sobota, 13 października 2018

Zapowiedź sezonu 2018/19 - Oklahoma City Thunder

Drogi Mateuszu,

Jak się okazuje zastąpienie Kevina Duranta i Jamesa Hardena Paulem Georgem i Carmelo Anthonym nie prowadzi do lepszych rezultatów. O ile transfer Georga został uznany za jednoznaczny sukces prezesa Thunder Sama Presti (zwłaszcza że George chciał uciec po sezonie), o tyle chwalone na początku przyjście Carmelo,  okazało się pomyłką. Thunder w najlepszym składzie fizycznie nękało przeciwników po całym boisku. Carmelo pomocą w tej strefie gry okazał się niezainteresowany.

Ofensywę trener Russell Wes.. Billy Donovan opiera na agresji i autorytarnej decyzyjności Russella Westbrooka. Czasami oznacza to 35 rzutów Russa, a czasami faktyczne zaangażowanie kolegów w grę. Po odejściu Carmelo do Houston w szatni OKC nie ma innych kandydatów do zmierzenia się z Westbrookiem na ego.
Tacy zawodnicy jak George, czy Steven Adams cieszą się, że mogą wypełniać poboczne role, a pełną odpowiedzialność za wynik przyjmuje ktoś inny. Westbrook żyje w tej niebezpiecznej strefie, w której wszystko co dzieje się dobrze w Thunder to jego zasługa, ale wszelkie niedostatki to jego wina. Przynajmniej godnie mu za to płacą, bo pozostanie Russa w Oklahomie kosztowało Thunder ponad $200 milionów, i zgodę na wypłacanie mu $46 baniek w wieku 34 lat. W ogóle, patrząc po kontraktach najważniejszych zawodnikach OKC, właściciele chętnie płacą ulubieńcom kibiców: George zarobi $130 milionów za cztery lata gry, Adams otrzymuje $25 melonów na sezon, a nowo sprowadzony Dennis Schroder pobierze z kasy równo $15.5 miliona przez następne trzy lata.

Czy przy tak wysokim budżecie OKC powalczy o najwyższe cele?

Odpowiedź brzmi... raczej nie. Już na początku sezonu marzenia Thunder o zaatakowaniu przeciwników czwórką Westbrook, Andre Roberson, George, Adams + randus w wysokiej formie skończyły na stole operacyjnym. Roberson, jeden z najlepszych obronnych graczy w lidze, zaliczył małe fiasko w okresie rehabilitacyjnym i ominą go następne dwa miesiące, a Westbrook zacznie sezon tuż po operacji kolana. Do zespołu trzeba też dokoptować Schrodera, Nerlensa Noela i wymyślić kto zastąpi bezproduktywność Carmelo. OKC drużynowo dysponuje na pewno sporym talentem, a Westbrook to maszyna. Nie mogą sobie jednak pozwolić na długie układanie klocków, bo jeśli reszta konferencji odjedzie, to w play-off zaczeka na nich potwór z pierwszej czwórki. W zeszłym sezonie sił OKC nie wystarczyło już na Utah Jazz, które wraca jeszcze silniejsze.

Pomijając już kontuzję kolana, należy zacząć martwić się o tempo gry Westbrooka. Zazwyczaj rozgrywający z kosmiczną fizycznością tracą swoje supermoce szybciej niż gracze podkoszowi. Russ gra też z furią podpalaną ogniami piekielnymi, niemożliwymi do zgaszenia, ale co w momencie, gdy umysł zachce, a ciało już nie będzie mogło? Paula Georga stać na to, aby i przejąć dowodzenie, ale to ten typ zawodnika, który woli stać w cieniu i wykonywać swoją robotę na warsztacie. Nie wiem kogo musiałby oszwindlować Presti, aby ten zespół poważnie się zmienił przez następne trzy lata, ale Westbrook nie jest LeBronem Jamesem, i jego paliwo w końcu dotrze do rezerwy.

