poniedziałek, 1 października 2018

Zapowiedź sezonu 2018/19 - Chicago Bulls

Drogi Mateuszu,

Kiedy Bulls wytransferowali w zeszłym roku Jimmy'ego Butlera do Minnesoty, w zamian otrzymując dwóch młodych zawodników i 7. pozycję w drafcie, wiedzieli, że nadchodzi okres poważnej przebudowy. Sezon 2017/18 miał służyć strategicznemu przegrywaniu, po to, aby jak najszybciej wrócić do czasów chwały, jak za zdrowego Derricka Rose'a i Joakima Noah. Ich wysiłek prawie został zmarnowany, kiedy Nikola Mirotic w grudniu odpalił fajerwerki, prowadząc Bulls do kilku dodatkowych, niechcianych zwycięstw. Nie chcą ostatecznie rujnować swoich planów, Chicago oddało go w lutym do Pelicans, ale jeszcze tragiczniejsza forma pozostałych drużyn z dołu ligi, ścigających się o najgorszy bilans zwycięstw i porażek, spowodowała, że Bulls ponownie wybierali z numerem 7.

Teraz, gdy okazuje się, że Butler chce jak najprędzej uciekać z Minnesoty, zmienia się percepcja transferu dokonanego przez zarząd Bulls. Bezpośrednie po transakcji, za najciekawszy składnik uznawano Zacha Lavine, rozwijającego się rzucającego obrońcy, z drobnymi umiejętnościami rozgrywania, który skacze jak pasikonik (dwa razy wygrał konkurs wsadów), ale w obronie pozostawia wiele do życzenia. Franczyza uwierzyła w niego, proponując mu 4-letni kontrakt, z równą pensją $19.5 miliona na sezon. Jak na niesprawdzonego zawodnika, który ma za sobą zerwane więzadła, to ryzykowna inwestycja, ale Bull przewidują, że Lavine wykorzysta więcej niż tylko talent atletyczny, dokładając do tego punktowanie w okolicach 20/mecz i wreszcie mocniej starając się w defensywie. Chicago wyrównało kontrakt zaproponowany przez Sacramento Kings, i jeśli Lavine pójdzie negatywną ścieżką, to wtedy możemy uznać, że Bulls uratowali Kings przed poważnym błędem (a zazwyczaj działa to w drugą stronę).

Podobnym zagraniem, stawiającym na potencjał, może być wyciągnięcie Jabari Parkera z Milwaukee Bucks. Pod względem kontuzji Parker prezentuje się jeszcze gorzej niż Lavine, zrywając więzadła dwa razy w tym samym kolanie. Przez 4 sezony nie zdołał przekonać Bucks do grubej inwestycji w zawodnika wybranego przecież z nr 2. w drafcie. Parker nieco złudnie oczekiwał gwiazdorskiego kontraktu, wskazując na ofensywne statystyki (kiedy faktycznie mógł pojawić się na boisku).
Czas pokaże, czy Milwaukee podjęło właściwą decyzję zrywając tak szybko kontakty z teoretyczną gwiazdą. Bulls obserwując styl Parkera, który nieco przypomina Carmelo Anthony'ego, oraz małą ilość zawodników w składzie z dużym potencjałem, zaproponowało Parkerkowi następujące warunki: $40 milionów za 2 sezony, przy czym o drugim sezonie zadecyduje drużyna, a nie zawodnik. Ten kontrakt spełnił warunki obu stron, gdyż Parker może chwalić się, że otrzymuje $20-milionową gażę, a franczyza zapewniła sobie swobodę działania w przypadku kolejnej katastrofy kolan/słabej gry. Jeśli Parker spełni oczekiwania pokładane w niego przez trenera i zarząd, to jego umowa okaże się oszczędnością. Podobnie jak w przypadku Lavine'a nic nie jest pewne, ale moim zdaniem to Parker ma większe szanse na np. występ w meczu gwiazd, ze względu na wzrost, masę i szerszy zakres umiejętności w ataku. W zeszłorocznych play-off kibice Bucks mogli też przez chwilę zaobserwować Yeti, czyli starającego się w defensywie Parkera. Na to samo przez cały sezon będą liczyć kibce Bulls... ale przed podpisaniem kontraktu w Chicago Jabari nie popisał się PR-ową sprawnością, deklarując że: "w NBA nikt nie płaci za grę w obronie". Czas pokaże czy to sarkazm, czy głupota.

Największą nagrodą w transferze okazał się jednak numer 7. Bulls użyli go, aby zakontraktować wysokiego Fina, Lauri Markkanena. Przed draftem eksperci nie mogli się nadziwić, że patyczkowata maszynka do zdobywania trójek stoi tak wysoko w ocenie klubów. Opisywano go jako jednowymiarowego zawodnika, który może nie być fizycznie przygotowany do gry w NBA. Markkanen wziął się do przekonywania niedowiarków już latem, na mistrzostwach Europy, błyszcząc odważnym wchodzeniem pod kosz i braniem na siebie ciężaru gry dla reprezentacji Finlandii. Ostateczne wątpliwości zniknęły, kiedy okazało się, że uniwersytet w Arizonie sztucznie ograniczał jego potencjał, a sam Lauri przez cały sezon wyróżniał się nawet na tle utalentowanego zbioru pierwszoroczniaków. W tym sezonie powinien być opcją nr 1 dla Bulls, ale dopiero co okazało się, że kontuzjował łokieć wykluczając się z grania na 6-8 tygodni. Więcej miejsca dla Lavine i Parkera na monopolizowanie ofensywy?

W zeszłym roku Chicago zebrało sporo krytyki za draft, ale w tym roku sytuacja odwróciła się o 180 stopni. Wendell Carter jr. uznawany jest za jednego z najinteligentniejszych zawodników wchodzących do ligi, rozumiejący pozycjonowanie w defensywie i potrafiący kierować atakiem, niekoniecznie oddając mnóstwo rzutów. Na początku sezonu miejsce w składzie zabierze mu weteran Robin Lopez, ale jeśli Carter spełni oczekiwania, to uznaję Lopeza jako jednego murowanego kandydata do transferu.

Poza tym skład Bulls nie wygląda na tragiczny, większość zawodników cały czas ma coś do udowodnienia, a zadaniem trenera Freda Hoiberga będzie mieszanie składem, tak aby eksponować zalety graczy, a maskować ich wady. Kris Dunn potrafi bronić, ale nie rzuca. Cameron Payne nieźle rozgrywa, ale walczył z kontuzjami, Bobby Portis dysponuje szerokim arsenałem rzutów, ale zostawia otwartą bramę w obronie itd. itp. Nie sądzę, aby Bulls uczciwie walczyli o play-off (moim zdaniem nawet nie powinni, dając sobie szansę na jeszcze jeden zastrzyk talentu, chociaż kto tam wie na Wschodzie), ale tylko decyzja o kontrakcie Lavine'a mocno obciąża ich na przyszłość. Jeśli ten skład nie zacznie się sprawdzać, w przyszłym sezonie można go solidnie wyczyścić.

Przewidywania

Las Vegas wierzy w najsłabszą możliwą przyszłość stawiając over/under na 27.5. Wybieram w tym wypadku grube over 35-47.

piątek, 28 września 2018

Zapowiedź sezonu 2018/19 - Charlotte Hornets

Drogi Mateuszu,

Charlotte Hornets żyją w przekonaniu, że w ich sytuacji (mały klub, niepewna ilość kibiców w hali), koniecznie należy co sezon przynajmniej próbować awansować do play-off, nie wychylając się ani w kierunku absolutnej tragiczności, ani nie wspinając się na szczyty konferencji. Historia i ostatnie sezony nie stoją po ich stronie, gdyż praktycznie niemożliwym jest konkurencyjnie walczyć w NBA, nie posiadając w szeregach przynajmniej jednej megagwiazdy, a tę ciężko zdobyć jeśli nie ma się wysokich wyborów w drafcie, wolnych środków w cap space, i nie robi się mądrych transferów.

W tym momencie szanse Hornets w walce o niską pozycję w play-off opierają się na zdrowiu, i tym jak dobrze będzie grał Kemba Walker.

Co dalej z Kembą?

Pierwszy rzut oka na budżet Hornets powoduje załamanie rąk, szczególnie widząc jak budżet upupiony na dwa następne sezony. Jako głównego winnego uznajemy całą organizację, ponieważ to oni zdecydowali w 2016, że najmądrzejszym wydatkiem zostanie 5-letni, 120 milionowy kontrakt dla Nicolasa Batuma, francuskiego skrzydłowego, którego na pewno obdarzono talentem przy urodzeniu, ale w skali ligi plasuje się w okolicach lekko powyżej średniej. Charlotte zapłaci mu minimum 50 milionów przez dwa lata, a za trzy Batum stanie z długopisem przed biurem dyrektora sportowego zgadzając się na swoją zawodniczą opcję na kolejny rok wynoszącą 27 milionów dolarów.

