Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nagrody. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nagrody. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 grudnia 2018

Wyścig po MVP

Drogi Mateuszu,

Będąc w 1/3 sezonu zasadniczego, możemy powolutku zacząć spekulować na temat tego, kto zasługuje na nagrody. Oczywiście, nikt nie jest w stanie włożyć statuetki do swojego sejfu po 26 spotkaniach, jednakże pewne zarysowane trendy często da się ekstrapolować na resztę sezonu. W przypadku nagrody dla najbardziej wartościowego zawodnika w sezonie zasadniczym, kandydaci z grudnia często wracają do konwersacji w maju. Jak jednak określić "wartościowość"?

Dla głosujących na MVP, przy wyborze kandydatów, do gry wchodzą różne składniki. Czasami wszystko zależy od fabuły, którą napisał w konkretnym sezonie dany zawodnik. Gdy Derrick Rose przyjmował honory w 2011, jawił się jako młody zbawca ligi, potrafiący odebrać prymat niepodzielnie dominującemu LeBronowi Jamesowi. Nawet jeśli statystyczne rezultaty Rose'a nie psuły matematycznych wzorów analitykom opisującym grę (25pkt/8as/4zb, na dosyć niskiej skuteczności z gry), to ponieważ poprowadził Chicago Bulls do pierwszego miejsca w konferencji, w sezonie zasadniczym, przywracając franczyzie blask, część ekspertów wolała zagłosować na niego, niż trzeci raz z rzędu na LeBrona. Od tego (kontrowersyjnego) sezonu wyznaczamy limes obserwowania kryteriów, które obrałem przy tworzeniu listy. Skrajne wartości pozwolą wyeliminować zawodników nie zasługujących na nagrodę, oraz budowaniu spójnej narracji i zasad mojego głosowania od początku do końca. Po drodze opiszę, na jakie kryteria mocniej zwracają uwagę niektórzy głosujący, i dzięki temu zostaniemy ze skróconą listą zawodników, wśród których subiektywnie wybiorę najlepszego do tej pory zawodnika sezonu.

1. Oparcie wstępnej listy o PER

PER to wzór stworzony przez obecnego wiceprezydenta Memphis Grizzlies, Johna Hollingera. Kiedy jeszcze był statystykiem i autorem pracującym dla ESPN, sprowadził wszystkie liczby z box-score'a do jednego, wygodnego numeru, dającego nam do zrozumienia jak dobrze radzi sobie dany zawodnik w konkretnym sezonie.
15 wyznacza średnią ligową, 20-25 poziom All-Star, a 25-32 sezon wybitny. Jak zawsze, sprowadzanie skomplikowanej tematyki do prostej odpowiedzi zawiera poważne błędy i uproszczenia. PER premiuje dużych, dobrze zbierających piłkę zawodników, i nie docenia obrony. Kiedy najlepszy sezon pod względem PER należy jednak do Michaela Jordana, a doroczne listy 20-30 najlepszych zawodników nie zawierają specjalnych anomalii, musi to oznaczać, że PER coś robi dobrze. 

Kiedy Rose wygrywał MVP, jego PER wyniosło 23.72 punkta. Wystarczyło mu to na 9. miejsce w lidze (pierwszy był LeBron, a przed Rosem między innymi Dwight Howard, lol). Ustalając dolną granicę na takiej wartości i segregując według niej listę, zostaje nam dziewiętnastu zawodników. Największy kwiatek? Boban Marjanovic z Los Angeles Clippers, który zawsze gra 10 produktywnych minut na mecz, lecz jest zbyt duży i nieruchliwy, aby zostawać na boisku na dłużej. Poza nim niespodziewanie na liście znajdują się energetyczni gracze podkoszowi, zazwyczaj nie marnujący rzutów, i nie podejmujący ryzykownych decyzji na boisku: Montrezl Harrell (Clippers), Clint Capela (Rockets), Nerlens Noel (Thunder), Domantas Sabonis (Pacers), Jusuf Nurkic (Blazers). Ich też od razu wykreślam, jednocześnie doceniając zasługi zespołowe. Nie od nich zależy jednak prawdziwy sukces zespołu. Gdyby któryś z nich okazał się typową gwiazdą, potwierdzając swoje umiejętności przy rozszerzonych wymaganiach, to oczywiście wróci na tę listę.

Na ten moment pozostaje w dyskusji trzynastu koszykarzy.

1. Anthony Davis
2. Giannis Antetokounmpo
3. Kevin Durant
4. Stephen Curry
5. Nikola Vucevic (WHO?)
6. James Harden
7. LeBron James
8. Joel Embiid
9. Nikola Jokic
10. Kawhi Leonard
11. Damian Lillard
12. Rudy Gobert
13. Kyrie Irving

Przejdźmy do progu eliminacyjnego numer 2.

2. Wynik zespołowy

Nie będę wchodził w debatę, czy ciągnięcie słabego zespołu do przyzwoitego rezultatu jest trudniejszym zadaniem, niż zmiana bardzo dobrego składu w kandydata do tytułu. Głosujący (z nielicznymi wyjątkami) uznają, że w sezonie zasadniczym należy wynagradzać wygrywanie. Praktycznie każdy MVP pochodzi z zespołu, który skończył sezon z 55 zwycięstwami. Na całe szczęście, kiedy Westbrook łamał rekordy triple-double Oscara Robertsona, stworzył nam furtkę na wpuszczenie zawodników, których koledzy z drużyny nie domagają. W 2017, Oklahoma City Thunder wygrała "zaledwie" 57% swoich spotkań, zajmując 6. miejsce w konferencji. Od tej granicy zaczniemy zatem patrzeć na potencjalnych MVP. Nie wróży to dobrze dla niektórych.

Od razu robi się przykro, bo musimy wykreślić Davisa. New Orleans Pelicans po piorunującym starcie, doczołgali się zaledwie do bilansu 12 - 13. W żadnym wypadku nie jest to wina AD, który robi co może, aby łatać dziury w obrusie defensywy, jednocześnie imponując pełnym zaangażowaniem w ofensywę. Kiedy nastąpi moment, że Davis odejdzie z Pelicans, nie wygrywając chociaż jednej indywidualnej nagrody, całą winę położymy na organizacji i przeniesiemy ją do Seattle. 

Następny leci Nikola Vucevic, z i tak zaskakującego zespołu Orlando Magic. Jego obecność szokuje, ponieważ to 28-letni zawodnik, po którym spodziewano się, że dotarł do krańca swoich możliwości. W tym sezonie Czarnogórzec jest nie do powstrzymania pod koszem, zaczął regularnie trafiać za trzy, a jego koledzy korzystają z 3.5 asysty na mecz. Relatywnie do oczekiwań Magic osiągnęli znakomity rezultat. Jeśli będą kontynuować zwyciężanie, to Vooch następnym razem nie odpadnie na tym etapie listy. Nie spodziewam się, że dotrze do jej szczytu (zwłaszcza jeśli zaliczy spodziewaną regresję celności za trzy), ale szacunek za robienie niespodzianek w lidze, w której teoretycznie znamy głównych bohaterów.

Do widzenia James Harden - Rockets nie mogą znaleźć formy, cały czas oscylując wokół 50% wygranych. Harden już prawie na pewno nie wygra tej nagrody w swojej karierze, zwłaszcza, że kilku młodszych zawodników wyrosło z jego cienia, a Chris Paul (na czteroletnim kontrakcie) zestarzał się z dnia na dzień, stawiając brodatego przed trudnym zadaniem niesienia zespołu na swoich ramionach. 