Przewidywania:

Zaskoczyło mnie Las Vegas uznając, że OKC zajmie trzecie miejsce w swojej konferencji (50.5 wygranych). Gdyby nie początkowe kontuzje uwierzyłbym w mocny sezon, ale na zachodzie nie ma czasu do stracenia: 47-35.

piątek, 12 października 2018

Zapowiedź sezonu 2018/19 - New York Knicks

Drogi Mateuszu,

Koszykarscy włodarze zawsze dają kibicom dwie ręce. Gdy w jednej trzymają promyk nadziei na przyszłość, to z drugiej od razu wymierzają zewnętrzniaka. Najpierw zatrudniono Phila Jacksona po to, by przywrócić powagę drużynie. Ten przedłużył kontrakt z Carmelo Anthonym, jednocześnie wpisując do kontraktu klauzulę blokady transferu przez zawodnika, co nie było obowiązkowe. Następnie wybrał w drafcie Kristapsa Porzingisa, który okazał się lepszy niż ktokolwiek przewidywał. Dla równowagi zaoferował 70 baniek rozpadającemu się Joakima Noah, zawalając budżet aż do teraz. Właściciel Knicks, James Dolan w końcu zrozumiał, że Jacksona zdecydowanie bardziej interesuje wypłata niż poważna praca nad zespołem i ostatecznie się o pozbył. Ruch w sam sobie sugerował myślenie długofalowe, ale przed ostatecznym pożegnaniem, Jackson wybrał jeszcze zawodników w drafcie. Z wyborem numer 9. najprawdopodobniej trafił nieźle, bo niedoświadczony rozgrywający Frank Ntilikina już jako rookie prezentował się twardo i mądrze w obronie.

Nowy prezes, Scott Perry, najpierw dogadał się z Carmelo Anthonym co do transferu do Oklahomy. Takie solidne wyczyszczenie budżetu oznaczało oczywiście, że natychmiast trzeba było te środki przepierdolić na 4-letni, $70 milionowy kontrakt dla absolutnego przeciętniaka Tima Hardawaya Jr. W trakcie ostatniego sezonu Kristaps wyglądał jak absolutny zbawca franczyzy, aż do momentu, kiedy jego kolano rozpadło się w starciu z nałożonymi oczekiwaniami. Knicks doczłapali się do reszty sezonu, przegrywając sporo spotkań, ale za mało, żeby wybierać naprawdę wysoko. Być może ponownie im się udało, gdyż Kevin Knox prezentował się bardzo dobrze zarówno w lidze letniej, jak i w przedsezonie, a Mitchell Robinson wygląda lepiej niż normalny zawodnik wybrany z 36 numerem..

Nawet jeśli za główny cel włodarze Knicks postawili sobie w tym sezonie rozwój młodych zawodników, w szczególności Ntilikiny, to natychmiast sami sobie zaprzeczyli przez zakontraktowanie co najmniej trzech dodatkowych rozgrywających. Na całe szczęście zatrudnili trenera, Davida Fizdale, znanego z rozwoju zawodników, i dali mu czteroletni kontrakt. W ten sposób przystępują do sezonu, trochę nie wiedząc jak wyważyć oczekiwania.

W Nowym Jorku muszą wykonać kilka kroków:

Po pierwsze: kontynuować czyszczenie budżetu, czy to przez transfery, czy wykupienie kontraktu Noah

Po drugie: zapewnić jak najwięcej minut wybranym przez siebie zawodnikom

Po trzecie: doprowadzić Kristapsa do stanu perfekcyjnej formy, i nie spieszyć się z jego powrotem na boisko

Po czwarte: nie spieprzyć negocjacji kontraktowych z Łotyszem (czeka na swój pierwszy wielki kontrakt) mimo jego kontuzji kolana

Po piąte: przegrać tyle spotkań, aby jeszcze raz dać sobie szansę w drafcie

Knicks nadal nie mają się gdzie spieszyć, a budowa drużyn z przeszłości dowodzi, że szukanie dróg na skróty prędzej czy później kończy się katastrofą. Widząc przeplatankę złych i dobrych decyzji, spodziewam się, że przynajmniej trzy z pięciu wymienionych punktów pójdą odwrotnie niż powinny.