Płace Hornets uwzględniają też takie tuzy jak Bismack Biyombo (niewyróżniający się, defensywny center, który nie umie łapać piłki - 34 miliony/2 lata), Marvin Williams (starzejący się snajper za 3, z szeregiem umiejętności na dostateczny plus - 30 milionów/2 lata), czy Cody Zeller (solidny podkoszowy, z kruchym zdrowiem - 42 miliony/3 lata). Wszyscy oni zarabiają znacznie więcej niż Kemba, który właśnie wchodzi w ostatni rok swojego kontraktu. Cała franczyza stoi teraz przed znaczącą decyzją - czy płacić ogromne pieniądze lojalnemu zawodnikowi, który wszem i wobec opowiada o swojej lojalności do Charlotte, ale w swojej 7-letniej karierze zaciągnął Hornets do play-off tylko dwa razy? Czy może dać mu z godnością odejść np. do Nets, czy Knicks dając szansę na występy na większej scenie niż Karolina Północna.
Bez względu na to jak dobrze pójdzie ten sezon, kontraktowe negocjacje przyprawią oficjeli o ból głowy, jako że nowa umowa dla Walkera może oznaczać poważne płatności w podatkach od luksusu. Drużyny na szczycie ligi nie mają problemu z tym, aby taki podatek zapłacić, ale niepisana zasada wśród właścicieli zespołów mówi, że głębiej sięga się do kieszeni po drużynę kandydującą do mistrzostwa.

Hornets nie stoją nawet w połowie drogi. Moim zdaniem właściciel drużyny, czyli Michael Jordan, który był bezwzględny na boisku, ale w działaniach biznesowych okazuje się starym sentymentalistą przepłaci za Walkera, trzymając Charlotte w ligowej szarówce przez kilka następnych lat, a my stracimy okazję zobaczyć umiejętności dryblingu, sprytnych manewrów, i kluczowych rzutów Walkera w naprawdę ważnych konfrontacjach.

Gdzie leży nadzieja?

W dwóch poprzednich sezonach Charlotte wygrało tylko po 36 spotkań, co nie starczyło na wejście do play-off, ale pozwoliło wybierać w drafcie na nienajgorszej pozycji. Malik Monk (wchodzący w drugi sezon) i tegoroczny rookie Miles Bridges przystępowali do draftu z opinią utalentowanych zawodników, nieźle pasujących do współczesnego NBA.
Monk potrafi kreować rzut dla samego siebie, nie waha się odpalać bomb za trzy, a jego zdolności atletyczne, teoretycznie dają nadzieję na rozwój w kompetentnego obrońcę. W zeszłym roku jego największą przeszkodą okazał się konserwatywnie nastawiony trener Steve Clifford, który karał Monka ławką za nieuwagę w defensywie i błędne decyzje w ataku. Z Cliffordem pożegnano się po sezonie, i zastąpiono go Jamesem Borrego, do którego zadań należy między innymi wyciągnięcie z Monka czegoś więcej. Aby ten wybór w drafcie nie okazał się nieudany, w drugim sezonie oczekuję, że Malik przynajmniej podwoi minuty i punkty na boisku (w 2017/18 odpowiednio: 13.5 i 6.5).

Miles Bridges to hybryda zawodnika podkoszowego i obwodowego, pozwalająca myśleć o nim jako o obrońcy niskich skrzydłowych i silnych skrzydłowych. Bridges to doświadczony zawodnik uniwersytecki z dobrą etyką pracy i atutami siłowymi. Nikt nie będzie oczekiwał od niego, że eksploduje w NBA, ale każdy plusik przy jego nazwisku, to szansa, że kolejne sezony Hornets nie będą zmarnowane.

Co roku kibice w Charlotte wierzą, że Michael Kidd-Gilchrist przystąpi do nowego sezonu z odczarowanym rzutem z dystansu. Do tej pory czekało ich 5 lat rozczarowań.

Przy tak słabej dolnej części konferencji Charlotte do końca sezonu może liczyć się w walce o pozycje od 6 do 8, ale sukcesów w play-off nie wróżę. Serial z Kembą będzie znacznie ciekawszy.

Przewidywania

Las Vegas daje over/under na 35.5, co wydaje się bardzo rozsądne. Wybieram niewielkie over - 38-44

piątek, 21 września 2018

Zapowiedź sezonu 2018/19 - Brooklyn Nets

Drogi Mateuszu,

Wyobraź sobie następującą sytuację. Do klubu przychodzi zamożny właściciel (i słowo "zamożny" to gruby eufemizm), który postanawia, że pieniądze zapewnią natychmiastowy sukces. Ludzie w zarządzie rzeczonego klubu, którzy w przeciwieństwie do właściciela znają się na piłce dostają prikaz, aby nie szczędzić środków i szybkich rozwiązań pozwalających na teleportację w górną strefę sportu. Posłuszni pracownicy wykonują polecenia, wykupując zawodników, którzy w przeszłości osiągali sukcesy, i pasują do planu marketingowo, troszkę zapominając w jakim są wieku, czy do siebie pasują i co oznacza to dla przyszłości. O jakim klubie napisałem?

Manchester City.

Z tytułu posta wiedziałeś wcześniej, że chodzi mi o Brooklyn Nets.

Kiedy Mikhail Prokhorov wkroczył do amerykańskiego sportu, chciał koniecznie przenieść transferowe wzorce z europejskiej piłki, ściągając w jednym okienku Kevina Garnetta, Paula Pierc'ea, Derona Williamsa i Joe Johnsona, licząc na to, że zbiór znanych nazwisk magicznie sprowadzi mistrzostwo do nowej hali na Brooklynie. Ponieważ każdy z wymienionych dżentelmenów miał swoje najlepsze lato dawno za sobą, całość skończyła się katastrofą. Nie wiem, czy pamiętasz, ale gdy Manchester City trzymał siedmiu dobrych napastników w tym samym składzie, to efekty okazały się podobne. W przeciwieństwie do City, Nets srogo za to zapłacili, a z ich wyborów w drafcie do zeszłego roku korzystali Boston Celtics (i wcale nie wyszły z tego ogórki). Manchester City po początkowym szoku usystematyzował politykę transferową, i wydał dodatkowe miliony, osiągając wymarzony tron ligi angielskiej. W NBA za poważne błędy płaci się latami, i nawet najgłębsze kieszenie w tym nie pomagają.

Po początkowej tragedii Prokhorov i spółka postanowili zejść na właściwą drogę. Zatrudniono Seana Marksa (jako prezydent do spraw koszykówki) i Kenny'ego Atkinsona (jako trener) z założeniem, że przyjmą wizję długofalową. Od 2016 wykonali mnóstwo pracy, czyszcząc budżet, pozbywając się niechcianych kontraktów, i próbując uzupełnić skład jakimkolwiek przypływem talentu, czy dodatkowym wyborem w drafcie. I wreszcie, po trzech latach, słońce delikatnie przedarło się przez zielone korony drzew, z logiem Bostonu na liściach.

Nets w tym sezonie mogą, i chcą, być na tyle patologiczni, aby mieć szansę na potencjalną gwiazdę w przyszłorocznym drafcie. Jednocześnie, będą próbowali wygrywać mecze, pokazując, że obrany styl gry, oraz sprowadzani zawodnicy budują kulturę, która przyniesie wyniki w przyszłości, a także zachęci wolnych agentów do wysłuchania oferty z Brooklynu. Oba cele na pozór kłócą się ze sobą, ale zmienione zasady loterii draftowej (spłaszczenie procentowej szansy na zdobycie pierwszego wyboru) sprzyjają polityce Nets. Nawet jeśli zespół odrzutków i wyrobników okaże się lepszy niż kilka najtragiczniejszych drużyn w lidze, to i tak garnitury przybiją piątki, bo ciągle zachowają szansę na elitarny talent.

Rozpisuję się na temat przeszłości, bo ciężko powiedzieć interesujące rzeczy na temat przyszłego sezonu. Mimo wszystko, spróbujmy.

Na co zwrócić uwagę w tym sezonie?

1. Kenny Atkinson to jeden z najlepszych niewidzialnych trenerów w lidze, stosujący nowoczesną taktykę, opierającą się na rzucaniu trójek, i powstrzymywaniu ich w obronie, jednocześnie oczekując od swoich zawodników wymienności pozycji, i uzupełniania swoich umiejętności. Należy mu się szacunek za to, że w czasach beznadziei zachęcił zawodników do dawania z siebie 100%, nawet jeśli sezon kończył się przegranymi sześćdziesięcioma spotkaniami. Podobnie jak Brett Brown w 76ers, jeśli tylko dostanie odpowiednio utalentowanych wykonawców, jego system natychmiast dostanie iskrę. Niestety, w przeciwieństwie do Browna, nie ma do dyspozycji nawet w połowie takich talentów jak chociażby Joel Embiid, czy Ben Simmons.

2. Czy Brooklyn potraktuje poważnie wyścig o pierwszy wybór w drafcie, czy zmobilizuje się tak mocno, że przeskoczy największych patusów wschodniej konferencji realnie walcząc o play-off. Na wschodzie może wystarczyć 37 zwycięstw, co wcale nie wygląda na nieosiągalne.