Damian Lillard również wypada, przede wszystkim ze względu na słabe dla Portland ostatnie dwa tygodnie. Trail Blazers znajdują się jednak tuż przed sztucznie wyznaczoną przeze mnie granicą, i mają charakterny, zgrany skład. Z przyjemnością powitam w szeregu kandydatów następnym razem. 

Nie upierałbym się, gdyby ktoś chciał wstawić Rudy'ego Goberta do ekipy dużych, energetycznych kolesi, o której pisałem w paragrafie o PER. Jego zadania, na pierwszy rzut oka, opierają się na tych samych zasadach, co na przykład Clinta Capeli. Różnica jest taka, że Gobert jest najważniejszym zawodnikiem w drużynie (może obok Donovana Mitchella). Od jego gry w defensywie zależy postawa całego zespołu, a rola Francuza w ofensywie rośnie z roku na rok. Eliminując go dopiero teraz chciałem zauważyć i docenić, jak nietypowy zawodnik może należeć do elity ligi. Na przyszłość spodziewam się też, że Utah nie będzie za Sacramento Kings.

Boston zaczyna wracać na właściwe tory, ale cały czas brakuje im jednego zwycięstwa do 57%, plus Kyrie Irving ma najniższe PER z całej omawianej ekipy, i nie wiadomo, czy to on jest najlepszym zawodnikiem w zespole. 

Pozostali: Giannis, Durant, Curry, James, Embiid, Jokic, Leonard

3. Za mało spotkań

MVP musi grać bez przeszkód. Przy dobrym zdrowiu zarówno Kawhi, jak i Steph wrócą na tę listę z hukiem.

Pozostali: Giannis, Durant, James, Embiid, Jokic.

Subiektywny ranking pięknej pięcioosobowej ekipy

5. Nikola Jokic - Denver Nuggets przewodzą konferencji zachodniej, między innymi dzięki temu, że przewodzi im najlepiej podający center w historii. 7.5 asysty na mecz? Niektórzy rozgrywający powinni wrócić do domu, spojrzeć w lustro, i się zawstydzić. Przez osobowość Jokica, nie do końca wiadomo, czy chce brać na swoje barki tytuł najważniejszego zawodnika Nuggets, do tego jeszcze nie wstrzelił się za 3, plus gra zaledwie 29.7 minuty na mecz, stąd ostatnie miejsce wśród elity.

4. LeBron James - Po chaotycznym początku sezonu, Bron przejął kontrolę nad działaniami Lakers, co zaowocowało awansem w tabeli. W tym sezonie James imponuje przede wszystkim zdobywaniem punktów, za to zaliczył drobny zjazd w asystach i zbiórkach. Wiem, że najlepsze jeszcze przed Los Angeles, zwłaszcza, gdy Król pozna się lepiej z nowymi dworzanami, albo gdy Lakersi dokonają spodziewanego transferu. Dlatego zostawiam LeBrona na czwartym miejscu, chcąc zachęcić go do dalszej, wytężonej pracy.

3. Kevin Durant - W trakcie nieobecności Curry'ego, Golden State stracili trochę ze swojego czaru, a Durant zdążył pokłócić się z Draymondem Greenem. Nie zmienia to faktu, że Warriors mają lepszy bilans niż Lakers, KD rzuca więcej punktów, i ma prawie tyle samo asyst i zbiórek co LeBron. Zobaczymy, na ile podzieli się rolami ze Stephem po jego powrocie.

2. Joel Embiid - Odpukujemy w niemalowane, chyba nie ma nic strukturalnie złego ze zdrowiem Joela. Uczciwie przepracował okres przygotowawczy, gra 34.5 minuty na mecz i dewastuje kolejnych centrów. Ponieważ Embiid podjął grę w kosza stosunkowo późno, wydaje się, że co mecz uczy się jakiegoś nowego manewru. 27 punktów/13.5 zbiórki/3.5 asysty i 2 bloki to są liczby godne Shaqa w prime. Dodatkowo Embiid trafia rzuty wolne, i sam w sobie tworzy znakomitą obronę. Strach pomyśleć jak może wyglądać liga, kiedy Embiid wskoczy na 35% za trzy, zamiast dotychczasowych 30. 

1. Giannis Antetokounmpo - Daję drobną przewagę Giannisowi, ponieważ Milwaukee kiedy wygrywa, to absolutnie dewastuje przeciwników. Ostatnio Bucks troszkę zwolnili, pozwalając sobie na przegranie kilku meczów, ale nie odbiera to niczego kandydaturze Antetokounmpo. Wszystkie liczby równają się tym, które wykręca Embiid, przy czym Giannis potrafi też rozprowadzić akcję niczym rasowy rozgrywający (6 asyst na mecz). Sytuacja może wyglądać tak, że obaj będą zamieniać się pierwszym i drugim miejscem do końca sezonu. Na ten moment, moim zdaniem, bardziej wartościowy jest Grek, ale Kameruńczyk nie skończył pisać swojej historii.

Michał




czwartek, 21 czerwca 2018

Nagrody - Most Valuable Player

Drogi Mateuszu,

Ponieważ draft zbliża się nieubłaganie, a w związku z tym wszyscy dyskutują o tym, jak zmieni się przyszłość poszczególnych zespołów po ich wyborze w drafcie, ja wrócę do mojej rozpoczętej w kwietniu dyskusji o nagrodach.

Powody są dwa - po pierwsze, nie oglądam uniwersyteckiej koszykówki, więc cała moja wiedza opiera się na czytaniu i słuchaniu raportów skautingowych różnych ekspertów, a ci nie dosyć, że często się ze sobą nie zgadzają, to jeszcze przyszłość często kompletnie przeczy ich przewidywaniom. Mimo to kilka nazwisk, które teoretycznie mi się podobają: Luka Doncic, Mikal Bridges, Kevin Huerter, i kilka, które nie przekonują: Michael Porter jr., Trae Young, Collin Sexton. Zależy mi przede wszystkim na tym, aby 76ers wybrali kogoś sensownego z numerem 10, a reszta? Czas pokaże.

Drugi powód jest jeszcze bardziej prozaiczny; telewizyjny program modelowany na Oscarach odbędzie się 25 czerwca. NBA w zeszłym roku podjęło decyzję, że zamiast stopniowo rozdawać nagrody w trakcie play-off, poczekają na zakończenie sezonu i zorganizują galę celebrującą sezon zasadniczy, o którym wszyscy zdążyli już zapomnieć. O ile bez show dałoby się pewnie obejść, to nagrody mocno wykorzystuje się do debat o zasługach zawodników, stąd moje skupienie.

Za najważniejszą z nagród zwyczajowo uznaje się MVP, i słusznie, gdyż nie zdarzyło się, żeby kiedykolwiek w historii dostał ją ewidentny placek. Nie oznacza to, że co roku głosujący jednomyślnie zgadzają się co do ostatecznego wyboru, przypomnijmy choćby: zeszłoroczny wyrzut sumienia, czyli Russella Westbrooka,  Derricka Rose'a wygrywającego w 2011 z LeBronem, czy wybór Karla Malone'a nad Jordanem, w ostatnim sezonie MJ.

