na takiej wartości i segregując według niej listę, zostaje nam dziewiętnastu zawodników. Największy kwiatek? Boban Marjanovic z Los Angeles Clippers, który zawsze gra 10 produktywnych minut na mecz, lecz jest zbyt duży i nieruchliwy, aby zostawać na boisku na dłużej. Poza nim niespodziewanie na liście znajdują się energetyczni gracze podkoszowi, zazwyczaj nie marnujący rzutów, i nie podejmujący ryzykownych decyzji na boisku: Montrezl Harrell (Clippers), Clint Capela (Rockets), Nerlens Noel (Thunder), Domantas Sabonis (Pacers), Jusuf Nurkic (Blazers). Ich też od razu wykreślam, jednocześnie doceniając zasługi zespołowe. Nie od nich zależy jednak prawdziwy sukces zespołu. Gdyby któryś z nich okazał się typową gwiazdą, potwierdzając swoje umiejętności przy rozszerzonych wymaganiach, to oczywiście wróci na tę listę.

Na ten moment pozostaje w dyskusji trzynastu koszykarzy.

1. Anthony Davis
2. Giannis Antetokounmpo
3. Kevin Durant
4. Stephen Curry
5. Nikola Vucevic (WHO?)
6. James Harden
7. LeBron James
8. Joel Embiid
9. Nikola Jokic
10. Kawhi Leonard
11. Damian Lillard
12. Rudy Gobert
13. Kyrie Irving

Przejdźmy do progu eliminacyjnego numer 2.

2. Wynik zespołowy

Nie będę wchodził w debatę, czy ciągnięcie słabego zespołu do przyzwoitego rezultatu jest trudniejszym zadaniem, niż zmiana bardzo dobrego składu w kandydata do tytułu. Głosujący (z nielicznymi wyjątkami) uznają, że w sezonie zasadniczym należy wynagradzać wygrywanie. Praktycznie każdy MVP pochodzi z zespołu, który skończył sezon z 55 zwycięstwami. Na całe szczęście, kiedy Westbrook łamał rekordy triple-double Oscara Robertsona, stworzył nam furtkę na wpuszczenie zawodników, których koledzy z drużyny nie domagają. W 2017, Oklahoma City Thunder wygrała "zaledwie" 57% swoich spotkań, zajmując 6. miejsce w konferencji. Od tej granicy zaczniemy zatem patrzeć na potencjalnych MVP. Nie wróży to dobrze dla niektórych.

Od razu robi się przykro, bo musimy wykreślić Davisa. New Orleans Pelicans po piorunującym starcie, doczołgali się zaledwie do bilansu 12 - 13. W żadnym wypadku nie jest to wina AD, który robi co może, aby łatać dziury w obrusie defensywy, jednocześnie imponując pełnym zaangażowaniem w ofensywę. Kiedy nastąpi moment, że Davis odejdzie z Pelicans, nie wygrywając chociaż jednej indywidualnej nagrody, całą winę położymy na organizacji i przeniesiemy ją do Seattle. 

Następny leci Nikola Vucevic, z i tak zaskakującego zespołu Orlando Magic. Jego obecność szokuje, ponieważ to 28-letni zawodnik, po którym spodziewano się, że dotarł do krańca swoich możliwości. W tym sezonie Czarnogórzec jest nie do powstrzymania pod koszem, zaczął regularnie trafiać za trzy, a jego koledzy korzystają z 3.5 asysty na mecz. Relatywnie do oczekiwań Magic osiągnęli znakomity rezultat. Jeśli będą kontynuować zwyciężanie, to Vooch następnym razem nie odpadnie na tym etapie listy. Nie spodziewam się, że dotrze do jej szczytu (zwłaszcza jeśli zaliczy spodziewaną regresję celności za trzy), ale szacunek za robienie niespodzianek w lidze, w której teoretycznie znamy głównych bohaterów.