3. D'Angelo Russell został wybrany z drugim numerem w drafcie przez Los Angeles Lakers w 2015. Od tamtego czasu zdążył nagrać kolegę z zespołu, który obwieszczał, że zdradzał swoją narzeczoną (Nick Young i Iggy Azalea, sprawdź), kontuzjować kolano, i zostać bezceremonialnie wytransferowany do zespołu z najczarniejszą przyszłością. Jaki jest pozytyw dla Russella? Ciągle uznaje się go, za jednego z niewielu zawodników Nets, którzy chowają w sobie elitarny potencjał. D'Angelo to duży, szybki chłopak na pozycji rozgrywającego, który widzi mnóstwo zagrań za przestrzeni całego boiska, a do tego nie boi się oddawać trudnych rzutów. Jeśli kiedykolwiek złoży to w coś, co przypomina profesjonalnego zawodnika, zamiast walczyć z kontuzjami i własnym charakterem, to Nets trafili w dziesiątkę. Jeśli nie, to Russell wraz z kolegą z draftu, Jahlilem Okaforem, będą ścigać się o to, który pierwszy wypadnie z ligi.

4. Jarrett Allen potrafi wysoko i szybko skakać, a jednocześnie okazał się sensowniejszym obrońcą  na pozycji centra niż pokazywały przeddraftowe przewidywania. Raczej nigdy nie osiągnie takiego statusu jak największe gwiazdy ligi, ale i tak przyjemnie w Brooklynie jest wiedzieć, że można trafić na konkretnego zawodnika z dalszym numerem w drafcie (w tym wypadku 22). Czekamy na 12pkt / 8zb / 1.5 blk.

5. Jaką cierpliwością wykażą się właściciele Nets do żmudnego planu Seana Marksa (powinni dać mu lata, ale to jest sport).

6. W jakich transferach Nets będą pośredniczyć? Mają miejsce w cap space na wspomaganie trudnych transferów między trzema drużynami, a za swój trud chętnie przygarną dodatkowe dobra, które przysłużą dalszej odbudowie.

Przewidywania

Już w zeszłym sezonie, naznaczonym nagminnym przegrywaniem dookoła ligi, Nets wystawali ponad beznadzieję. Wydaje mi się, że w tym roku będzie podobnie, i Brooklyn nie skończy na samym dnie konferencji, a jeśli jakiś talent wystrzeli ponad oczekiwania, to powąchają play-off.

Vegas przewiduje over/under 32.5 

Mój typek: mocno niepewne under 31-51

czwartek, 20 września 2018

Zapowiedź sezonu 2018/19 - Boston Celtics

Drogi Mateuszu,

W przeciwieństwie do poprzedniej drużyny, czyli Atlanta Hawks, tym razem spojrzymy na zespół z poważnymi ambicjami. Boston Celtics już w poprzednim sezonie przeszli najśmielsze oczekiwania, zajmując drugie miejsce w konferencji po sezonie zasadniczymi, i docierając do finału konferencji, gdzie pewnie przeszliby dalej, gdyby nie żelazna wola LeBrona Jamesa. A wszystko to bez dwóch teoretycznie najważniejszych koszykarzy - Kyrie Irvinga i Gordona Hawyarda. Były Cavalier przez cały sezon dbał o to, aby jego kolano utrzymywało właściwą formę, ale podczas jednej z rutynowych (dla niego) operacji, do nogi wdała się infekcja i zamknęła mu sezon dwa miesiące przed play-off.

Z Haywardem było "nieco" gorzej. Podczas pierwszej kwarty meczu otwarcia przeciwko Cleveland, Gordon pofrunął do kosza po alley-oopa po podaniu Irvinga. Akcja marzeń dla fanów Bostonu, prawda? Dwa nowe nabytki łączą swoje moce, i w tych krótkich trzech sekundach malują kolorową przyszłość przed kibicami Celtics. Brutalny powrót do rzeczywistości gwarantuje niezręczny upadek Haywarda, na lewą stopę, który rozrywa mu kostkę i łamie nogę. 5 minut po rozpoczęciu sezonu nowy zawodnik Bostonu dowiaduje się, że cały sezon spędzi w szpitalach i na rehabilitacji. Nie będę linkował kontuzji, ale można znaleźć go łatwo znaleźć na YouTube.

W miejsce gwiazd o ustalonej renomie wkroczyła młodzież. Jaylen Brown, kwestionowany jako trzeci wybór w drafcie 2016, w play-offach rzucał po 18 punktów na mecz, często w krytycznych momentach, a dodatkowo przyjmował na siebie trudne zadania defensywne. Możliwe, że młodszy od niego Jayson Tatum zbudował sobie jeszcze lepszą przyszłość, podchodząc do zdobywania punktów jak stary wyga, a nie rookie. W sezonie 2018/19 w miejsce "uzupełnienia" do składu wracają zawodnicy doświadczeni, a młodzież da krok do przodu. Pytanie więc:

Jak rozdzielić kłopot bogactwa na ograniczoną ilość minut?

Na kierownicy na pewno zacznie Kyrie Irving, zmieniając się z Terrym Rozierem, który odważnym występem w play-off (zwłaszcza przeciwko Milwaukee) zaskarbił sobie fanów w całej lidze, potencjalnie zwiększając wartość swojego następnego kontraktu (w tym sezonie ledwie 3 bańki, za rok ograniczony wolny agent). Znając zdrowie Irvinga, można spodziewać się, że i teraz Rozier otrzyma swoje szanse. Do tego mamy Marcusa Smarta, który może grać na pozycji 1 i 2, Jaylena Browna, pozycje 2, 3, 4, Tatuma, pozycje 3, 4 i Gordona Haywarda - 3 i 4. Nie można gwiazd bezceremonialnie posadzić na ławkę, ale nie można też ograniczać czasu grania tak utalentowanym młodzikom. Boston ma na czym opierać swoją nadzieję, ponieważ ich trenerem od 5 lat jest Brad Stevens, który pomimo młodego wieku jawi się niczym gwiazda mocno świecąca na firmamencie często wyblakłego trenerskiego nieboskłonu. Jego styl mądrego żonglowania zawodnikami, dostosowując taktykę do konkretnych przeciwników sprawdzał się w poprzednich sezonach, a w tym może doprowadzić ich na szczyt konferencji, a może nawet do finałów.

Siłę Bostonu stanowi także pewna defensywa zarządzana przez Ala Horforda, która w zeszłym sezonie przodowała lidze. Podstawą tego faktu jest to, że Celtics nie pozwalają przeciwnikom trafiać trójek (33.9% przeciwko nim, przy ligowej średniej około 36%), ani oddawać ich specjalnie dużo (9. miejsce). Zresztą w prawie każdej zespołowej statystyce defensywnej Boston plasuje się wysoko, mając wręcz idealną ekipę do współczesnego stylu gry, opartego na tym, że każdy zawodnik może bronić przynajmniej 3 inne osoby z przeciwnej ekipy. Brown, Smart, Horford, to znakomici obrońcy, Tatum na takiego wyrasta, a reszta Celtics jest tak dobrze wytrenowana, że wie jak uprzykrzać życie nawet najlepszym ofensywom. W tym roku, jeśli zdrowie dopisze, może być tylko lepiej.

Przewidywania

Celtics nie będą bezapelacyjnie najlepszym zespołem na wschodzie tylko w dwóch przypadkach:

1. Kawhi Leonard (Toronto Raptors) wraca do formy z roku 2016/17 i automatycznie staje się najlepszym zawodnikiem w konferencji
2. Czwórka Simmons, Embiid, Fultz i Saric z 76ers zalicza gigantyczny skok do przodu prześcigając talentem drużynowe zgranie Bostonu

Te scenariusze nie są niemożliwe, ale najbardziej prawdopodobna zdaje mi się przyszłość, w której to Boston szusuje do pierwszej pozycji.

Las Vegas daje over/under na 57.5

Mój typek: over, spokojne 60-22

środa, 19 września 2018

Zapowiedź sezonu 2018/19 - Atlanta Hawks

Drogi Mateuszu,

Sezon 2018/29 zbliża się wielkimi krokami. Podobnie jak w zeszłym roku, początku sezonu doświadczymy dwa tygodnie wcześniej niż zwykle, 16 października. Zespoły w tym momencie zbierają się do przeprowadzenia obozów, gracze wracają napakowani mięśniami/ ze straconymi kilogramami/nieskończonym repertuarem nowych, niepowstrzymywalnych zagrań, i tym niedościgłym dla niektórych rzutem z dystansu, ćwiczonym na Instagramowych filmikach. Zanim zacznie się właściwa zabawa, to przed nami jeszcze 6 meczów przedsezonowych, które, w zależności od wyników, będą absolutnie ignorowane, albo wyciągnięte zostaną z nich absurdalne wnioski. Składy drużyn w większości są gotowe, drobne ruchy mogą pojawić się na marginesach poszczególnych składów. Pierwsze rozmowy o poważnych transferach usłyszymy dopiero, kiedy komuś kompletnie nie wypali początek sezonu, i tęskno spojrzy na utalentowanych koszykarzy w drafcie, następnie dekonstruując swoją ekipę tak, aby nie wygrywała za dużo. Spodziewaj się wzmożonego ruchu od grudnia do lutego. We wrześniu prawie każdy jest zadowolony z tego, co ma.