W tym sezonie główny kandydat uzyskał zdecydowaną przewagę na początku sezonu, i tylko zmęczenie materiału jego równą grą spowodowało poszukiwania dodatkowych kandydatów do dyskusji. Mowa o Jamesie Hardenie z Houston Rockets, który drugi rok z rzędu pełnił rolę najlepszego ofensywnego zawodnika w lidze, prowadząc swój zespół do znakomitego bilansu 65 wygranych, 17 porażek. Dla porównania, mistrzowie NBA, Golden State Warriors, wygrali 58 spotkań, a zwycięzcy konferencji Wschodniej, Toronto Raptors, 59. Dla Hardena to kolejny sezon, w którym stawia się go w roli faworyta do głównej nagrody, ale tym razem zakładam, że nie ominie go niezręczna dziękczynna mowa na scenie, obok raperów, których nie znam, bo jestem starym piernikiem.

Jeśli zwycięstwa drużyny nie wystarczają, żeby zamknąć argumentację, to spójrzmy na statystyki meczowe - 30 punktów (liderował lidze), 9 asyst, 5 zbiórek. Kombinacja 30 punktów i 9 asyst jest zabójcza, zarezerwowana tylko dla legendarnych graczy, a dodatkowo 9 asyst dla kogoś, kto nie wszedł do ligi jako rozgrywający? To już terytorium LeBrona. Zaawansowane statystyki również go bronią. Pamiętasz WinShares z poprzedniego posta? Harden swoją grą dołożył około 15 wygranych dla Rockets.

Dodatkowo, Harden przywrócił wartość, porzuconej przez ligę, nieefektywnej grze 1 na 1, dodając do niej intelektualny komponent. W zamierzchłych latach za prawdziwą gwiazdę uznawano tylko zawodnika, który potrafił przedryblować swojego rywala, i oddać ultratrudny rzut za 2. Jeśli wpadało, to legenda bohatera rosła, jeśli nie, to zawsze nadchodziła następna akcja.
Tak grał m.in. Allen Iverson, Kobe Bryant, a nawet Michael Jordan.
Harden wraz z trenerem d'Antonim zrozumieli, że gra w izolacji ma sens tylko i wyłącznie, jeśli jej zwieńczeniem będzie wysokoprocentowy rzut. Aby uzyskać taką sytuację Harden musi widzieć przed sobą dwie rzeczy - wolniejszego, albo słabszego przeciwnika, i otwartą drogę do kosza. Cała taktyka Houston opierała się na tym, aby koledzy z Rockets zasłonami i ruchem bez piłki zmuszali słabszych obrońców do krycia Hardena.
Jeśli obrońca był wolniejszy, to Harden mijał go dryblingiem i wchodził czysto pod kosz (pozostali gracze Rockets stoją wtedy wokół linii za 3 punkty, robiąc mu miejsce). Gdyby pod koszem czekał wysoki obrońca, to kolega Hardena dostawał podanie na czyściuteńki rzut za trzy. W przypadku obrońcy szybkiego, Harden wchodził w niego tyłkiem, wykorzystując przewagę siły, i rozwiązując sytuację w podobny sposób jak opisałem wyżej. Ten styl gry spowodował, że aż do kontuzji Chrisa Paula, Rockets mieli realne szanse wygrać z Golden State, i do przyszłego sezonu przystąpią ponownie jako faworyci. Harden pokazał też, że każdy styl gry, wykorzystany właściwie, ma swoje miejsce w lidze, która często pochopnie z niemodnych w danej erze elementów rezygnuje.

Czy można krytykować Hardena, nawet po takim sezonie? Oczywiście że tak, Harden w najlepszym przypadku broni średnio, a zazwyczaj przeciętnie, albo nawet słabo. Dwa lata temu internet wywlekał Hardena i GIFy jego horrendalnej defensywy na scenę i śmiał się bardzo, bardzo głośno. Zawstydzony Harden wziął się do roboty, i już nie jest tak źle, ale ze względu na ilość pracy w ataku, Harden po prostu nie otrzymuje trudnych zadań obronnych. Ma szczęście, że przy przyznawaniu nagrody MVP, to właśnie ofensywa ma kluczowe znaczenie, bo obecne NBA to liga znakomitego ataku.

Formuła głosowania na MVP od wielu lat wygląda tak samo - około 130 przedstawicieli mediów wysyła do ligi listę pięciu zawodników typowanych na MVP. Od zeszłego roku, NBA podaje trzech prowadzących kandydatów na miesiąc przed galą. Na liście oprócz Hardena znajdują się LeBron James i Anthony Davis. Ich obecność w tak elitarnym gronie jest w 100% uzasadniona, ponieważ obaj stanowili główny, i czasem jedyny, powód, dla którego Cavaliers i Pelicans wygrywali jakiekolwiek spotkania.
Pomimo 33-lat LeBron rozegrał jeden ze swoich najlepszych sezonów, a Anthony Davis dorósł do uczestniczenia w dyskusji o najlepszych zawodnikach w lidze. Dlaczego zatem uważam, że nie mają szans z Hardenem? Cavs w wielkich bólach wygrali 50 spotkań, a Pelicans 48. Wykluczając Westbrooka z zeszłego roku, praktycznie nie zdarza się, aby MVP wygrał ktoś z zespołu mającego mniej niż 55 zwycięstw (a im bliżej 60 tym lepiej). Gdybym musiał zmienić moją decyzję, to oddałbym MVP w ręce LeBrona, dzięki któremu BEZNADZIEJNY zespół Cavs o dwóch obliczach (przed okienkiem transferowym, i po nim) osiągnął przyzwoity wynik w wysokości 50 wygranych. Wolałbym nie myśleć po jakim dnie szorowałby klub z Cleveland, gdyby zastąpić Jamesa graczem o średniej jakości.

W tym roku, po kilku latach oczekiwania, trofeum powinno wreszcie powędrować do Hardena. Już rok temu zasługiwał bardziej niż Westbrook, ale znakomity sezon zasadniczy przyćmiła kompromitacja w play-off przeciwko Spurs. MVP to nagroda sezonu zasadniczego, ale stawienie poważnego wyzwania Golden State Warriors spowoduje, że głosujący nie będą mieli wyrzutów sumienia, gdy Harden stanie przed mikrofonem burcząc o tym jaki jest wszystkim wdzięczny.

Michał

wtorek, 24 kwietnia 2018

Trochę o fundamentach budowy zespołu, czyli kto zasłużył na nagrodę Executive of the Year.

Drogi Mateuszu,

Jak wielokrotnie dałem ci do zrozumienia, w sporcie obok zasłużonego sukcesu, najbardziej cenię sobie stabilność. Imponują mi zespoły, które potrafią myśleć długofalowo, i przyjmują do wiadomości fakt, że chudy rok nie musi natychmiast prowadzić do francuskiej rewolucji. Dotyczy to zwłaszcza zespołów, które nie dysponują nieskończonymi środkami finansowymi i błędy w konstrukcji mogą naprawić sięgając głębiej do portfela. Ciągłość pracy nie musi koniecznie oznaczać tej samej osoby na jakimkolwiek stanowisku (chociaż spójność najłatwiej kojarzyć z posadą trenera), ale pomysł na filozofię, konsekwentnie realizowaną, i aktualizowaną w zależności od zmieniającego się sportu. W futbolu najjaskrawszym przykładem świeci Barcelona, gdzie na początku lat 90. Cruyff skonstruował taktyczny pomysł na zespół tak bardzo pasujący do tego, czym klub i tak chciał być, że echo tamtego okresu pobrzmiewa w każdej wersji boiskowego produktu. Nawet suche lata, i van Gaal za sterami nie spowodowały, że włodarze klubu spanikowali, a trzymanie kursu doprowadziło do momentu, kiedy Barcelona wyznaczała taktyczne trendy zarówno klubowo, jak i międzynarodowo.