Do widzenia James Harden - Rockets nie mogą znaleźć formy, cały czas oscylując wokół 50% wygranych. Harden już prawie na pewno nie wygra tej nagrody w swojej karierze, zwłaszcza, że kilku młodszych zawodników wyrosło z jego cienia, a Chris Paul (na czteroletnim kontrakcie) zestarzał się z dnia na dzień, stawiając brodatego przed trudnym zadaniem niesienia zespołu na swoich ramionach. 

Damian Lillard również wypada, przede wszystkim ze względu na słabe dla Portland ostatnie dwa tygodnie. Trail Blazers znajdują się jednak tuż przed sztucznie wyznaczoną przeze mnie granicą, i mają charakterny, zgrany skład. Z przyjemnością powitam w szeregu kandydatów następnym razem. 

Nie upierałbym się, gdyby ktoś chciał wstawić Rudy'ego Goberta do ekipy dużych, energetycznych kolesi, o której pisałem w paragrafie o PER. Jego zadania, na pierwszy rzut oka, opierają się na tych samych zasadach, co na przykład Clinta Capeli. Różnica jest taka, że Gobert jest najważniejszym zawodnikiem w drużynie (może obok Donovana Mitchella). Od jego gry w defensywie zależy postawa całego zespołu, a rola Francuza w ofensywie rośnie z roku na rok. Eliminując go dopiero teraz chciałem zauważyć i docenić, jak nietypowy zawodnik może należeć do elity ligi. Na przyszłość spodziewam się też, że Utah nie będzie za Sacramento Kings.

Boston zaczyna wracać na właściwe tory, ale cały czas brakuje im jednego zwycięstwa do 57%, plus Kyrie Irving ma najniższe PER z całej omawianej ekipy, i nie wiadomo, czy to on jest najlepszym zawodnikiem w zespole. 

Pozostali: Giannis, Durant, Curry, James, Embiid, Jokic, Leonard

3. Za mało spotkań

MVP musi grać bez przeszkód. Przy dobrym zdrowiu zarówno Kawhi, jak i Steph wrócą na tę listę z hukiem.

Pozostali: Giannis, Durant, James, Embiid, Jokic.

Subiektywny ranking pięknej pięcioosobowej ekipy

5. Nikola Jokic - Denver Nuggets przewodzą konferencji zachodniej, między innymi dzięki temu, że przewodzi im najlepiej podający center w historii. 7.5 asysty na mecz? Niektórzy rozgrywający powinni wrócić do domu, spojrzeć w lustro, i się zawstydzić. Przez osobowość Jokica, nie do końca wiadomo, czy chce brać na swoje barki tytuł najważniejszego zawodnika Nuggets, do tego jeszcze nie wstrzelił się za 3, plus gra zaledwie 29.7 minuty na mecz, stąd ostatnie miejsce wśród elity.

4. LeBron James - Po chaotycznym początku sezonu, Bron przejął kontrolę nad działaniami Lakers, co zaowocowało awansem w tabeli. W tym sezonie James imponuje przede wszystkim zdobywaniem punktów, za to zaliczył drobny zjazd w asystach i zbiórkach. Wiem, że najlepsze jeszcze przed Los Angeles, zwłaszcza, gdy Król pozna się lepiej z nowymi dworzanami, albo gdy Lakersi dokonają spodziewanego transferu. Dlatego zostawiam LeBrona na czwartym miejscu, chcąc zachęcić go do dalszej, wytężonej pracy.

3. Kevin Durant - W trakcie nieobecności Curry'ego, Golden State stracili trochę ze swojego czaru, a Durant zdążył pokłócić się z Draymondem Greenem. Nie zmienia to faktu, że Warriors mają lepszy bilans niż Lakers, KD rzuca więcej punktów, i ma prawie tyle samo asyst i zbiórek co LeBron. Zobaczymy, na ile podzieli się rolami ze Stephem po jego powrocie.