Chciałbym móc powiedzieć, że wraz z Perrym i Fizdalem do budynku wkroczył zdrowy rozsądek, ale atmosfera Madison Square Garden robi coś złego z wcześniej kompetentnymi ludźmi.

Przewidywania:

Las Vegas widzi Knicks wygrywających około 30 spotkań (over/under 29.5). Dla swojego dobra powinni wygrać przynajmniej kilka mniej. Jeśli wytrzymają z powrotem Kristapsa do przyszłego sezonu, to ich bilans wyniesie 23-59.

Zapowiedź sezonu 2018/19 - New Orleans Pelicans

Drogi Mateuszu,

Dwa sezony temu New Orleans Pelicans podjęli szczególnie ryzykowną decyzję dogadując się z Sacramento Kings co do transferu DeMarcusa Cousinsa. W połowie poprzedniego roku gra Pelicans z Anthonym Davisem i Cousinsem w składzie zaczęła się układać, jak tylko dwaj giganci zrozumieli sposób na wykorzystanie swoich atutów przeciwko zespołom które nastawiły się na bronienie szybkości, a nie siły. Doszło do tego, że New Orleans zwyciężyli 7 meczów z rzędu, w tym ważną konfrontację z Houston Rockets. Rysował się klarowny plan na przyszłość: Pelicans robią trochę szumu w play-off, Cousins latem otrzymuje maksymalny kontrakt, a zadowolony Anthony Davis zostaje w Luizjanie przez długie lata.

Bogowie koszykówki rzucili okiem na te plany i gorzko się zaśmiali, zsyłając piorun na ścięgno Achillesa Cousinsa. Kontuzje kolan w koszykówce wyglądają najgorzej, jednak współczesna medycyna dobrze pracuje nad więzadłami, pozwalając większej ilości zawodników wrócić na poziom sprzed kontuzji. Zerwany Achilles to wyrok, zwłaszcza dla gracza, który mierzy 211 centymetrów i waży 122 kilogramy. W innych przypadkach w NBA rehabilitacja po operacji zajmowała około 9 miesięcy, a powrót do 100% albo nie następował, albo zajął dodatkowy rok. Tego smutnego styczniowego wieczora w Nowym Orleanie wszystkie pokłady optymizmu zapadły się pod ziemię.

Zarząd Pelicans zareagował jednak nadzwyczaj sprawnie i przeczesał ligę szukając okazji na wzmocnienia. W połowie sezonu zespoły rozgrywające słaby sezon chętniej oddają dobrych koszykarzy za np. przyszłe wybory w drafcie. Jednym z takich graczy był Nikola Mirotic, który swoim celnym rzutem za trzy rujnował szanse Chicago Bulls na loterii. W sukurs przybyli Pelicans i wymienili z Bulls teraźniejszość za przyszłość, bez sabotowania dobrego sezonu. Brak Cousinsa wymusił przesunięcie Davisa na pozycję centra, Mirotic naturalniej pasował do pozycji nr 4, a trener Alvin Gentry nastawił taktykę na maksymalne przyspieszenie tempa.