Na mniejszą skalę nie sposób nie dostrzec pracy, którą w Sevilli wykonał Monchi, przez lata wynajdując tanich, ale utalentowanych zawodników, a następnie zarabiając na nich gigantyczne pieniądze. Sevilla nigdy nie przebiła się przez szklany sufit Realu i Barcelony w lidze, ale patrząc wagowo, to liczba ich trofeów robi większe wrażenie. W tym momencie Monchi próbuje podobną strategię zrealizować w Romie. W niemieckiej piłce wzorem przez wiele lat był Werder Brema, trenowany przez 14 lat przez Thomasa Schaafa. Ostatnio trochę się pogubili, ale ich stabilność przez taki długi czas przyniosła nawet mistrzostwo kraju. Kiedy spojrzysz na liczbę trenerów niemieckiej reprezentacji (Dziesięciu! W całej historii reprezentacyjnej piłki!), to można tylko przyklasnąc. Dalej mamy takie historie jak Brentford, które chce z Ameryki pożyczyć model Moneyball, uzyskując przewagę nad innymi wykorzystując zaawansowane modele statystyczne.

W NBA sztandarowy przykład to oczywiście San Antonio Spurs, a ich kulturowa dominacja nad ligą zaczyna trwać trzecią dekadę.

Oczywiście żadna z długofalowych filozofii nigdy nie powstałaby, gdyby nie przynajmniej jeden łut szczęścia po drodze. David Robinson złamał nogę i Spurs przegrali 62 spotkania w sezonie, kiedy nagrodą w drafcie był Tim Duncan, najmniej problemowa gwiazda NBA w historii. Timmy grał przez 20 lat, pozwalając Greggowi Popovichowi i R.C. Bufordowi (dyrektor sportowy) skonstruować mit pracowitych, cichych i niekonfliktowych Spurs, którzy dodatkowo w każdym sezonie są w stanie odnieść sukces sportowy. Barcelona trafiła w dziesiątkę transferując Ronaldinho z PSG, budując sobie od podstaw najlepszego piłkarza w historii, i prezentując światu Guardiolę jako trenera.

W piłce nożnej łatwo się do patrzenia długofalowego zniechęcić widząc, jak potęgi szybko zbierają się po wpadkach wydając po prostu więcej pieniędzy, a jeden fatalny sezon potrafi przynieść spadek do ligi niżej, za czym idą gigantyczne koszta. Dlatego czasami jestem w stanie zrozumieć paniczne ruchy właścicieli klubów (oprócz polskich, bo w uważa się, że jeśli na każde spotkanie drużynę poprowadzi inny trener, to zespół będzie się jeszcze bardziej motywował, skoro efekt nowej miotły działa) szukających jakichkolwiek sposobów na odwleczenie nieuniknionego.

W NBA kompletnie tego nie rozumiem. Czasami zdarzają się właściciele, którzy wydają dyrektywy bazując na finansach, typu: musimy dostać się do play-off, bo wtedy bilety są najdroższe; drużyna musi być konkurencyjna, bo inaczej fani nie przychodzą do areny. Ale jeśli właściciel nie jest raptusem, to domyślam się, że chciałby zbudować tak ikoniczne miejsce jak w San Antonio. Kilku franczyzom udaje się to z całkiem niezłym sukcesem - Miami pod wodzą Pata Riley, Dallas od kiedy kupił je Mark Cuban, Utah mimo kilku chaotycznych sezonów po odejściu Derona Williamsa to oaza stabilności, Indiana nie dokonuje panicznych ruchów, a Golden State zapakowało swoje podejście do budowy infrastruktury i wysłało je do postawienia we Francji obok wzoru metra.

Po cichu jednak jedną z najlepszych franczyz w ostatnich latach, i z niezłą historią jest Houston Rockets. W latach 90. wykorzystali nieobecność Jordana i zgarnęli dwa wolno leżące mistrzostwa, a potem budowali liczące się, ale nieszczęśliwe zespoły oparte na T-Macu i Yao. Daryl Morey, mój kandydat do nagrody EotY dołączył do Rockets w 2007, wnosząc do zatęchłej i lekko zacofanej ligi powiew świeżego analitycznego podejścia. Zasiadając za sterami Rockets, Morey wiedział dwie podstawowe rzeczy - rzut za trzy jest wart więcej, niż rzut za dwa, a bez supergwiazd nie da się poważnie wygrywać.

Wokół tych pryncypiów zbudował swoją filozofię tworzenia zespołu. Wykorzystując nowatorskie modele statystyczne wyszukiwał zawodników, którzy mimo niskich kontraktów gwarantowali produkcję na boisku, najczęściej wyciągając ich z zespołów, które przywiązywały się do nazwisk, zamiast do rzeczywistego wkładu w grę. Ogólna strategia transferowa polegała na zbieraniu jak największej ilości dóbr, które możnaby później wymienić na gwiazdę zmęczoną swoim obecnym otoczeniem. Gdy tę udałoby się uzyskać, to wtedy łatwiej doprowadzić do poważnej dyskusji z wolnymi agentami. Od 2007 Morey wysyłał sygnały do każdej drużyny i każdego poważnego zawodnika sugerując, że jest gotowy podjąć dyskusję, prezentując bogato wyposażoną skrzynkę z dobrami na wymianę. Strzał w dziesiątkę przyszedł jednak dopiero wtedy, kiedy Oklahoma City musiała zdecydować, czy do pomocy Kevinowi Durantowi i Russellowi Westbrookowi zostawić Serge Ibakę, czy Jamesa Hardena. Padło na Ibakę, a Harden powędrował do Teksasu, dostając pod kontrolę swój własny zespół.

Logika tego transferu ze strony OKC prezentowała się następująco - Harden nigdy nie otrzymałby roli w ofensywie której oczekiwał (jeśli dobrze pamiętasz, to zazwyczaj wchodził z ławki po to by odmieniać oblicza serii w play-off), a wartość takiego zawodnika jak Ibaka (obrona pod koszem + niezły rzut z dystansu) stała wyżej w hierarchii wtedy dosyć konserwatywnej ligi. Morey postawił grubo na to, że w Hardenie drzemie nielimitowany ofensywny potencjał. Dowody prezentowały się następująco: Harden rzucał celnie za trzy, asystował głównie pod kosz i za trzy, i posiadał rzadką umiejętność bycia faulowanym przy prawie każdej akcji.

Morey znalazł wtedy swoją gwiazdę numer 1. Pierwsza próba dobrania asystenta skończyła się nieszczególnie, ponieważ Dwight Howard okazał się niedopasowany charakterologicznie do tego zespołu, a jego płoche zdrowie odebrało mu najpoważniejsze atuty, czyli nieskazitelną obronę i siłę w ataku. Daryl pożegnał się bez żalu z tym eksperymentem po trzech sezonach i rozpoczął szukanie gwiazdy numer 2. To w jaki sposób wykorzystał ligową sytuację i załatwił transfer Chrisa Paula wystarcza, w mojej opinii, do przyznania mu nagrody Executive of the Year.