Moje spojrzenie na nowy sezon zacznę od Atlanta Hawks, wykorzystując skomplikowany algorytm sortujący zespoły według tego, jak nisko w kolejności liter znajduje się pierwsza litera miasta, z którego pochodzi drużyna. Postaram się zarysować prawdopodobny scenariusz sezonu, głównych aktorów, a także podam mój oczekiwany typek, bazujący na tym, co przed sezonem myśli Las Vegas. Jeśli masz ochotę dołączyć do zabawy, napisz typ w komentarzu każdej drużyny i spróbujemy podliczyć sobie wyniki na koniec sezonu.

Wszystko zależy od Trae

Atlanta po słabym sezonie trafiła na trzeci wybór w drafcie. Trochę niespodziewanie cały czas znajdował się tam słoweński fenomen z Realu Madryt, czyli Luka Doncic. Spekulacje zakulisowe już przed draftem sugerowały, że Hawks bardziej interesują się supernową uniwersyteckiego sezonu koszykarskiego, czyli Trae Youngiem. Travis Schlenk, dyrektor sportowy Hawks, stanął przed trudną decyzją - zabrać swojego wymarzonego zawodnika trochę za wysoko, czy wyczarować kontrowersyjną draftową transakcję transferową? Na jego szczęście, chętnym partnerem do biznesu okazali się Dallas Mavericks (wybierający z nr. 5), którzy nie spodziewali się tego, że Doncic okaże się całkiem realistycznym celem tak daleko. Schlenk ponegocjował, zamienił się miejscami z Dallas, a za swój trud otrzymał także dodatkowy wybór w przyszłorocznym drafcie (Dallas zachowuje kolejność, jeśli będą jednym z najgorszych zespołów w lidze). Mavericks dostali swojego gościa, a Schlenk nie został oskarżony o sięganie po Younga za wysoko.

Na całej tej transakcji może się jednak przejechać, zwłaszcza jeśli Doncic okaże się jednym z najlepszych pierwszoroczniaków w ostatnich latach, a Trae Young zacznie zawodzić od samego początku... co jest prawdopodobne. Kiedy Trae grał dla uniwersytetu Oklahomy, to eksplodował w szokujący sposób, rzucając więcej trójek na mecz niż Steph Curry za czasów uniwersyteckich, i asystując jak Steve Nash. Nie było takiej odległości, z której Young nie wahałby się podejmować próby rzutu. W drugiej połowie sezonu przygasł, częściowo przez słabą jakość partnerów z drużyny, ale echo jego wczesnych wyczynów nadal pobrzmiewało w NBA. Niektóre z jego umiejętności są niezaprzeczalne - Young widzi wszystko na boisku, i chętnie podaje, a do tego podchodzi do kolejnych rzutów bez cienia strachu i wątpliwości. Wydaje się, że głowę ma przygotowaną do tego, aby przyjąć na siebie ważną rolę w Hawks, ale jego wady - niski wzrost, krótkie ramiona, średnia szybkość, i chaotyczna celność powodują, że stoi przed dwiema karierowymi bramkami - Hit, albo Kit. Dla powodzenia projektu Travisa Schlenka, koniecznie musi wybrać bramkę numer jeden, albo Atlanta będzie sobie pluć w brodę przez długie lata.

Na całe szczęście nikt niczego nie oczekuje od tegorocznego zespołu Hawks. Dwóch najbardziej doświadczonych zawodników, Kent Bazemore i Jeremy Lin, to potencjalne kąski transferowe, w zamian za dodatkowych młodych zawodników, czy wybory w drafcie. W tak młodej drużynie jak Hawks szkoda zwłaszcza Bazemore'a , który pełni wymaganą rolę w NBA, trafiając otwarte trójki i broniąc niskich skrzydłowych w zadowalający sposób. Początek sezonu zagra w Atlancie, budując swoją wartość transferową, ale uważaj na moment, kiedy tylko któryś z faworytów poczuje chęć wzmocnienia składu. Poza nimi zespół to młodzicy. John Collins to atletyczny center, który powinien celować w średnie 13 punktów/ 8 zbiórek, Taurean Prince co sezon rozwija jakiś element gry, a reszta składu to rookie, albo zawodnicy, którzy mają coś do udowodnienia (oprócz Vince'a Cartera, który ewidentnie tu nie pasuje, i albo odejdzie na emeryturę, albo przyczepi się do kandydatów do tytułu).

Atlanta będzie dążyć też do grania w nowoczesnym stylu - szybkie tempo (zeszły sezon 8. miejsce w lidze), i dużo trójek (7. miejsce), osiągając dwa cele jednocześnie - możliwości dla młodych graczy na wykazanie się, i niedemoralizujące, honorowe porażki, zapewniające szansę na dodanie kolejnych talentów w przyszłym roku. Jeśli już w pierwszym sezonie pomylili się co do Trae, to ten proces stanie się o wiele trudniejszy, a duch Doncica będzie krzyczał po słoweńsku z Dallas.

Sytuacja pieniężna ma się znakomicie w Atlancie. W księgach rachunkowych nie widnieją żadne beznadziejne kontrakty, a te, które są za wysokie, kończą się za rok. Jeśli jakikolwiek gwiazdor zdecyduje się w przyszłym roku na przyjście do Hawks, to spokojnie są w stanie zapłacić maksymalne kwoty. Zatrudniając nowego trenera (Lloyd Pierce, były asystent z Philadelphii), Atlanta widzi przyszłość długofalowo. W NBA nic nie jest zagwarantowane, ale cierpliwość i brak nagłych ruchów, zazwyczaj budują optymizm. Celem na ten sezon jest rozwój młodych zawodników, i wybór w pierwszej trójce draftu.

Przewidywania

W zeszłym roku Atlanta wygrała 24 mecze, i przegrała 58 (trzecie miejsce od końca w lidze). Zaawansowane statystyki mówią, że zagrali prawie dokładnie na skalę swojego talentu. Las Vegas stawia zakład over/under (czyli obstawiamy na mniej, albo więcej niż Vegas sugeruje) na 23.5 zwycięstwach, i ja wobec tego wybieram pewne UNDER.

Wiem, że Wschód to słaba konferencja, zwłaszcza na dole, ale to Atlanta ma największy bodziec, aby być na samym dnie (obok Brooklyn Nets).

TYPEK MICHAŁA: 20-62, ostatnie miejsce w konferencji. 

środa, 18 lipca 2018

Dysproporcja między Wschodem, a Zachodem

Drogi Mateuszu,

Wraz z przejściem LeBrona Jamesa do Los Angeles Lakers, zachodnia konferencja stała się jeszcze bardziej mordercza. Wschód wygrywa mistrzostwa od czasu do czasu, ale w sezonie zasadniczym to Zachód jest starszym bratem, który bierze rękę młodszego, bije go nią po twarzy i mówi "przestań się bić". Przynajmniej jeśli wierzyć Justinowi Kubatko:

Do rozpoczęcia sezonu zostały nam 4 miesiące, czy można założyć, że sytuacja się powtórzy? Tak, można. Przeanalizujmy zespoły grające na Zachodzie w kontekście zespołów ze Wschodu, bazując na pozycjach z sezonu zasadniczego, ale ignorując Houston na rzecz Golden State.

Golden State Warriors 

Mistrzowie NBA, którzy zamiast osłabić się, dodali hiperutalentowany, superryzykowny projekt, gwarantujący, że nie będą nudzić się w sezonie zasadniczym. W składzie ciągle znajduje się Kevina Durant (potencjalnie najlepszy zawodnik w lidze?), Stephen Curry (potencjalnie top 5 w lidze), Klay Thompson (potencjalnie top 20 w lidze), Draymonda Greena (potencjalnie top 30 w lidze). Będzie ok.

Przewidywania dotyczące sezonu zasadniczego:

Awansują do play-off z 1. lub 2. miejsca (w zależności od powagi potraktowania sezonu zasadniczego).

Jak wypadają w porównaniu ze Wschodem?

Lepsi od każdego zespołu.

Houston Rockets

Zmietli sezon zasadniczy, w finale konferencji prowadzili 3:2, ale ich genialny, 33-letni rozgrywający w końcu rozsypał się na ostatnie dwa mecze, bo grał zbyt wiele minut. Szokujące.
Houston nie podchodzi do swoich karnych płatności kontraktowych tak filuternie jak Golden State, w związku z tym tracąc dwa ważne składniki zeszłorocznego sukcesu - Trevor Ariza, któremu palił się długopis, kiedy podpisywał kontrakt z Phoenix Suns opiewający na $15 milionów, oraz Luc Richard Mbah a Moute (przyjaciele mówią mu "Luke"), któremu rozsądną umowę opiewającą na $4 miliony zaproponowali Los Angeles Clippers.
Daryl Morey (zachęcam do przeczytania posta o jego kandydaturze na Executive of the Year) twierdzi, że podpisanie maksymalnego kontraktu przez Chrisa Paula (wcześniej wspomniany rozgrywający) oznacza wygranie posezonowego starcia tytanów, ale przy starciu z Golden State margines błędu nie istnieje. Nikłe są szanse na to, by następne ruchy były strzałem w dziesiątkę, bo nie mogą już chociażby zakontraktować DeMarcusa Cousinsa.