Od momentu transferu Pelicans wystrzelili, dostając się do play-off z 6. miejsca w wyrównanej konferencji. Szokująco rozjechali Portland Trail Blazers 4-0, pokazując jak dobry w postsezonie jest Anthony Davis, i jak mało liga docenia rozgrywającego Jrue Holidaya. W drugiej rundzie zostali pokonani przez Golden State Warriors, ale w tym przecież nie ma wstydu.
Po tak dramatycznych wydarzeniach nadal czekały ich kluczowe decyzje do podjęcia. Pierwsza z nich dotyczyła kontraktu DeMarcusa, który mimo kontuzji, oczekiwał 5-letniej, kosztownej gwarancji. Pelicans próbowali wynegocjować krótszą umowę, na korzystniejszych warunkach, ale te rozmowy zakończyły się fiaskiem. Ostatecznie zarząd wykorzystał miejsce w budżecie na sprowadzenie niepotrzebnego w Los Angeles Lakers Juliusa Randle, który teoretycznie dobrze wpasowuje się do ekipy Davis/Mirotic, otwierając przed Gentrym nowe możliwości taktyczne. Davis potrafi na boisku praktycznie wszystko, Mirotic to snajper, a Randle to tur, nie do zatrzymania w drodze do kosza. Każda z tych kombinacji sprawdzi się przeciwko różnym rodzajom przeciwników. Cousins rozczarowany odszedł rehabilitować się w Golden State Warriors.

Ten sezon po raz kolejny ma udowodnić Davisowi, że warto spędzić swoją przyszłość w Nowym Orleanie. Zeszłoroczne play-off przedstawiły światu rozpędzonych Pelicans. Pytanie brzmi: jak długo Davis zadowoli się awansem do drugiej rundy? Latem zmienił swoich agentów, przechodząc do tej samej grupy, która konsultuje LeBrona Jamesa, więc fabryka plotek wypluła już scenariusz przejścia "Brwi" do Los Angeles. Aby przynajmniej powtórzyć sukces z zeszłego roku, Pelicans muszą liczyć, że ich manewry transferowe na marginesach dadzą przynajmniej tyle weterani w zeszłym roku. Tacy gracze jak Elfrid Payton, Jahlil Okafor, czy Solomon Hill mają talent, ale muszą zasłużyć na pobyt w lidze. Przydałoby się też, aby kontuzje w Nowym Orleanie leczył prawdziwy lekarz, a nie znachor Wilk.

Przewidywania

Over/under z Las Vegas wynosi 45.5 zwycięstw. Podobała mi się, że szybko odcięli pępowinę od Cousinsa, i szczerze kibicuję, aby Davis został w Luizjanie. Over 49-33.

czwartek, 11 października 2018

Zapowiedź sezonu 2018/19 - Minnesota Timberwolves

Drogi Mateuszu,

Ta zapowiedź za chwilę może stać się nieaktualna, ponieważ Minnesota Timberwolves przeżywają transferowy dramat. Jimmy Butler, dzięki któremu Wolves wrócili do play-off po 12 latach przerwy, zwrócił się grzecznie do zarządu i powiedział, że chciałby wypierdalać. Na liście jego życzeń znaleźli się Nets, Clippers i Knicks, czyli drużyny z budżetem gwarantującym kontrakt na 5 lat i $190 milionów.
Wolves też byliby w stanie zaproponować tę umowę swojemu wybawcy, ale Jimmy zdecydował, że nie interesuje go dalsze granie z Karlem Anthonym-Townsem i Andrew Wigginsem.

Po jego "życzeniu" wśród włodarzy Minnesoty zapanował wewnętrzny konflikt. Prezes/trener Thibodeau nie wyobraża sobie, że jego ulubiony żołnierz Jimmy nie zostanie z nim w okopach, grając 40 minut na mecz i narażając kolana na dalsze uszkodzenia. Właściciel Wolves, Glen Taylor poczuł się osobiście urażony, więc na spotkaniu właścicieli klubów NBA (tzw Board of Governors Meeting) przekazał innym miliarderom, że w sprawie transferu Butlera należy zwracać się bezpośrednio do niego.