Paul spędził kilka udanych, ale niedokończonych lat w Los Angeles w towarzystwie Blake'a Griffina (obecnie Detroit Pistons) i DeAndre Jordana. W świetle uprzedniej reputacji Clippers nowa generacja zawodników dokonała wielkich rzeczy, konsekwentnie awansując do play-off i na pewien czas przyćmiewając kryzysowych Lakers. Dla samych zawodników oczekiwania były jednak o wiele większe, zwłaszcza, że w swoim najlepszym sezonie absolutnie zaprzepaścili szansę awansu do finałów konferencji przegrywając na własne życzenie, właśnie z Rockets. Obserwując zespół, który wchodził na opadająca trajektorię, Chris Paul zdecydował, że czas pożegnać się z Los Angeles, i zmienić pogląd na jego wybitną karierę, w której cały czas brakowału postsezonowego sukcesu. Zgodnie z modą, za którą podążała cała liga jego najlepsza szansa leżała w połączeniu sił z innym gwiazdorem. Gdzie znajdował się zespół, który doznał własnej kompromitacji w play-off, i zdolności defensywne, oraz rzut z półdystansu idealnie pasowały do tego, żeby wesprzeć matematyczny koncept, wtedy, kiedy trójki nie siedzą? Właśnie w Houston.

Daryl Morey, jak przez całą karierę, wykazał się kunsztem i elastycznością menedżerską dogadując się z Clippers i Paulem, wysyłając w zamian za niego cały szwadron zawodników mogących wesprzeć Los Angeles, ale nie osłabiających mocno Rockets. Do Clippers trafili między innymi Patrick Beverley (którego kontuzja kolana zaważyła na tym, że sezon LA był udany, zamiast bardzo udany), "Sweet" Lou Williams (jeden z najlepiej punktujących rezerwowych w lidze) i Montrezl Harrell, młody, rozwojowy center. Wisienką na tym napakowanym torcie był fakt, że dla dopasowania wymienanych pensji, Morey przeszukał całą ligę i wykupił z trzech klubów trzech zawodników (za gotówkę) tylko po to, aby móc przekazać ich Clippers. Z dystansu nie wygląda to jak wybitne osiągnięcie, ale ustalanie transferu w NBA nie jest proste, a Morey musiał żonglować kilkunastoma gorączkowymi rozmowami po to, aby spiąć transfer w całości.

Za sam ten manewr należą się Moreyowi wysokie oceny, ale na tym nie skończyła się jego praca, bo taki zespół trzeba przecież uzupełnić. Kilka kontraktów wyróżnia się:

P.J. Tucker - idealny center do proponowanego przez Houston stylu gry, gra bardzo twardo w defensywie, realistycznie broniąc pozycje 4, 5 i niektóre 3, a jednocześnie nie wymagający dużej obecności w ofensywie, zadowolony z rzucania trójek z czystej pozycji przygotowanych przez Hardena i Paula. 4 lata za 32 miliony to bardzo dobry kontrakt.

Luc Richard Mbah a Moute - gdyby jego potencjał ofensywny był chociaż w połowie tak wysoki, jak robota w defensywie, mówilibyśmy tutaj o poważnym kandydacie do występu w meczu gwiazd. Niestety Luc Richard (i to zupełnie od niedawna) w ataku daje od siebie tylko w miarę celny rzut z rogu boiska, i okazjonalny wjazd pod kosz. Morey płacąc Lucowi 2.1 miliona dodał składowi głębi, za którą inni płacą 10-12 milionów.

Gerald Green - osobowość, atletyzm, i potencjalne punkty z ławki znowu za śmiesznie niski weterański kontrakt.

Siła Moreya polega na tym, że nie popełnia błędów, które zdarzają się innym dyrektorom w lidze, a mianowicie płaci grubą kasę tylko zasługującym na to gwiazdom. Nie chodzi o to, że Morey jest skąpy, bo nie jest, ale nie alokuje dużych środków tam, gdzie może uzyskać tę samą produkcję za niewielkie pieniądze. Najbardziej krytykowany kontrakt w Rockets to prawdopodobnie Ryan Anderson, który otrzymał 80 milionów za zbiórki w ofensywie i celność za trzy. Niestety jego gra defensywna często powoduje, że z najlepszymi zespołami może występować tylko 15-20 minut. Poza tym Morey konstruuje zespoły konsekwentnie w ten sam sposób - pakuj skrzynkę z dobrami, a jak tylko zdarzy się potencjalny transfer gwiazdy/szansa ściągnięcia wolnego agenta, to natychmiast wyciągnij telefon, oczaruj partnera biznesowego, a resztę ligi obserwuj szukając dobrych, ale nie przepłaconych zawodników.

Tegoroczna kandydatura Moreya jako Executive of the Year opiera się oczywiście przede wszystkim na transferze Chrisa Paula, który katapultował Rockets do poziomu potencjalnego pogromcy Golden State, i niezaprzeczalnie najlepszej drużyny w lidze w sezonie zasadniczym. Uważam jednak, że ten tytuł należy mu się też za posadzenie na stanowisku trenera Mike D'Antoni, który raz zrewolucjonizował ligę 15 lat temu z Phoenix Suns, a teraz dostał lejce, by zrobić to ponownie z Houston. Połączenie Morey - D'Antoni - Harden okazało się niezmiernie skuteczne, i wszystkim
z tej trójcy należą się nagrody. D'Antoni był trenerem roku w poprzednim sezonie, nie bojąc się postawić Hardena na pozycji rozgrywającego, Harden prawdopodobnie zostanie MVP tego sezonu, a ja przyznaję EotY Moreyowi. Rockets niestety wystartowali w play-off bez nitro, ryzykując utrzymanie postsezonowej reputacji dla Hardena (koszmary z meczu nr 6 przeciwko Spurs w zeszłym roku), Paula (brak finałów konferencji w tak bogatej karierze), i D'Antoniego (zarządzał najlepszymi zespołami w lidze, ale nie był w stanie doprowadzić Steve'a Nasha do finałów), ale Daryl Morey stawiając zespół w takiej pozycji może uczciwie powiedzieć, że swoją robotę wykonał doskonale.

Michał

czwartek, 12 kwietnia 2018

Przestańmy udawać, że debata istnieje naprawdę - Rookie of the Year

Drogi Mateuszu,

Wyścig po nagrodę najlepszego pierwszorocznego zawodnika to bardzo nierówna rozrywkowo i jakościowo propozycja. Zdarza się, że rocznik zawodników wchodzących do ligi okazuje się niezwykle słaby, a dla zwycięzcy okazuje się to największym osiągnięciem w karierze (tak jak na przykład Malcolm Brogdon w zeszłym roku, albo w zeszłym tysiącleciu Mike Miller, czy Damon Stoudemire). Innym razem nie ma wyścigu w ogóle, bo ktoś grubo odstaje od konkurencji, jak Kyrie Irving, czy Karl Anthony Towns. Dodatkowo, wygranie Rookie of the Year nie musi przewidywać dalszego rozwoju karier. Kiedy w 2010 roku wygrał Tyreke Evans, to musiał czekać do tego sezonu na mały renesans kariery w Memphis, a w międzyczasie towarzysze draftowcy James Harden, Steph Curry, i DeMar DeRozan zaczęli budować swoje posągi przed poszczególnymi arenami. Podobnie stało się w 2014, kiedy Michael Carter-Williams, wyglądał jak młody Jason Kidd, ale jeśli jego kariera dalej potoczy się w tym kierunku, którym obrała, to za dwa lata będzie podstawowym rozgrywającym Zeptera Śląsk Wrocław.