2. Joel Embiid - Odpukujemy w niemalowane, chyba nie ma nic strukturalnie złego ze zdrowiem Joela. Uczciwie przepracował okres przygotowawczy, gra 34.5 minuty na mecz i dewastuje kolejnych centrów. Ponieważ Embiid podjął grę w kosza stosunkowo późno, wydaje się, że co mecz uczy się jakiegoś nowego manewru. 27 punktów/13.5 zbiórki/3.5 asysty i 2 bloki to są liczby godne Shaqa w prime. Dodatkowo Embiid trafia rzuty wolne, i sam w sobie tworzy znakomitą obronę. Strach pomyśleć jak może wyglądać liga, kiedy Embiid wskoczy na 35% za trzy, zamiast dotychczasowych 30. 

1. Giannis Antetokounmpo - Daję drobną przewagę Giannisowi, ponieważ Milwaukee kiedy wygrywa, to absolutnie dewastuje przeciwników. Ostatnio Bucks troszkę zwolnili, pozwalając sobie na przegranie kilku meczów, ale nie odbiera to niczego kandydaturze Antetokounmpo. Wszystkie liczby równają się tym, które wykręca Embiid, przy czym Giannis potrafi też rozprowadzić akcję niczym rasowy rozgrywający (6 asyst na mecz). Sytuacja może wyglądać tak, że obaj będą zamieniać się pierwszym i drugim miejscem do końca sezonu. Na ten moment, moim zdaniem, bardziej wartościowy jest Grek, ale Kameruńczyk nie skończył pisać swojej historii.

Michał




piątek, 30 listopada 2018

Będziesz respektował Kevina Duranta swego

Drogi Mateuszu,

Kevin Durant przeszedł do zespołu, w którym fani emocjonalnie przywiązali się już do jednego z najlepszych zawodników nowej ery koszykówki. Nawet kibice Golden State traktowali go jako najemnika, korzystającego z usług wyhodowanego w domu zespołu. Dominacja nowych Warriors była nieunikniona, pytanie brzmiało, czy wkład Duranta będzie widoczny?
Gdy zgarnął dwa tytuły finałów MVP z rzędu, zapewnił sobie miejsce wśród legend (w historii było tylko 11 zawodników, którzy wygrywali tę nagrodę wielokrotnie), przynajmniej w kategorii surowych liczb. To, co próbuje zdobyć, a wydaje się nieuchwytne, to właściwy ton jego koszykarskiej fabuły. Golden State wygrywało przed jego przybyciem, a Steph Curry odmieniał oblicze ligi na naszych oczach. Durant dołączył do stabilnej infrastruktury, porządnie naoliwionej maszyny, i wszyscy zapomnieli o tym, że mamy przed oczami jednego z najwybitniejszych zawodników w historii, skupiając się na "słabości" manewru - dołączania do zespołu faworytów.

Czasami potrzeba naciągniętego ścięgna Curry'ego, aby przypomnieć sobie jak absurdalną broń GSW w każdym momencie chowa w kieszeni. W trzech ostatnich meczach Durant rzucił odpowiednio 44, 49 i 51 punktów. Takie rezultaty zazwyczaj pojawiają się na konsolach w NBA 2K, kiedy trzymający pady gracze dokładają do umiejętności agresywność, którą eliminuje niesamolubny system gry Warriors i pasywniejsza osobowość Duranta.

Mimo wszystko - nie ma drugiego takiego widoku w koszykówce, jak Durant podchodzący rzutu, ramiona rozciągnięte wysoko nad obrońcą, trafiający czyściutko z każdej pozycji na boisku. Nikt w NBA nie potrafi tak zdemoralizować przeciwnika jak KD w gazie. Kiedy obserwowałem mecz z Toronto, które grało w najlepszym możliwym składzie, wreszcie zauważyłem Duranta-yeti - jednoosobową ofensywę, w pojedynkę trzymającą wynik na styku. Golden State nie wytrzymało tempa do końca dogrywki (bez Curry'ego i Greena w składzie, Warriors to płytki zespół), jednakże dało sygnał, że gdy tylko wrócą kluczowi zawodnicy, ponownie zdominują ligę. Na ile sezonów uda im się utrzymać taką przewagę nad resztą ligi?