W międzyczasie (o czym pisałem w ich zapowiedzi) do transferowej gry włączyli się Miami Heat. Zaawansowane negocjacje zakończyły się fiaskiem w ostatniej chwili, kiedy chytrzy Timberwolves próbowali wyłudzić od Heat dodatkowe dobra.
Swoją drogą, Butler za rok staje się wolnym agentem, co oznacza, że zespoły rozmawiające z Wolves ryzykują tylko roczne wypożyczenie. W związku z tym absurdalne wymagania Timberwolves odstraszają potencjalnych kandydatów. Nikt za rok Butlera nie odda: młodego, prosperującego zawodnika, uzupełnienie składu, przejęcie złego kontraktu z Minnesoty (np. $40 milionów za Gourgi Dienga), i wybór w drafcie. Historycznie, nawet przy największych transferach lepszych zawodników, o dłuższych kontraktach niż ten Butlerowski nie udawało się drużynie tracącej gwiazdę uzyskać aż takiego zwrotu. Co więcej, Jimmy ma już 29 lat i historię operacji na kolanach, a w ostatnim roku potencjalnego kontraktu otrzymałby około $40 milionów w wieku 34 lat. W tym momencie Butler to znakomity zawodnik, w najwyższej formie prawdopodobnie top 15 w lidze, ale jeśli tylko fizycznie zacznie się obsuwać, to jego energetyczny, bezkompromisowy styl gry natychmiast na tym straci.

Dla samych Timberwolves oznacza to powrót do piekła po jednym słodkim sezonie. Nie takiego rezultatu spodziewano się po zatrudnieniu jednego z najbardziej szanowanych trenerów w lidze w postaci Toma Thibodeau. Po pierwsze okazało się, że od dobrych czasów z Chicago Bulls liga mocno się zmieniła. Reguły obronne Thibodeau nie pasują już do współczesnej koszykówki, a kibice Minnesoty musieli z przerażeniem obserwować jak wykorzystywał swoje moce personalne do sprowadzania podstarzałych zawodników. Grający pod nim Taj Gibson, Derrick Rose, Luol Deng wygrywali konferencję wschodnią, ale od tego czasu stoczyli się tylko w szarzyznę ligi. W zasadzie można tutaj powtórzyć wypowiedzi na temat Stana Van Gundy i jego pracy w Detroit Pistons. 

Przyszłość boiskowa Timberwolves zależy w tym sezonie od tego pod jakim adresem zamelduje się Butler. Nawet zakładając, że zostanie w Minnesocie, to z jakim nastawieniem podejdzie do gry?

Przyjmując, że Jimmy zostanie ostatecznie wytransferowany, fanowskie nadzieje wrócą do dwóch młodszych zawodników:

1. Karl Anthony-Towns. Gdy wchodził do ligi trzy lata temu, zaskakiwał spokojem i wachlarzem zagrań w ataku. Szum jego wyboru porównywano z Anthonym Davisem. Po stronie ofensywnej wszystko się zgadza. KATa nie da się zatrzymać pod koszem, gdzie wykorzystuje zarówno inteligencję, jak i siłę do ogrywania rywali. Na ten moment jest też najlepiej rzucającym zawodnikiem z dystansu Timberwolves, co przy 213cm wzrostu stanowi ewenement na całą ligę. Drybling Karla to w zasadzie poezja w ruchu, uniknął typowej dla gigantów niezręczności.
Dlaczego nie mówi się o nim otwarcie jako o jednym z najlepszych zawodników w NBA? Pies pogrzebany jest w defensywie. Nawet nowoczesny center musi zarządzać obroną, sterując pozostałymi zawodnikami i naprawiając ich pomyłki. Koncentrację i płynność gry znane z ataku, Towns traci, kiedy wraca na drugą stronę boiska. Niewielkie wrażenie robi 25 punktów/13 zbiórek/4 asysty, jeśli oddaje się to samo w obronie. Po przyjściu Butlera do Timberwolves okazało się, że Towns ma też problemy z asertywnością, co udowodniła żałośnie niska liczba 12 rzutów na mecz (gwiazdy zazwyczaj nie spadają poniżej 17). Podobno nie lubi też ciężko pracować, ale przy Butlerze każdy wygląda jak nierób.