Od czasu do czasu do ligi trafiają jednak tak dobrze przygotowani młodzianie, przez cały rok rywalizując ze sobą w wyścigu, motywując zwolenników i przeciwników kandydatur do zaciekłej debaty. Grant Hill i Jason Kidd ścigali się tak dobrze, że obaj skończyli na pierwszym miejscu, tak samo jak Elton Brand i Steve Francis kilka lat później. Może ciężko w to uwierzyć, ale Carmelo Anthony przez cały sezon był godnym rywalem nastoletniego LeBrona Jamesa (a Denver awansowało do play-off! Cleveland jeszcze nie).
W tym roku, niespodziewanie, nowy szwadron zawodników dostarczył nam podobne emocje. Cała klasa rookich wchodzących do ligi wygląda znakomicie, bo z pierwszych 14 wybranych zawodników ciężko wyobrazić sobie chociaż jednego, który nie zbuduje solidnej kariery w lidze. Nawet ci, którzy stoją najdalej od swojego potencjału, mogą wytłumaczyć się ustabilizowaną wcześniej hierarchią w zespole, młodym wiekiem, albo taką produkcję w ciągu kilku minut na boisku, która gwarantuje dalszą wiarę.

Najgłośniej przez megafon swoje wejście do ligi ogłosili Ben Simmons (76ers), i Donovan Mitchell (Jazz). Ben to osobliwy przypadek, ponieważ został wybrany w poprzednim drafcie, ale przez kontuzję stopy nie zagrał ani jednego spotkania w sezonie 2016/17, co oznacza, że zgodnie z zasadami ciągle uznawany jest za rookie. Oczekiwania dla obu zawodników przedstawiały się zupełnie inaczej, ponieważ Simmons to pierwszy wybór w dracie, przez co drużyna realistycznie oczekuje prawdziwej supergwiazdy, gotowej do pozytywnego wspierania zespołu od pierwszego sezonu. Mitchell do NBA dotarł z mniejszym bagażem, zaczynając od uniwersytetu Louisville, gdzie spędził dwa sezony, w pierwszym wchodząc z ławki i nie odgrywając znaczącej roli. W drugim awansował na pierwszy plan drużyny, która dotarła do drugiej rundy turnieju NCAA. Przed zeszłorocznym draftem eksperci i skauci nie dotarli do konsensu, w którym koszyczku umieścić Mitchella. Wielu widziało w nim ograniczonego ofensywnie eksperta od zadań defensywnych na pozycjach 1 i 2. Inni mocniej zwracali uwagę na fakt, że Donovan Mitchell dysponuje skocznością, szybkością, ale jego gra jest na tyle surowa, że będzie potrzebował więcej czasu na rozwój. Wybrani przed nim De'Aaron Fox, Dennis Smith Jr. i Frank Ntilikina przykuwali uwagę atrybutami, które pojedynczo prawdopodobnie wypadają lepiej niż u Mitchella: Fox jest szybszy, Smith wyżej skacze, a Ntilikina jako 19-latek wszedł do ligi jako ukształtowany obrońca trujący życie rozgrywającym przeciwników. Utah Jazz zachwyciło się na tyle pełnym pakietem umiejętności Mitchella, że oddali obiecującego Treya Lylesa i dalszy wybór w drafcie do Nuggets, którzy w zamian oddali Utah nr 13, gdzie zazwyczaj spadają solidni zawodnicy, a nie gwiazdy.

Za wcześnie na kompletną ocenę podjętych decyzji, i zespoły wybierające przed Utah prawdopodobnie jeszcze nie plują sobie w brodę za ominięcie Mitchella, ale na pewno nie jeden prezes oglądając swój koszykarski prospekt na boisku głośno westchnął, myśląc o tym, jak wyglądałby sezon, gdyby draft ułożył się troszkę inaczej. A wszystko dlatego, że Donovan Mitchell jak tylko otrzymał szansę od trenera Quina Snydera, to założył na nią kaganiec i przywiązał łańcuchem do kaloryfera, żeby mu nie uciekła. Utah Jazz po międzysezonowej utracie Gordona Haywarda na rzecz Bostonu potrzebowali ofensywnego kreatora, któremu można oddać kluczyki ofensywne, licząc na to, że w beznadziejnych sytuacjach stworzy rzut z niczego. Mitchell okazał się rozwiązaniem prawie doskonałym. Jazz na początku sezon wyglądali na zespół gotowy na wstępną fazę przebudowy, mając w składzie zawodników mądrych i utalentowanych (Rudy Gobert, Derrick Favors, Ricky Rubio, Joe Ingles), wykorzystując system Snydera do wykrzesania jakiejkolwiek ofensywy, ale z ograniczonym potencjałem. Rozwój Donovana Mitchella, wraz magiczną defensywą Rudy'ego Goberta odkluczyły drzwi do uratowania sezonu i przyspieszenia powrotu na szczyt zachodniej konferencji. Nikt nie przewidział tego przed sezonem (ani w grudniu), ale Jazz zajęli 4. miejsce w konferencji, i stoją przed realną szansą pokonania OKC.

Sam Mitchell przysłużył się zespołowi rzucając 20.5 punkta na mecz (najwięcej w zespole), znajdując się w znakomitym towarzystwie graczy, którzy jako pierwszoroczniacy liderowali swoim zespołom w punktach, i prowadzili je do wygrania przynajmniej 45 spotkań. Reszta listy - Wilt Chamberlain, Kareem Abdul-Jabaar, Larry Bird i David Robinson. Mocna ekipa.

Chwała za to wszystko Mitchellowi, który rozgrywa historyczny sezon jako rookie, ale Ben Simmons rozgrywa historyczny sezon jako zawodnik.

Oto lista koszykarzy, którzy osiągnęli następujące średnie w jednym sezonie (nie tylko jako rookie!): 16 punktów, 8 zbiórek, 8 asyst - Oscar Robertson, Magic, LeBron, Westbrook, Wilt, Harden, MJ i teraz Ben. Simmons nie jest w tej samej lidze co reszta ekipy jako zdobywacz punktów, ale już na ten moment łatwo zaobserwować geniusz asyst, który w najlepszych momenta przypomina Magica i LeBrona (a od obu jest ociupinkę wyższy, co otwiera dodatkowe możliwości i kąty podań).

Już na bazie tych podstawowych statystyk można zacząć obalać tezę, że Mitchellowi należy się RotY, bo jego przewaga w punktach jest nikła, a zbiórki i asysty są daleko za Simmonsem. Niestety, to co powinno wydawać się oczywiste, dla wielu ekspertów, ginie w zalewie (moim zdaniem) nieznaczących detali, oraz nieprzekonujących argumentów. Spróbuję tutaj przedstawić najważniejsze sposoby, w których zwolennicy Mitchella chcą obronić jego kandydaturę, i mam nadzieję, że wyjdzie z tego dlaczego, ja bez wahania zagłosowałbym na Bena Simmonsa (Mitchell byłby bezkonkurencyjnie drugi)

W przeszłości debaty dotyczące Rookie of the Year posiłkowały się na przykład takim argumentem, że warto docenić nowoprzybyłych, którzy odgrywają mniejszą rolę, ale w drużynie zmierzając do playoff - w przeciwieństwie do gwiazdek pustych statystycznych kategorii błyszczących dla zespołów z 20 zwycięstwami. Utah Jazz wygrali 48 spotkań... a 76ers 52. Argument odpada.