Przewidywania

Awansują do play-off z 1. lub 2. miejsca (w zależności od tego jak poważnie Golden State potraktuje sezon zasadniczy)

Jak wypadają w porównaniu ze Wschodem?

Lepsi od każdego zespołu (chyba, że Boston rozegra najlepszy możliwy scenariusz)

Portland Trail Blazers

To nie jest tak, że Trail Blazers zdecydowanie podbili konferencję, i zasłużyli na trzecie miejsce w sezonie zasadniczym. Po prostu, jak wszystkie pozostałe play-offowe zespoły, stali na równym, porządnym poziomie, i wysmyknęli jedno zwycięstwo więcej niż reszta. Ile to dało pokazała pierwsza runda play-off, kiedy startujący z 6 miejsca New Orleans Pelicans pyknęli ich w czterech spotkaniach.
Siła Portland opiera się na wybitnych ofensywnie graczach obwodowych - Damianie Lillardzie i C.J. McCollumie. Obaj potrafią bez wysiłku rzucić po 30 punktów w meczu, wchodząc pod kosz, rzucając za trzy, i dając się faulować. Ich największym problemem to obrona, powstrzymująca Portland przed wyższym poziomem. Lillard i McCollum starają się jak mogą, ale mają za mało wzrostu, masy, i umiejętności, aby powstrzymywać ataki swoich przeciwników. Szacunek dla trenera Terry'ego Stottsa, że wykorzystując pozostałych zawodników, potrafił zamaskować braki swoich gwiazd, konstruując przyzwoitą defensywę drużynową. Jeśli jednak kolesie, którzy muszą spędzić najwięcej czasu na boisku niweczą najlepiej zaplanowane schematy, to zespół sam sobie stawia limit.
Kluczową postacią dla Trail Blazers, dzięki której Stotts może w ogóle pomyśleć o sprawnej defensywie, jest Jusuf Nurkic, bośniacki center, który przyszedł do Portland z Denver i załatał dziury w obronie. Wszystko byłoby świetnie, gdyby nie to, że Nurkic to malkontent. Potrafi się obrazić, albo przestać się starać, przez co nie można na nim polegać w 100%. Gdyby Nurkic A dojeżdżał na każde spotkanie, byłby jednym z najlepiej opłacanych centrów ligi. Ponieważ istnieje też Nurkic B, Portland twardo wynegocjowało przyzwoity kontrakt, a zarazem wraca do mocniejszej konferencji z takim samym składem, który wyleciał z hukiem z play-off.

Przewidywania

Sądzę, że doświadczenie przeważy i Trail Blazers wejdą do play-off, ale nie wyżej niż z 6 miejsca.

Jak wypadają w porównaniu ze Wschodem?

Lepsi od każdego zespołu, poza Bostonem, Philadelphią i Toronto.

Oklahoma City Thunder

Holy fucking hell, co za rozczarowujący rok. Sam Presti (dyrektor sportowy) niespodziewanie wywinął transfer nie tylko ściągając do Oklahomy Paula Georga (który nie jest Kevinem Durantem, ale posiada pewne cechy, które godnie go zastępują), ale też Carmelo Anthony'ego! I wcale nie oddał za to 60% składu! Na papierze Thunder dysponowali murowanym kandydatem do solidnego starcia z tuzami na Zachodzie, ale jak wiemy papier przyjmie wszystko, a każdą teorię weryfikuje się eksperymentalnie.
Oklahoma City to zespół, który należy do Russella Westbrooka. Z tego powodu odszedł Durant, i dlatego Westbrook mógł wykręcać statystyki nie widziane w lidze od 50 lat. Kiedy został sam, Thunder zagrali przeciętny sezon, co wymusiło na Prestim gwiazdorskie transfery. Nie zmieniły one fundamentu, na którym zbudowano Thunder. Wszystko, czy dobre, czy złe, funkcjonuje w zespole wokół Westbrooka. Okazało się, że Paulowi Georgowi rola wspomagacza pasuje znakomicie, ale w kluczowych momentach sezonu okazał się zbyt pasywny w ofensywie. Mimo wszystko, podobało mu się na tyle, że podpisał nowy kontrakt, i zagra dla Thunder przez następne kilka sezonów (co zaszokowało wszystkich, bo George pochodzi z Los Angeles, i tam w końcu miał trafić).
Carmelo Anthony, ze względu na niemożność zaakceptowania starzenia się, oraz nowej, ograniczonej roli w zespole, okazał się gigantyczną pomyłką. Brak defensywy, słabe zaangażowanie, oraz rzadka przydatność w play-off spowodowały, że Thunder szukają drogi na rozstanie się z nim, aby nie zatruwał atmosfery w szatni. Pod wodzą trenera Donovana, i bez Carmelo w składzie, OKC to jedna z najskuteczniejszych defensywnie ekip w lidze. Po dodatkowym roku zgrania wróżę im lepszą przyszłość w sezonie 2018/19.

Przewidywania

OKC ponownie awansuje do play-off, z pozycji 3-5, sprawiając lepsze wrażenie estetyczne niż w zeszłym roku.

Jak wypadają w porównaniu ze Wschodem?

Lepsi od każdego zespołu, poza Bostonem. Nie jestem pewien co do Philadelphii.

Utah Jazz

Modny typ na jedną z najlepszych drużyn w konferencji (Non Golden State Edition). Jazz znakomicie grają w obronie, gdzie najważniejsze ogniwo stanowi Rudy Gobert, jeden z najlepszych defensywnych zawodników w lidze, a atak napędza Donovan Mitchell, który absolutnie eksplodował jako pierwszoroczniak (wybrany dopiero z 13 numerem w drafcie). Utah to klasyczny przykład zespołu, w którym wszystko stoi na wysokim poziomie. Trener wymaga od siebie i zawodników, zarząd nie wykonuje durnych ruchów, a koszykarze, którzy trafiają do Salt Lake City muszą pasować do składu charakterologicznie. Kibicowanie Utah, to kibicowanie stabilności i rozsądkowi, ale nie wiem czy stać ich na następny krok (a na pewno nie w epoce Golden State).

Przewidywania

Spokojne wejście do play-off, w zależności od rozkładu sił, są w stanie wyprzedzić Houston i skończyć sezon zasadniczy na drugim miejscu. Bardziej realne miejsca 3 i 4.

Jak wypadają w porównaniu ze Wschodem?

Lepsi od każdego zespołu (chyba, że Boston osiągnie 75% tego co potencjalnie może).

New Orleans Pelicans

Poprzednie trzy zespoły nie dokonały drastycznych zmiany w składzie (nie zaliczam do takowych pozbycia się trupa Carmelo), natomiast Pelicans podjęli poważną decyzję. Można sprzeczać się, czy pobudki do niej były właściwe, ale to nie tak, że nie da się usprawiedliwić braku zakontraktowania DeMarcusa Cousinsa. Gdyby ten nie zerwał ścięgna Achillesa w styczniu, nie byłoby tej dyskusji. Po jego zejściu, Pelicans musieli odnaleźć nową osobowość na boisku, i wyszli na tym znakomicie. Nikola Mirotic, po przyjściu z Bulls, okazał się idealnym partnerem dla grającego na centrze Anthony'ego Davisa (Mirotic dobrze rzuca z dystansu, Davis lepiej czuje się pod koszem). Pelicans grzali konkretnie już do końca sezonu, odpadając z honorem przeciwko Golden State, budując w sobie przekonanie, że może Cousins za bardzo dużo pieniędzy im wcale niepotrzebny. Oczywiście, dla ligi niedobrze się stało, że zgarnęli go Warriors, ale Pelicans zastąpili go taniej, młodziej i z podobną produkcją w postaci Juliusa Randle. Bez ciężaru Cousinsa Pelicans przystępują do sezonu wierząc w zdrowie i utrzymanie poziomu.

Przewidywania

Pelicans grają w play-off, z 6. pozycji.

Jak wypadają w porównaniu ze Wschodem?

Lepsi od każdego zespołu poza Bostonem, Philadelphią i Toronto. Na podobnym poziomie co Indiana Pacers.