2. Andrew Wiggins. Jeden z najbardziej frustrujących zawodników w NBA. Znika na długie minuty w trakcie meczów, tylko po to, by w pewnym momencie zabłysnąć fizycznością, ruchem obrotowym i kapitalnym wsadem. Wszystkie warunki wskazują na to, że powinien dominować zarówno w ataku, jak i w obronie. Na ten moment jedyne co go wyróżnia, to niespecjalnie oszczędne zdobywanie punktów. Zdarzają się spotkania, w których zbierze zaledwie jedną, dwie piłki, albo zaliczy jedną asystę. W obronie przysypia i nie wykorzystuje szybkości i zasięgu ramion. Timberwolves bezmyślnie zaproponowali mu maksymalny kontrakt opiewający na $150 milionów, więc związali się z nim na długo pozbawiając Wigginsa motywacji do cięższej pracy. O ile KAT to czołowy zawodnik przynajmniej po jednej stronie boiska, to Timberwolves potrzebują potężnego skoku umiejętności od ich obu, aby pozostać w walce o play-off bez Butlera

Reszta składu to niewiadoma, bo gdyby Thibodeau mógł, to grałby pięcioma zawodnikami, bez rezerwowych.

Przewidywania

Las Vegas jeszcze traktuje Timberwolves, jak gdyby Jimmy Butler wrócił do składu: over/under 44.5. Ja wykorzystuję tę okazję i podejdę niezmiernie pesymistycznie - 34-48.

Zapowiedź sezonu 2018/19 - Milwaukee Bucks

Drogi Mateuszu,

Giannis Antetokounmpo, Giannis Antetokounmpo, Giannis Antetokounmpo. Już chyba potrafię wystukać to nazwisko bez żmudnego porównywania z pisownią z Wikipedii. Imię czytamy przez [j], a druga część szybko przestanie być nam potrzebna. Panteon gwiazd NBA rozpoznawalnych po jednym przydomku (Michael, Larry, Magic, Kobe, Shaq, LeBron etc.) wzbogaci się o nieprawdopodobną historię, jeśli Giannis utrzyma dotychczasową trajektorię kariery. Urodzony w Grecji syn nigeryjskich imigrantów, który przez 18 lat nie miał papierów żadnego z tych krajów, wyłowiony w drafcie na podstawie kiepskiej jakości filmików z 2. ligi greckiej dominuje NBA będąc w stanie grać na każdej pozycji? Gdybyś przedstawił mi to w scenariuszu filmowym, to kazałbym trochę uspokoić przerysowane elementy, bo publiczność zgodnie przewracałaby oczami.

Rzeczywistość bywa durniejszą od fikcji, a Milwaukee Bucks musi zrobić wszystko co w ich mocy, aby ułożyć dookoła Giannisa zespół godny jego talentu. Pesymistycznie muszę powiedzieć, że widzę zbyt dużo paraleli pomiędzy działaniami zarządu tego zespołu, a Cleveland Cavaliers w latach 2003 - 2010. Źle dobrani trenerzy, mało utalentowani koledzy, brak drugiej gwiazdy z prawdziwego zdarzenia, uparte ustawianie Giannisa na pozycjach, które hamowały postęp indywidualny i zespołowy. LeBron był na tyle dobry, że pociągnął nijaki (eufemizm) zespół do finałów, aż w końcu miał dosyć. Zobaczymy co na ten sam temat myśli Antetokounmpo.

Co zrobią Bucks, aby nie powtórzyć losu Cavs?