Przeciwnicy Simmonsa wskazują na to, że Philadelphia gra dobrze tylko wtedy kiedy Joel Embiid pojawia się na boisku, a Mitchell ciągnie za sobą skazany na pożarcie zespół Jazz. Na początku sezonu liczby faktycznie wskazywały, że 76ers bez Embiida, a z Simmonsem na boisku tracili sporo na jakości. W miarę rozwoju sezonu, wraz ze wzrostem komfortu Simmonsa, sytuacja zaczęła się wyrównywać, a Philadelphia zdobywała punkty i dobrze broniła nawet wtedy, kiedy Joel siedział na ławce (albo w domu, bo ostatecznie zagrał tylko 63 spotkania). Takie porównanie stawia też w niesprawiedliwym świetle kolegów z drużyny Mitchella, którzy sami potrafią wiele rzeczy. Rubio, Ingles, Favors, Crowder widzieli już w lidze niejedną sytuację, a Rudy Gobert to poważny kandydat do nagrody obrońcy roku (spoiler).

Mitchell radzi sobie też lepiej w "clutch situations" (definiowane zazwyczaj jako 2 minuty do końca meczu, przy różnicy w wyniku w granicy 5 punktów), ponieważ dysponuje umiejętnością przygotowania sobie rzutu za trzy punkty, czym Simmons nie dysponuje (bo w ogóle nie rzuca z dystansu). Wobec tego ignorujemy pozostałe 46 minut, gdzie Simmons przygotowuje zespół podaniami, zbiórkami i ustawianiem ofensywy, do tego, żeby zamknąć mecz jak najszybciej?

Dodatkowo sprawdziłem statystyki "clutch" na stronie NBA, i wychodzi z nich, że przewaga Mitchella polega na tym, że ma odwagę rzucać w decydujących momentach meczu, ale robi to bardzo nieskutecznie (kiedy Ben rzuca, to jego TS% wynosi 65%, Mitchella 49.9%). Simmons doskonale zna swoje atuty i ograniczenia i wyciska maksimum z tego co umie, podejmując decyzje z korzyścią dla zespołu. Jak już ustaliliśmy wcześniej Donovan Mitchell potrafi eksplodować punktowo (45 meczów powyżej 20 punktów), ale nie kontroluje wszystkich aspektów gry tak, jak jego rywal.

Negatywna kampania na temat Simmonsa skupia się przede wszystkim na jego oczywistym mankamencie - braku jakiegokolwiek rzutu z dystansu. W idealnym świecie Ben pracuje nad rzutem tak długo, aż zmienia się w Raya Allena, ale magia jego gry polega na tym, że pozostałe umiejętności ma tak wyśrubowane, że nawet, gdy rywale zostawiają mu miejsce, on zabiera je, i zamienia w korzyść dla zespołu, albo wykorzystując wolną przestrzeń na przyspieszenie i wjazd pod kosz, albo zamieniając dodatkowe sekundy na przeliczenie wszystkich możliwych ewentualności i wybranie najlepszego dostępnego podania. Z drugiej strony tak chwalony za rzut z dystansu Donovan Mitchell trafiał tylko 34% trójek, co wygląda OK, ale nadal plasuje się poniżej ligowej średniej.

Po przejrzeniu wszystkich argumentów, które wypisałem, wychodzi na to, że stałem się największym wrogiem Donovana Mitchella, stojącego w opozycji do rozgrywającego 76ers. Wręcz przeciwnie, uważam, że Mitchell to efektowny zawodnik, potrafiący rozgrzać publikę wsadem, pogrzebać przeciwnika kilkoma pospiesznymi koszami, a dodatkowo charakterologicznie wpisującego się w nowy archetyp skromnego gwiazdora NBA, swobodnego w swojej skórze, potrafiącego logicznie i śmiesznie wypowiedzieć się na różne tematy. Cieszę się też, że tak dobrze prowadzona ekipa, jak Utah Jazz szybko odnalazła zastępstwo dla Gordona Haywarda, i nie będzie wiele lat walić toporem w kopalnii beznadziei obok Sacramento, Suns, czy Knicks. W porównaniu do Mitchella, Simmons potrafi wypaść jak arogancki bubek, noszący głowę wyżej niż wszyscy inni (ale rezultaty na boisku go bronią). Nagroda Rookie of the Year przypada najlepszemu pierwszorocznemu zawodnikowi, a tym przez 82 spotkania był Ben Simmons.

Michał

P.S. Nie wdaję się nawet w dyskusję na temat durnego argumentu, że Simmons nie jest "prawdziwym" rookie, bo wybrano go w drafcie rok wcześniej, ale nie zagrał ani jednego spotkania. Po pierwsze jak Blake Griffin zrobił to w 2009 to nikt nie marudził, a po drugie zwracający na to uwagę Donovan Mitchell (kliknij po śmieszny obrazek) sam sobie kopie dołek pod swoimi argumentami.

niedziela, 8 kwietnia 2018

Nagrody - Most Improved Player 2017/2018

Drogi Mateuszu,

Niepisana zasada najpoważniejszych stron o NBA dotyczy tego, że blisko końca sezonu wszyscy autorzy muszą przygotować artykuły proponujące wybory do nagród przyznawanych przez NBA. Z tych najważniejszych dyskusji, prymat bierze MVP, ponieważ głosowanie za najlepszego/najbardziej wartościowego gracza sezonu zazwyczaj rezonuje przez lata i może stanowić zagryzkę do długich dyskusji, biorąc na tapetę chociażby takie kontrowersyjne wybory jak: Harden vs Westbrook, Curry vs Harden, Paul vs Kobe, Malone vs MJ, LeBron vs ktokolwiek stał na przeciwko jego sezonów kiedy nie wygrał. Inne nagrody nie wywołują aż takich emocji, ale uważam, że definitywne zaproponowanie typków to ciekawe intelektualnie wyzwanie, które wiele mówi o podejściu do koszykówki wybierającego. Istnieją nagrody, których nie mogę przyznać, bo funkcjonują w kręgach, o których nie mam pojęcia (np. nagroda humanitarna, czy nagroda dla najlepszego kolegi z zespołu), ale wypowiem się o: MVP, Rookie of the Year, Defensive Player of the Year, Coach of the Year, Sixth Man of the Year, oraz, w dzisiejszym poście, Most Improved Player of the Year.

MIP nie wywoływało może większych kontrowersji w przeszłości, ale często gracze otrzymujący tę nagrodę okazywali się bezpiecznym wyborem. Często byli to zawodnicy, którzy posiadali umiejętności, i sporo ludzi oczekiwało od nich jakościowego skoku, a przychodził on wtedy, kiedy trenerzy im zaufali - Goran Dragic, Kevin Love, Tracy McGrady. Najtrudniejszym zadaniem dla zawodnika, jest przejście z roli wspomagacza, do gwiazdy, i kilka ostatnich wyborów (C.J. McCollum, Giannis Antetokounmpo, Jimmy Butler) wskazuje na to, że głosujący rozumieją prawdziwy przeskok umiejętnościowy. Historia pokaże, ale w tym roku możemy mieć taką samą sytuację - drugoplanowy zawodnik wpisuje się w klimat ligi jako prawdziwa gwiazda.