San Antonio Spurs

Spurs stoją przed rozdrożem, z drogowskazem wskazującym ścieżkę "Kawhi" i "Bez Kawhi". W ten sposób trzeba też traktować ich szanse w przyszłym sezonie. Jeśli Kawhi wróci do składu zadowolony, zdrowy i z chęcią grania dla San Antonio, Spurs zawsze mają realne szanse walczyć o tytuł. Jeśli nie wróci? To może być najgorszy sezon w Teksasie od 21 lat, czyli prawdopodobnie wygrają 40 spotkań do samego końca walcząc o wejście do play-off. Nie ma w tym składzie prawdziwych supergwiazd, a LaMarcus Aldridge się starzeje. System sam w tym momencie tworzy wygrane z niczego, ale może najlepszą decyzją dla Spurs byłoby katastrofalnie przegrać ten sezon, i wybierać w następnym drafcie z wysokiej pozycji? Pewna epoka dobiega końca, ponieważ Tony Parker przyjął ofertę kontraktową z Charlotte, zmieniając miejsce zamieszkania po 17 latach, a Manu Ginobili ma 41 lat, i może chciałby w końcu przejść na emeryturę. Pożegnanie się Kawhim zakończyłoby ten okres na dobre. Pytanie brzmi, czy Spurs jeszcze umieją rozegrać sezon aż tak cynicznie.

Przewidywania

Spurs po raz pierwszy od dwóch dekad nie wchodzą do play-off. Rozpoczyna się era przebudowy.

Jak wypadają w porównaniu ze Wschodem?

Z Kawhim w składzie lepsi niż wszyscy (oprócz Bostonu rozgrywającym najlepszy scenariusz). Bez Kawhi słabsi od Toronto i Philadelphii, może równo z Indianą, reszta konferencji to absolutna szmira.

Minnesota Timberwolves

W ostatnim meczu sezonu zasadniczego wygrali bezpośrednie spotkanie z Denver Nuggets o wejście do play-off, zapewniając sobie krótkofalowy sukces, ale istnieje spora szansa, że przegrali wojnę. Jimmy Butler, który trafił do Minneapolis w zeszłym sezonie, wyraził niechęć do swoich kolegów z drużyny, którzy nie są w stanie dorównać jego intensywności i pasji do zwycięstwa. Jego kontrakt dobiega końca w przyszłym roku, i Timberwolves muszą podjąć decyzję, czy warto trzymać się go za wszelką cenę, licząc, że za rok ponownie przywdzieje koszulkę Wolves, czy jednak szukać transferu i odzyskać przynajmniej trochę jego wartości. Najważniejszym zawodnikiem dla Minnesoty pozostaje Karl-Anthony Towns, o wiele młodszy, i o wiele bardziej utalentowany niż Jimmy Butler.
Wolves wybrali Townsa z pierwszym numerem w drafcie, pokładając w nim nie mniejsze nadzieje, niż kiedyś w Kevinie Garnecie. KAT sprostał oczekiwaniom ofensywnie, dysponując być może najwszechstronniejszym arsenałem do zdobywania punktów w całej lidze, ale ciągle nie może się odnaleźć po drugiej stronie boiska, co między innymi frustruje Butlera. Wartość centra dla zespołu leży przede wszystkim w tym, jak dobrze powstrzymuje przeciwników przed wchodzeniem pod kosz, a Towns często traci koncentrację. Punkty, które zdobywa, niwelowane są przez te, które traci. Nawet znany ze swojego defensywnego geniuszu trener Tom Thibodeau nie potrafi zatkać dziur, ani wydobyć skrywanego potencjału z trzeciego zawodnika "wielkiej trójki", czyli Andrew Wigginsa. Personalnie, Wiggins także mi nie podchodzi, ponieważ jest zawodnikiem jednowymiarowym (ofensywa), ale niewydajnym, i takim, który sprawia wrażenie, że część swoich umiejętności zostawia w domu, w szafie, pod kluczem. Raz na jakiś czas wyciąga zakurzony talent i oczarowuje widzów, ale zazwyczaj biernie wtapia się w tło, w słaby sposób uzasadniając swój wysoki kontrakt. Potencjalny kandydat do transferu?

Przewidywania

Timberwolves awansują do play-off tylko i wyłącznie jeśli Towns zagra znakomicie w defensywie, a Butler nie rozwali sobie kolana. Mam wrażenie, że te zespoły, które czają się za plecami strukturalnie wyglądają lepiej. Zapraszamy do draftowej loterii.

Jak wypadają w porównaniu ze Wschodem?

Lepsi od wszystkich poza Bostonem, Philadelphią, Toronto i Indianą. Do dyskusji Milwaukee Bucks i Washington Wizards.

Denver Nuggets

Denver przystępuje do tego sezonu z podstawą młodego składu, która zebrała doświadczenie, i przeżyła traumę w zeszłym roku. Celem na sezon 2018/19 będzie uniknięcie powtórki, ku czemu Denver wykonało kilka interesujących ruchów.
Center, a jednocześnie najlepszy podający, Nikola Jokic związał się z Nuggets na następne 5 lat, stanowiąc podstawę składu wraz z Garrym Harrisem i Jamalem Murrayem (dwaj rzucający obrońcy, z umiejętnościami rozgrywającego). Ofensywa w tej drużynie to potęga, Denver potrafi spokojnie rzucić 120 punktów w meczu, licząc na to, że przeciwnik nie utrzyma ich tempa. Jak mało kto w lidze potrafią wykorzystać też atut własnego boiska, które znajduje się na takiej wysokości, że niektórym po prostu brakuje tlenu (1600m n.p.m).
Najciekawszy manewr tego lata wydarzył się jednak w drafcie, gdy nękany kontuzjami Michael Porter jr. powoli zsuwał się po drabinie, aż w końcu wylądował na miejscu numer 14, gdzie czekali podekscytowani Nuggets. Porter jeszcze rok temu poważnie figurował w dyskusji jako wybór numer 1, ale stracony rok na uniwersytecie, głupawe wypowiedzi i niejasne dokumenty medyczne spowodowały, że rezygnowała z niego drużyna za drużyną. Do Nuggets trafił idealnie, bo zespół i tak jest dobry, więc nie ma presji na to, że musi uratować franczyzę przed piekłem. Wypowiedzi zarządu i trenera uspokoiły wszystkich dodatkowo, bowiem stwierdzili, że priorytetem dla nich jest zdrowie zawodnika, więc w razie potrzeby może przesiedzieć on cały rok na ławce, doprowadzając się do porządku (niekoniecznie oznacza to zmarnowaną karierę - zrobili tak Ben Simmons, Joel Embiid, czy Blake Griffin. Gorszym przykładem był Greg Oden, ale jego kolana okazały się nieodwracalnie zdegenerowane). Jeśli talent Portera rozwinie się tak, jak oczekiwano np. w 2016 roku, to Nuggets trafili potencjalną gwiazdę na odległym miejscu w drafcie. Mimo wszystko ten rok może należeć do Denver.

Przewidywania

Spokojny awans do play-off, może nawet 4 miejsce w konferencji?

Jak wypadają w porównaniu ze Wschodem?

Lepsi od wszystkich poza Bostonem, Philadelphią i Toronto. Czaimy już refren prawda?

Los Angeles Clippers

Clippers mają dużo średnio-dobrych zawodników, więc ich sezon także będzie średnio dobry. Marcin w podstawie.

Przewidywania

Bez awansu do play-off

Jak wypadają w porównaniu ze Wschodem?

Na Wschodzie realny kandydat do play-off. Zdecydowanie za: Boston, Philadelphia, Toronto, Indiana. Trochę za: Milwaukee, Washington. Na równi z Miamiiiii???

Los Angeles Lakers

Suche lata Lakers, które kazały im oglądać plecy swoich niedojebanych, miejscowych rywali właśnie dobiegły końca, bo w mieście aniołów stawił się LeBron James, w wieku 34 lat nadal najlepszy koszykarz w lidze. Jeziorowcy wygrali na loterii, albowiem James podpisał kontrakt na 3 lata (z opcją na 4 rok), dając zarządowi (w którym zasiada przede wszystkim absolutna legenda Lakers, Magic Johnson) czas na budowanie zespołu, który nie będzie z roku na rok marnował wszystkich swoich dóbr, aby wykonać paniczne ruchy by zadowolić niecierpliwego LeBrona. Jeśli w pewnym momencie nie nastąpi transfer po Kawhi (a Lakers nie muszą się spieszyć, gdyż może przyjść do nich za rok, zajmując miejsce w cap space), to sezon 2018/19 będzie służył obserwacji z kim z młodych - Brandon Ingram, Lonzo Ball, Kyle Kuzma i Josh Hart - warto grać. Specjalny talent drzemie prawdopodobnie tylko w Ingramie, który jest chudziuteńki jak patyczak, ale serwuje spory zestaw ofensywnych umiejętności. Lonzo Ball za to gra, jak nikt inny w lidze, skupiając się przede wszystkim na podaniach. Mimo że jest rozgrywającym, to nie holuje piłki, tylko dąży do tego, aby jak najszybciej się jej pozbywać, starając się wymusić tym ruch i szukanie sobie czystych pozycji przez innych graczy. Gdyby do tego dołożyć lepiej wyglądający i częściej wpadający rzut, to Lonzo miałby swoje zdjęcie w encyklopedii pod hasłem "Zawodnik, z którym najlepiej gra się LeBronowi" (Britannica na razie nie odpowiedziała na moje prośby o dodanie tego hasła). Jeśli Ball rzutu nie doda, jest pierwszym kandydatem do wytransferowania.