1. Sprawa trenera.

Gdy po czterech latach z zespołu wyleciał Jason Kidd, wszyscy odetchnęli z ulgą. W swoim pierwszym sezonie zaskoczył, wprowadzając ultra-agresywny system obronny, który w teorii miał odbierać zespołom atakującym wszystkie najlepsze pozycje rzutowe, ze szczególnym naciskiem na trójki z rogów boiska, i rzuty spod kosza.
Na początku system zdał egzamin, zwłaszcza, kiedy długoramienni zawodnicy Bucks z furią atakowali nieświadomych przeciwników. W NBA pracują jednak inteligentni trenerzy, którzy szybko rozgryźli strategię Kidda, a ten uparcie odmawiał dostosowania się do nowej rzeczywistości. Po drodze zraził do siebie wielu zawodników, współpracowników, obierał faworytów, i ogólnie siał zamęt niczym Jacek Stryczek w Stowarzyszeniu WIOSNA. Kiedy zarząd ostatecznie wręczył mu wypowiedzenie, sterowanie zespołem przejął nauczyciel WF-u, Joe Prunty. Milwaukee miało potencjał, aby ograć Boston w pierwszej rundzie play-off, ale Prunty zwlekał z wystawieniem składu z Giannisem na pozycji centra, i ostatecznie przegrał 4:3 w pierwszej rundzie.

Muszę dać plusik Bucks, ponieważ latem zachowali się lepiej niż Cavaliers 10 lat temu. Na rynku akurat zwolniło się nazwisko znanego z doskonałej pracy w Atlancie Hawks Mike'a Budenholzera. Trener wywodzący się z drzewka asystentów San Antonio Spurs posiada atuty, które są przeciwieństwem Jasona Kidda: dostosowuje system ofensywny do zawodników, jest elastyczny przy zmianie taktyki, potrafi zjednoczyć grupę zawodników wokół wspólnego celu. Zespół Hawks z sezonu 14/15 wygrał 60 spotkań jako bezgwiezdna grupa funkcjonująca na najwyższych obrotach. Co ciekawe, Budenholzer rozstał się z Atlantą z własnej woli, rezygnując z uczestnictwa w przebudowie zespołu, po części wiedząc jak dobra pozycja czeka w Milwaukee. Myślę, że podobnie jak na początku kariery w Atlancie, entuzjastycznie podchodzi do wymyślania sposobów w jaki może ułatwić życie swoim najlepszym zawodnikom. Dokładnie tego potrzebuje przecież Giannis.

2. Sprawa kolegów

Khris Middleton i Eric Bledsoe są lepsi niż ktokolwiek ze starych składów Cavaliers. Poza tym w całym składzie, od góry do dołu, znajdują się kompetentni gracze jak Brook Lopez, Ersan Ilyasova, Malcolm Brogdon czy Sterling Brown. Co sezon w play-off prowokuje swoim potencjałem Thon Maker, po to, aby rozczarować w następnym sezonie zasadniczym. Jeśli w końcu złoży wszystkie umiejętności w pełnoprawnego zawondnika, to Bucks dostaną niezłego kopa potencjału od wewnątrz. Maker ma dopiero 21 lat, ale przy Giannisie nie może czekać w nieskończoność.

3. Sprawa drugiej gwiazdy

I tu pojawia się najważniejszy problem. W zapowiedzi Chicago Bulls pisałem o Jabarim Parkerze, który w Milwaukee nie spełnił oczekiwań zarządu, i został oddelegowany na wolny rynek bez pardonsu. W oczach Antetokounmpo może to wyglądać jak kontraktowe sknerstwo. Ja oceniam ten ruch ze strony Bucks jako rozsądny, ale jeśli Giannis nie zrozumie tego intelektualnie, to oszczędność finansowa może zakończyć się katastrofą. Milwaukee z Giannisem w składzie nigdy nie będzie wybierać wysoko w drafcie, zostaje im zatem aktywność na rynku transferowym. Czy byliby w stanie złożyć interesującą paczkę za Jimmy Butlera?