Tak jak reszta koszykarskiego świata, nie mam zielonego pojęcia, co stanie się z Durantem po sezonie. Jeśli kiedykolwiek chce zbudować opinię niezaprzeczalnie najlepszego gracza w lidze w danym sezonie, to musi uciec z Golden State. Z drugiej strony, utrzymanie składu i wizja nowoczesnego stadionu w San Francisco, gdzie Durant rozwija swoje biznesy, oznaczają, że Warriors w tym składzie mogą rządzić NBA przez jeszcze parę dobrych lat. Przy takim napływie gotówki (przede wszystkim z wynajmu nieruchomości), być może właściciele gotowi będą zapłacić potężny podatek od wzbogacenia. Przenosiny Duranta do GSW w 2016 pokazały, że niespecjalnie zależy mu na indywidualnej chwale, czy zatem w wieku 30 lat zmieniło się jego podejście? A może po prostu zostając na miejscu, będzie pracował tak mocno i nieustannie, że wszyscy będą w końcu musieli przyznać (na przykład po 4 MVP finałów), że KD wkroczył na nieosiągalny dla innych panteon, bez względu na to, co wykrzykuje na niego Draymond Green.

Na ten moment, podobnie jak z LeBronem, powinniśmy doceniać Duranta za to, czym jest. Po 23 meczach, jego statystyki oscylują blisko najlepszych liczb w trakcie kariery. Kevin rzuca 30 punktów na mecz (najwięcej od 2013/14), zbiera 8 piłek i asystuje 6 razy w meczu. Ta ostatnia statystyka pokazuje, że cały czas się rozwija, bo tylko w tym elemencie gry pozostawał za LeBronem. Kiedy Warriors nie dysponują swoimi etatowymi kreatorami akcji, za podania bierze się Durant. Strach przeciwników przed jego łatwością zdobywania punktów, otwiera pole do popisu na ustawianie kolegów w dobrych sytuacjach. Pomimo takiej wydajności, Durant jeszcze nie wstrzelił się za trzy. 34% to w jego wykonaniu wynik niedostateczny. Gdy zacznie trafiać, po raz kolejny będziemy obserwować sezon, w którym może otrzeć się o klub 50/40/90 (z gry/za trzy/rzuty wolne).

Zaawansowane statystyki jeszcze nie chwalą go tak bardzo, ale do tego potrzeba przekonujących zwycięstw. Golden State ma czas na ustatkowanie się, bo najwyższej formy będą potrzebować przecież w czerwcu. Rola Duranta zmniejszy się trochę, albowiem w sobotę Steph ma wrócić do gry. W poprzednich sezonach, kiedy Curry czarował i naginał geometrię boiska, Durant potrafił zejść na drugi plan, przypominając o sobie w kluczowych momentach. Czy rozpędzając się tak mocno na początku tego sezonu, zdecyduje się na większą dominację? Zdrowie Stepha, mimo że niezagrożone tak mocno jak na początku kariery, ciągle jest kruche. Oszczędzanie go powinno być priorytetem dla Golden State. Durant wielokrotnie udowadniał, że potrafi przejąć cały ciężar gry na siebie. Jeśli znowu chce wrócić do konwersacji o nagrodzie MVP, to musi zachować się jak prawdziwy alfa.

Michał

czwartek, 21 czerwca 2018

Nagrody - Most Valuable Player

Drogi Mateuszu,

Ponieważ draft zbliża się nieubłaganie, a w związku z tym wszyscy dyskutują o tym, jak zmieni się przyszłość poszczególnych zespołów po ich wyborze w drafcie, ja wrócę do mojej rozpoczętej w kwietniu dyskusji o nagrodach.