Jednoroczne kontrakty, które Lakers podpisali z absolutnymi dziwakami, czyli Lancem Stephensonem (znany z tego, że gdy był przeciwnikiem LeBrona dmuchał mu w ucho), Javale McGee (najczęstszy gość w segmencie telewizyjnym przedstawiającym boiskowe durnoty), i Rajon Rondo (kłótliwy rozgrywający, który odmawia rzutów z dystansu) dziwią wszystkich, ale nie rujnują przyszłości i czystego konta w przyszłorocznym cap space.

Przewidywania

Lakers wracają do play-off po 5 latach. W zależności od zgrania i procentowego zaangażowania LeBrona w sezon zasadniczy można ich rozstrzelać po miejscach od 3 - 7. Ja powiem, że wejdą z nr 5.

Jak wypadają w porównaniu ze Wschodem?

Refren.

Sacramento Kings

Sacramento pozostaje chujowym.

Przewidywania

Spadek.

Jak wypadają w porównaniu ze Wschodem?

Sacramento i tak może być lepsze, niż 3-4 zespoły ze Wschodu (Atlanta, Orlando, Charlotte, może Brooklyn?). I to zostawmy jako recenzję dla Wschodu.

Dallas Mavericks

Dallas ma tak dużo wiary, że Luka Doncic jest potencjalnie najlepszym zawodnikiem w poprzednim drafcie, że zamienili się z Atlantą, która wybierała trzecia, i oddali im dodatkową szansę w przyszłym roku, w zamian za to, aby zapewnić sobie usługi młodego Słoweńca. Dodatkowo, Mavericks próbują iść po dwóch, prawie niemożliwych drogach jednocześnie, a mianowicie być dobrym teraz (stąd kontrakt dla grającego wcześniej w Clippers 30-letniego DeAndre Jordana), a także dobrze ustawić się na przyszłość (wybrani w kolejnych draftach Dennis Smith jr. i właśnie Doncic). Trenerem drużyny pozostaje jeden z najlepszych strategów w lidze, czyli Rick Carlisle, a maskotką 40-letni Dirk Nowitzki. Jego kariera potrwa dokładnie tyle, ile on będzie chciał.

Przewidywania

Mavericks będą udawać, że walczą o play-off, ale nie z własnej winy mogą trafić na tak trudną konferencję, że wybór w drafcie zamiast powędrować do Atlanty, zostanie u nich (musieliby wybierać z miejsc 1-5, jest to tak zwana "protekcja" wyboru)

Jak wypadają w porównaniu ze Wschodem?

Szczerze? Poza pierwszą trójką spokojnie mogą toczyć zacięte boje z resztą konferencji. Myślę, że awansowaliby do play-off.

Memphis Grizzlies

Jeśli Marc Gasol przestanie się obrażać, Mike Conley wróci ze zdrową kostką, a wybrany w drafcie z numerem 4 Jaren Jackson Jr. od początku wypadnie pozytywnie na boisku, to Grizzlies będą groźni. Nie wiem, czy dostatecznie groźni na play-off, ponieważ ich ofensywa pozostawia wiele do życzenia, ale grając w Memphis zawsze trafia się na twardą obronę. Najlepsze lata duetu Gasol/Conley już minęły, ale struktura ich budżetu, obciążanego przez bezużyteczny kontrakt Chandlera Parsonsa, nie pozwala na wykonywanie drastycznych ruchów. Chris Wallace, który zarządza sprawami koszykarskimi w Memphis podchodzi do swojej pracy konserwatywnie, i wątpię, by chętnie chciał oddać zawodników, którzy są legendami Grizzlies. Gasol co prawda przebąkiwał o frustrującym graniu dla zespołu, który nie wygrywa, ale jeśli w tym roku zdrowie pozwoli, to Grizzlies nie powinni być chłopcami do bicia, nawet w ultratrudnej zachodniej konferencji.

Przewidywania

Grizzlies mają szczęście do kontuzji i do ostatniej chwili walczą o play-off.

Jak wypadają w porównaniu ze Wschodem?

Jak Mavericks, może nawet troszkę lepiej.

Phoenix Suns

Suns dysponują intrygującą mieszanką młodych graczy: wybrany w drafcie z pierwszym numerem DeAndre Ayton, który zadowalająco prezentował się w lidze letniej, niewiele starszy Josh Jackson, nagrodzony nowym kontraktem Devin Booker, a także Dragan Bender, Marquese Chriss, Mikal Bridges, czy Elie Okobo - zawodnicy mniej pewni, ale też z konkretnym potencjałem. Phoenix w trakcie draftu zagrało gambit, zamieniając się z Philadelphią numerami 10 (76ers) i 16 (Phoenix), jednocześnie dorzucając do transakcji wybór Miami z 2021 roku. Wszystko po to, aby do Phoenix trafił Mikal Bridges, którego eksperci uważają, za jednego z najbardziej gotowych do gry zawodników tegorocznego draftu. 76ers wybrali Zhaire Smitha, który jest bardziej surowy, ale dysponuje większym potencjałem. Czas pokaże, czy Suns mieli rację, ale zazwyczaj transakcje wypadają gorzej dla drużyn, które oddają dodatkowy wybór, zwłaszcza, że Miami ma szansę być kiepskie za trzy lata (oczywiście Phoenix stawia na to, że Heat dokonają takich ruchów transferowych, że 76ers nie będą mieli z tego ogromnej korzyści). Co ciekawe, słabiuteńkim w poprzednim sezonie Suns, udało się wyciągnąć z Houston Rockets Trevora Arizę za $15 milionów za jeden sezon. Takie ruchy oznaczają, że dla Suns czas szorowania dna tabeli się skończył, a weterani mają dostarczyć wiedzy potrzebnej do wygrywania. Dziwi mnie fakt, że Rockets nie walczyło o Arizę, ale $15 milionów to dużo za 33-letniego nie-gwiazdora.

Przewidywania

Suns szorują dno tabeli, ale trochę lepiej niż w zeszłym roku.

Jak wypadają w porównaniu ze Wschodem?

Ponieważ są lepsi od Sacramento, to toczyliby wyrównane pojedynki z takimi tuzami jak Charlotte Hornets, czy Detroit Pistons.

Drużyny na szczycie wschodniej konferencji są naprawdę dobre, nawet w porównaniu z tuzami na zachodzie. Inne ekipy, jak Milwaukee, czy Washington mają ciekawych zawodników. Patrząc jednak całościowo na rozkład talentu na Wschodzie robi się przykro, a najbardziej szkoda znakomitych zespołów z Zachodu, które play-off będą oglądać z domu. Ponieważ sytuacja wygląda, jak wygląda, liga prowadzi rozmowę na temat zmiany struktury play-off (np. rozstawianie drużyn bez względu na konferencję), ale dla właścicieli klubów na Wschodzie nie jest to specjalnie popularny temat, dlatego jeśli coś się wydarzy, to poczekamy minimum kilka lat.

Michał







wtorek, 3 lipca 2018

Dlaczego Warriors mogli "zrujnować" ligę zakontraktowaniem DeMarcusa Cousinsa?

Drogi Mateuszu,

Kiedy LeBron James podpisał swój czteroletni kontrakt z Los Angeles Lakers, mało kogo zaszokował jego wybór. Cavaliers przegrali finały z niską oceną za styl, dodatkowo doprowadzając  Jamesa do takiej frustracji, że ten z wściekłości złamał rękę. W międzyczasie Magic Johnson i Rob Pelinka zarządzając Lakers czyścili błędy poprzedników, szykując miejsce dla LeBrona, który wcześniej zdążył zakupić dwie posiadłości w LA, i prywatnie szukał dobrego koszykarsko liceum dla swojego nastoletniego syna. W przeciwieństwie do 2010 i 2014 roku Bron podjął decyzję szybko i wylądował w spodziewanej destynacji.

Szokującym dla wolnej agentury w 2018 okazał się tym razem kontrakt DeMarcusa Cousinsa. Zupełnie nieoczekiwanie byłego centra Sacramento Kings i New Orleans Pelicans przekonali do gry u siebie mistrzowie NBA, czyli Golden State Warriors. Aby zrozumieć jak doszło do tego, że Cousins (pseudonim "Boogie"), jeden z najbardziej utalentowanych centrów w koszykówce, dołączył za frytki do najlepszej drużyny w lidze, musimy prześledzić jego burzliwe losy.

DeMarcus Cousins zgłosił akces do draftu w 2010 roku, po jednym sezonie na Uniwersytecie w Kentucky. Dzięki talentowi pojawiał się w dyskusji jako potencjalny wybór nr 1, ale informacje o problematycznym charakterze zniechęcały niektóre drużyny. Wypadkową tych dwóch rzeczy okazał się spadek w drafcie, i wybór z piątym numerem do Sacramento Kings. Po 8 latach wiemy już na pewno, że drużyny z nr 2, 3, i 4 pomyliły się pod względem umiejętności, ale może uniknęły zgrzytu charakterologicznego?