W tym momencie nie mogę wspomnieć historii z twojego podwórka, która została ze mną przez lata. Jeśli cokolwiek opowiem źle, to masz prawo poprawić moje wspomnienia, ale nigdy nie możesz ich rujnować. Gdy na początku życia piłkarskiego wychodziłeś z kolegami spod bloku odstawałeś techniką i warunkami fizycznymi. Bez podawania imion i znakomitych ksywek istnieli goście, którzy piłkarsko cię przerastali, a teraz mogliby wiązać ci sznurowadła. Ale ty powiedziałeś: nie! Zaparcie dążyłeś do doskonalenia elementów gry nad którymi miałeś kontrolę, a boiskowa inteligencja wyniosła cię ponad kolegów, którzy zatrzymali się na wczesnym przystanku, do którego dowozi wrodzony talent. W twoim przypadku naturalne przyspieszenie, odejście z piłką przy nodze, i gra na małej przestrzeni okazały się ważniejsze niż to, że jeden, czy drugi byli więksi od ciebie, albo mieli za sobą więcej doświadczenia. Wszystko to oczywiście wyszło z tego, że na boisku spędzałeś dużo czasu, co okazało się korzystne dla twojego rozwoju (nie dla wszystkich osobników to działało, i wiesz, o którym koledze wspominam). Jakbyś jeszcze umiał wykończyć jak Inzaghi (i przyjął tę samą strategię do książek).

Całą tę historię obrazuję po to, aby pokazać, że czasem zawodnicy docierają do ligi z nieokreślonym potencjałem, stawiani w sytuacji, w której nie mogą się rozwijać, albo ich zdolności motoryczne znacznie przerastają ich zrozumienie gry. MIP powinno słuzyć jako wyróżnienie za wyjście z ram, którymi otaczają cię trenerzy, komentatorzy, inni zawodnicy; a także wyciśnięcie maksimum ze swojej sytuacji, stawiając się w takiej pozycji, że kiedy szansa zawoła, jesteś gotowy odpowiedzieć coś optymistycznego.

W tym roku zawodnikiem, który wykorzystał swoją sytuację do maksimum jest Victor Oladipo z Indiana Pacers. Historia Victora to przykład podobny do Luki Toniego, obrazujący fakt, że nie można zbyt szybko po prostu rezygnować z utalentowanych fizycznie zawodników.

Oladipo został wybrany z numerem dwa w tragicznym (wtedy) drafcie 2013 i zaczął swoją karierę w Orlando Magic. Przez pierwsze trzy sezony grał solidną (czytaj rozczarowującą) koszykówkę, rzucając około 16 punktów na mecz z 4 zbiórkami i 4 asystami, w zespole, który zmierzał donikąd. Z daleka takie średnie wyglądały zupełnie nieźle, ale tak naprawdę między pierwszym, a trzecim sezonem nadzieje Magic na to, że Oladipo rozwinie się w pierwszorzędnego ofensywnego zawodnika zaczęły wyparowywać. Sygnalizując rezygnację z wysokiego wyboru w drafcie, Magic wysłali Oladipo do jego prawdopodobnie najtrudniejszej profesjonalnej sytuacji - zaraz obok Russella Westbrooka w Oklahoma City Thunder, który właśnie kombinował jak grać bez Kevina Duranta.

Bazując na profilu osobowościowym Russa i wcześniejszych występach OKC bez kontuzjowanego Duranta wszyscy wiedzieli, czego się spodziewać. Absolutna kontrola nad piłką i rzucanie cienia, niczym Ludwik XIV nad swoim imperium, zasłoniło też blask Oladipo, już wcześniej nie dorastającego do oczekiwań. Jeśli zawodnik dociera do czwartego przeciętnego sezonu, to prezesi w lidze zazwyczaj go mentalnie skreślają, i kiedy doszło do zeszłorocznego transferu między Pacers a Thunder, gdzie Paul George został wymieniony za Oladipo i Domantasa Sabonisa, konsensus uznał, że Oklahoma nie oddała praktycznie nic wartościowego za jednego z najlepszych graczy w lidze.

Nie mam pojęcia jakie tabsy zjadły Oladipo, i co postanowił wszystkim udowodnić, ale na ten moment wychodzi, że gra jak najlepszy zawodnik z tego transferu (najwyższy limit umiejętnościowy ma oczywiście George, ale w tym sezonie Oladipo gra lepiej od niego). Wróćmy analizą do roku 2008 i spójrzmy na standardowe statystyki - 23 punkty (10. w lidze), najwięcej zbiórek i asyst w karierze, 2.4 przechwytów (wygrywa ze wszystkimi, a zaraz za nim plasuje się... Paul George), najwięcej prób rzutów, najwyższa skuteczność za 2 i 3 punkty. Pierwszy i zasłużony wybór do meczu gwiazd w wieku 25 lat. Indiana oddała klucze do Forda Ofensywy Victorowi, i ten wykorzystał to, jak nikt nigdy wcześniej w NBA, a skala jego rozwoju jest w zasadzie bezprecedensowa. Przyrównując ją do naszego podwórka, to może zestawiłbym całą sytuację z Jakubem Błaszczykowskim, który przez dłuższy czas jako młodzian biegał bez mózgu po prawej obronie Wisły, a pewnym momencie stał się niezastąpionym partnerem ofensywy z Pawłem Brożkiem w roli głównej, i ostatecznie jednym z najlepszych zawodników reprezentacji.

Jeśli pamiętasz mój pierwszy post o zaawansowanych statystykach, to pojęcie True Shooting Percentage lekko utkwiło w twojej głowie, jeśli nie, to zawsze można szybciutko rzucić na nie okiem ;). W każdym razie do tej pory TS% Oladipo tkwiło na poziomie niższym niż średnia ligowa (Victor 52%, liga około 55-6). W tym sezonie Oladipo przy zwiększonym nakładzie ofensywnym jest skuteczniejszy (57%) niż kiedykolwiek, a utrzymywanie wydajności przy trudniejszych obowiązkach jest zadaniem tylko dla największych gwiazd NBA i praktycznie się nie zdarza. Wszystkie inne statystyki (które będę tłumaczył w przyszłości) również cyknęły w górę, a nie mogę nie docenić zawodników rozwijających się wszechstronnie.

Indywidualny sukces Oladipo nie przyszedł z jednoczesną degradacją gry zespołu. Przed sezonem bukmacherzy wskazywali, że w najlepszym wypadku Indiana zagra nudną koszykówkę, bez osobowości w ofensywie i defensywie, plasując się tuż nad patologią wyścigu po miejsce w loterii draftowej, ale grubo za play-offami.  Między innymi dzięki Oladipo, już teraz Pacers okazali się jednym z największych zaskoczeń sezonu. W tym momencie zajmują 5 miejsce w konferencji i szykują się do pierwszorundowego pojedynku z Cleveland Cavaliers, albo 76ers. Wiadomo, że nie wszystkie laurki mogą powędrować do Oladipo, ale strata takiego zawodnika jak George, i kontynuowanie solidnego marszu, po uzupełnieniu składu niedocenianymi zastępstwami wymaga oklasków.

Biorąc pod uwagę wszystkie wyżej wymienione fakty, uznaję Victora Oladipo za Most Improved Player tego sezonu, a tobie przyznaję tę samą nagrodę działającą z mocą wsteczną, za największy rozwój umiejętności w skillu wśród podwórkowych zawodników pochodzących pierwszych bloków.

Michał