Powody są dwa - po pierwsze, nie oglądam uniwersyteckiej koszykówki, więc cała moja wiedza opiera się na czytaniu i słuchaniu raportów skautingowych różnych ekspertów, a ci nie dosyć, że często się ze sobą nie zgadzają, to jeszcze przyszłość często kompletnie przeczy ich przewidywaniom. Mimo to kilka nazwisk, które teoretycznie mi się podobają: Luka Doncic, Mikal Bridges, Kevin Huerter, i kilka, które nie przekonują: Michael Porter jr., Trae Young, Collin Sexton. Zależy mi przede wszystkim na tym, aby 76ers wybrali kogoś sensownego z numerem 10, a reszta? Czas pokaże.

Drugi powód jest jeszcze bardziej prozaiczny; telewizyjny program modelowany na Oscarach odbędzie się 25 czerwca. NBA w zeszłym roku podjęło decyzję, że zamiast stopniowo rozdawać nagrody w trakcie play-off, poczekają na zakończenie sezonu i zorganizują galę celebrującą sezon zasadniczy, o którym wszyscy zdążyli już zapomnieć. O ile bez show dałoby się pewnie obejść, to nagrody mocno wykorzystuje się do debat o zasługach zawodników, stąd moje skupienie.

Za najważniejszą z nagród zwyczajowo uznaje się MVP, i słusznie, gdyż nie zdarzyło się, żeby kiedykolwiek w historii dostał ją ewidentny placek. Nie oznacza to, że co roku głosujący jednomyślnie zgadzają się co do ostatecznego wyboru, przypomnijmy choćby: zeszłoroczny wyrzut sumienia, czyli Russella Westbrooka,  Derricka Rose'a wygrywającego w 2011 z LeBronem, czy wybór Karla Malone'a nad Jordanem, w ostatnim sezonie MJ.

W tym sezonie główny kandydat uzyskał zdecydowaną przewagę na początku sezonu, i tylko zmęczenie materiału jego równą grą spowodowało poszukiwania dodatkowych kandydatów do dyskusji. Mowa o Jamesie Hardenie z Houston Rockets, który drugi rok z rzędu pełnił rolę najlepszego ofensywnego zawodnika w lidze, prowadząc swój zespół do znakomitego bilansu 65 wygranych, 17 porażek. Dla porównania, mistrzowie NBA, Golden State Warriors, wygrali 58 spotkań, a zwycięzcy konferencji Wschodniej, Toronto Raptors, 59. Dla Hardena to kolejny sezon, w którym stawia się go w roli faworyta do głównej nagrody, ale tym razem zakładam, że nie ominie go niezręczna dziękczynna mowa na scenie, obok raperów, których nie znam, bo jestem starym piernikiem.

Jeśli zwycięstwa drużyny nie wystarczają, żeby zamknąć argumentację, to spójrzmy na statystyki meczowe - 30 punktów (liderował lidze), 9 asyst, 5 zbiórek. Kombinacja 30 punktów i 9 asyst jest zabójcza, zarezerwowana tylko dla legendarnych graczy, a dodatkowo 9 asyst dla kogoś, kto nie wszedł do ligi jako rozgrywający? To już terytorium LeBrona. Zaawansowane statystyki również go bronią. Pamiętasz WinShares z poprzedniego posta? Harden swoją grą dołożył około 15 wygranych dla Rockets.