W Sacramento Cousins grywał znakomicie, rzucając średnio po 20-kilka punktów na mecz, i notując po 11 zbiórek, 3 asysty i 1.5 bloku, okazyjnie notując potworne występy ze statystykami typu 44pkt/22zb/10ast, niewidzianymi w NBA od 40 lat. Niewielu znajduje się w lidze centrów mogących zapewnić statystyczną produkcję a'la Cousins. Jeszcze mniej jest takich, którzy dokładają do tego: notoryczne kłócenie się z sędziami zamiast wracania do obrony, wjeżdżanie na psychę słabszym i nielubianym kolegom z zespołu, obrażanie się na trenerów i zarząd Sacramento, oraz wchodzenie w sezon z lekką nadwagą. Przez te wszystkie przywary do Cousinsa przywarła łatka "zajebiste staty/słaba drużyna", którą niezmiernie ciężko zerwać, nawet jeśli wina nie leży do końca po stronie zawodnika.

Dzięki temu, że grał w Sacramento usprawiedliwić Boogiego jeszcze łatwiej, bo na tę chwilę Kings stanowią model franczyzy dysfunkcyjnej. Fatalne wybory w drafcie, nieprzemyślane transfery, i żonglowanie trenerami powodowały, że nawet, gdy Cousins grał dobrze, to zespół nie piął się w górę tabeli. W najlepiej zapowiadającym się sezonie Boogie pechowo zachorował na mononukleozę, wypadł z gry na miesiąc, Sacramento przegrało kilka meczów z rzędu, a zarząd zwolnił trenera, z którym DeMarcus nieźle się dogadywał. Frustracja postępowała z obu stron, ponieważ Sacramento wydawało się, że otrzymują za mało od jednego z najlepszych zawodników w historii zespołu, a Cousins obserwował patologiczne ruchy zarządu, i niczym samospełniająca się przepowiednia, stawał się coraz gorszym obywatelem.

Miarka przebrała się w sezonie 2016/17, kiedy Kings w końcu dogadali się co do transferu z Pelicans (zrobili to oczywiście po swojemu, przeprowadzając transakcję w trakcie All-Star Weekend, nie mówiąc o tym bezpośrednio Cousinsowi, który dostał informację od niezależnych źródeł w przerwie Meczu Gwiazd. Proszę państwa - Sacramento Kings). Dell Demps, dyrektor sportowy w Nowym Orleanie już od dawna poszukiwał partnera-gwiazdy dla Anthony'ego Davisa, i oddał w tej wymianie niespecjalnie dużo, jednocześnie ratując swoją posadę na kolejny sezon. Cousins automatycznie stał się najlepszym zawodnikiem z jakim kiedykolwiek grał Davis, a odejście z toksycznej szatni miało też uwidocznić pozytywne cechy Boogiego.

New Orleans Pelicans to nie dno dna jak Sacramento, ale znajdowali się w pozycji, która w NBA jest bardzo niebezpieczna. Desperacko szukali krótkowzrocznych środków, które pozwoliłyby im awansować do play-off. Pół sezonu duetu Cousins/Davis okazało się za mało na awans, zwłaszcza, że obaj panowie walczyli z problemami zdrowotnymi. Do nowego roku przystępowali jednak z optymizmem, zwłaszcza, że kombinacja dwóch znakomitych zawodników podkoszowych mogła stanowić stylistyczną receptę na ligę, która stawiała na coraz mniejszych i zwinniejszych graczy.

W pewnym momencie wszystko chwyciło. DeMarcus zachowywał się wzorowo w szatni (na boisku sprzeczki z sędziami to obowiązkowy punkt programu), a na boisku zaczynał rozumieć się z Davisem. W styczniu Pelicans bardzo dobrze bronili, a duet Boogie/Davis karcił przeciwników z różnych miejsc na boisku. Szczytowym punktem i jednoczesną drwiną losu był szokująco dobry, wygrany mecz z Houston Rockets (najlepszy zespół sezonu zasadniczego, potencjalni pogromcy GSW), w którym Cousins zerwał ścięgno Achillesa.
Dla koszykarza nie ma w tym momencie gorszej kontuzji, gdyż przy obecnej technologii medycznej nawet zniszczone więzadła nie zdają się tak straszne. Problemy z Achillesem odbierają skoczność, przyspieszenie, wiarę we własne umiejętności, a rekonwalescencja może trwać nawet do dwóch lat. Zerwany Achilles na zawsze pozostaje słabszy i zagrożony ponownym urazem. Lista zawodników, którzy wrócili do formy po takiej kontuzji nie napawa optymizmem (Rudy Gay w zeszłym roku, i Dominique Wilkins 30 lat temu). Pelicans dzielnie zebrali się w sobie i wywalczyli miejsce w play-off, zaskakując znakomitą grą w pierwszej rundzie, i zbierając spodziewane bęcki od Golden State w rundzie drugiej. Zaraz po takim burzliwym sezonie musieli podjąć kluczową decyzję..

Przed kontuzją DeMarcus Cousins był oczywistym kandydatem do tak zwanego "supermaksymalnego" kontraktu. Gdyby został w Sacramento, mógłby otrzymać umowę dającą mu 35% salary cap na 5 lat (w skrócie, tylko drużyna, która wybrała cię w drafcie może zapłacić ci "supermax"). Po przejściu transferze Nowy Orlean mógł zaproponować mu "tylko" 30%, co oczywiście i tak okazałoby się jedną z najwyższych płac w całej lidze.
Tak myślał o sobie DeMarcus Cousins, i z tym liczyli się Pelicans, aż do tej tragicznej, styczniowej nocy. Po kontuzji pojawiły się pierwsze wątpliwości ze strony zarządu Pelicans, ponieważ pierwsze donosy mówiły o tym, że zaoferują Boogiemu maksymalny kontrakt, ale tylko na 2-3 lata, zamiast na 5, z klauzulami pozwalającymi im wycofać się z części pieniędzy, gdyby Cousins przestał grać w koszykówkę. Jeszcze w marcu DeMarcus śmiał się z takich propozycji na swoich mediach społecznościowych. Im bliżej było końca sezonu, tym więcej franczyz przyglądało się sytuacji w Nowym Orleanie zastanawiając się, czy warto dołączyć do składania ofert na Allegro, próbując wyciągnąć ryzykowną megagwiazdę na tańszym niż spodziewany kontrakcie. Ostatecznie okazało się, że wśród zespołów, które dbały o klimat w szatni i kierowały się polityką "No Cousins", tych, które nie miały dostatecznie pieniędzy, i tych, które nie chciały zawodnika, który mógł w tym sezonie nie zagrać, nie znalazł się nikt, kto złożyłby jakąkolwiek porządną ofertę.

W tym momencie na scenie pojawili się Golden State Warriors. Drużyna, która potrzebuje motywacyjnego kopa na kolejny wyczerpujący sezon, wierząca w moc swojej szatni temperującej najtrudniejsze charaktery, i nie bojąca się wydawać pieniędzy, starając się utrzymać przewagę nad ligą. Uważam, że tym razem całe NBA strzeliło sobie samobója, a Warriors po prostu wykorzystali stuprocentową sytuację. Mimo, że Golden State zaoferowało Cousinsowi tylko $5.3 miliona za jeden sezon gry (w przeciwieństwie do $30, na które liczył), to w jego oczach musieli stanowić znakomitą okazję do zbudowania formy bez presji. Jeśli Boogie nie wróci do gry na 100%, Warriors i tak wygrają tytuł. Jeśli wróci i rozszerzy ich zestaw taktycznych możliwości, jednocześnie dając odpocząć innym gwiazdom, to zbuduje swoją wartość na rynku, potencjalnie sięgając po kosmiczny kontrakt w przyszłym sezonie. Czy to niesprawiedliwe, że najlepsi się bogacą? W pewnym sensie tak, ale tym razem strach i niepewność wepchnęły nagrodę w ręce tych odważnych. Tak naprawdę dla Warriors forma Cousinsa nie ma żadnego znaczenia, ale ten eksperyment pokazuje jak niespodziewane ruchy są w stanie wykonać, żeby tylko powodować frustrację konkurentów.

Samemu Boogiemu, jak każdemu utalentowanemu zawodnikowi życzę jak najlepiej. Jego reputacja przyjmowała tylko negatywne ciosy w Sacramento, ale wieści z samego miasta donoszą, że po cichu wspierał wielkimi kwotami akcje charytatywne, nigdy nie odmawiał fanom spotkań i autografów, a do tego, mimo wszystko, pozostawał lojalny, odmawiając transferu do samego końca. W szatni Pelicans po jego odejściu panuje smutek, a jego relacja z Anthonym Davisem wyglądała na szczerą i pozytywną. Pomimo 8 lat w lidze, Cousins jeszcze nigdy nie grał w play-off, a jego szanse w poprzednim sezonie zdruzgotała kontuzja, dlatego nie widzę powodu, dla którego nie potrafiłby się wkomponować w mocną przecież charakterologicznie szatnię Golden State. Nie mam usprawiedliwienia dla Kevina Duranta, który wybierając Warriors poszedł łatwą drogą, ale przypadek DeMarcusa Cousinsa jest inny. Golden State daje mu szansę na odkupienie.

Michał