Dodatkowo, Harden przywrócił wartość, porzuconej przez ligę, nieefektywnej grze 1 na 1, dodając do niej intelektualny komponent. W zamierzchłych latach za prawdziwą gwiazdę uznawano tylko zawodnika, który potrafił przedryblować swojego rywala, i oddać ultratrudny rzut za 2. Jeśli wpadało, to legenda bohatera rosła, jeśli nie, to zawsze nadchodziła następna akcja.
Tak grał m.in. Allen Iverson, Kobe Bryant, a nawet Michael Jordan.
Harden wraz z trenerem d'Antonim zrozumieli, że gra w izolacji ma sens tylko i wyłącznie, jeśli jej zwieńczeniem będzie wysokoprocentowy rzut. Aby uzyskać taką sytuację Harden musi widzieć przed sobą dwie rzeczy - wolniejszego, albo słabszego przeciwnika, i otwartą drogę do kosza. Cała taktyka Houston opierała się na tym, aby koledzy z Rockets zasłonami i ruchem bez piłki zmuszali słabszych obrońców do krycia Hardena.
Jeśli obrońca był wolniejszy, to Harden mijał go dryblingiem i wchodził czysto pod kosz (pozostali gracze Rockets stoją wtedy wokół linii za 3 punkty, robiąc mu miejsce). Gdyby pod koszem czekał wysoki obrońca, to kolega Hardena dostawał podanie na czyściuteńki rzut za trzy. W przypadku obrońcy szybkiego, Harden wchodził w niego tyłkiem, wykorzystując przewagę siły, i rozwiązując sytuację w podobny sposób jak opisałem wyżej. Ten styl gry spowodował, że aż do kontuzji Chrisa Paula, Rockets mieli realne szanse wygrać z Golden State, i do przyszłego sezonu przystąpią ponownie jako faworyci. Harden pokazał też, że każdy styl gry, wykorzystany właściwie, ma swoje miejsce w lidze, która często pochopnie z niemodnych w danej erze elementów rezygnuje.

Czy można krytykować Hardena, nawet po takim sezonie? Oczywiście że tak, Harden w najlepszym przypadku broni średnio, a zazwyczaj przeciętnie, albo nawet słabo. Dwa lata temu internet wywlekał Hardena i GIFy jego horrendalnej defensywy na scenę i śmiał się bardzo, bardzo głośno. Zawstydzony Harden wziął się do roboty, i już nie jest tak źle, ale ze względu na ilość pracy w ataku, Harden po prostu nie otrzymuje trudnych zadań obronnych. Ma szczęście, że przy przyznawaniu nagrody MVP, to właśnie ofensywa ma kluczowe znaczenie, bo obecne NBA to liga znakomitego ataku.

Formuła głosowania na MVP od wielu lat wygląda tak samo - około 130 przedstawicieli mediów wysyła do ligi listę pięciu zawodników typowanych na MVP. Od zeszłego roku, NBA podaje trzech prowadzących kandydatów na miesiąc przed galą. Na liście oprócz Hardena znajdują się LeBron James i Anthony Davis. Ich obecność w tak elitarnym gronie jest w 100% uzasadniona, ponieważ obaj stanowili główny, i czasem jedyny, powód, dla którego Cavaliers i Pelicans wygrywali jakiekolwiek spotkania.
Pomimo 33-lat LeBron rozegrał jeden ze swoich najlepszych sezonów, a Anthony Davis dorósł do uczestniczenia w dyskusji o najlepszych zawodnikach w lidze. Dlaczego zatem uważam, że nie mają szans z Hardenem? Cavs w wielkich bólach wygrali 50 spotkań, a Pelicans 48. Wykluczając Westbrooka z zeszłego roku, praktycznie nie zdarza się, aby MVP wygrał ktoś z zespołu mającego mniej niż 55 zwycięstw (a im bliżej 60 tym lepiej). Gdybym musiał zmienić moją decyzję, to oddałbym MVP w ręce LeBrona, dzięki któremu BEZNADZIEJNY zespół Cavs o dwóch obliczach (przed okienkiem transferowym, i po nim) osiągnął przyzwoity wynik w wysokości 50 wygranych. Wolałbym nie myśleć po jakim dnie szorowałby klub z Cleveland, gdyby zastąpić Jamesa graczem o średniej jakości.

W tym roku, po kilku latach oczekiwania, trofeum powinno wreszcie powędrować do Hardena. Już rok temu zasługiwał bardziej niż Westbrook, ale znakomity sezon zasadniczy przyćmiła kompromitacja w play-off przeciwko Spurs. MVP to nagroda sezonu zasadniczego, ale stawienie poważnego wyzwania Golden State Warriors spowoduje, że głosujący nie będą mieli wyrzutów sumienia, gdy Harden stanie przed mikrofonem burcząc o tym jaki jest wszystkim wdzięczny.

Michał