4. Sprawa pozycji Giannisa

Ponieważ Antetokounmpo może pełnić wszystkie role na boisku, zadaniem Budenholzera będzie odkrycie w jakich kombinacjach uwalnia jego pełną moc. Gdy Giannis kontroluje piłkę jako rozgrywający, droga do kosza to tylko kilka wielkich kroków. Gdy atakuje z bliska, nie ma na niego mocnych (skutecznością rzutów z najbliższej odległości ustępuje tylko LeBronowi, i kilku centrom, którzy pakują piłkę po alley-oopach). W play-off okazało się, że warto też stawiać Giannisa na centrze, z pozostałymi zawodnikami rozstawionymi po obwodzie. Giannis ma wtedy miejsce do pracy, a jego instynkt podającego pozwala mu asystować niekrytym kolegom. Prawdopodobnie tak mocno poświęcił się latem pracy na siłowni, aby walczyć pod koszem z największymi zawodnikami w lidze. Wzrostem już im nie ustępował, teraz dogonił ich jeszcze masą.

Jeszcze jedna rzecz łączy młodego LeBrona z obecnym Giannisem. Żaden z nich nie dysponował rzutem z dystansu, na którym można polegać. W finałach 2007 San Antonio Spurs uświadomili Jamesowi, że musi ten element dołączyć do swojej gry. Obaj są na tyle dobrzy, że mogą dominować większość zespołów bez jakiegoś elementu gry, ale im trudniejsze bitwy, tym bardziej przydają się wszystkie bronie w arsenale. LeBron potraktował wyzwanie poważnie i przejął panowanie nad ligą. Jak odpowie jego grecki odpowiednik?

Przewidywania

Las Vegas widzi Giannisa i Budenholzera i mówi: kupujemy to. Over/under na 46.5. Wierzę w moc sprawczą dobrej trenerki i przebijam Vegas na 50-32.

Zapowiedź sezonu 2018/19 - Miami Heat

Drogi Mateuszu,

Okres w którym Miami Heat stanowiło centrum układu słonecznego NBA, grawitacyjnie ściągając do siebie największe gwiazdy, zakończył się wraz z odejścieme LeBrona Jamesa do Cleveland. Od tamtego momentu, zarząd wybrał zupełnie inną drogę budowania drużyny. Obecnie w składzie nie ma żadnej megagwiazdy, zawodników przeciętnych, dobrych i bardzo dobrych, lekko przepłaconych, wznoszonych na troszeczkę wyższy poziom dzięki przykładaniu się Heat do rozwoju zawodników.

Na ten moment największym atutem Miami wydaje się być kultura wyrobiona przez lata pod rządami Pata Riley, jedynego prezesa do spraw sportowych w lidze, którego zdanie liczy się na równi z właścicielem. Rileys, jako trener, w latach 80. wygrywał mistrzostwa z Los Angeles Lakers, później zmienił Knicks z pośmiewiska w kandydatów do tytułu, a z Heat zdobył jedno trofeum w 2006. Franczyza w Miami powstała stosunkowo późno, bo w 1988, a nowe drużyny NBA z zasady przechodzą ciężkie bicie.
Kiedy tylko Pat dotarł na Florydę to prędko zmienił postrzeganie zespołu, wprowadzając rygor oraz poczucie przynależenia do rodziny każdego z graczy i pracowników. W przeciwieństwie do obowiązujących standardów, Heat od 1995 zatrudniało tylko trzech trenerów. Jednym jest Riley, a drugim pracownik korporacji od najniższego szczebla, Erik Spoelstra (zaczynał jako koordynator wideo w piwnicy). Pomiędzy nimi w Heat znalazł zatrudnienie "obcy" Stan Van Gundy, o którym więcej można poczytać w zapowiedzi Detroit Pistons. Taka organizacyjna stabilizacja była jedną z ważniejszych przyczyn, dla których LeBron James zdecydował się opuścić Cleveland i połączyć siły z Dwyanem Wadem i Chrisem Boshem.

Po zakończeniu ery gwiazd, od czterech lat Heat na zmianę docierają do play-off, albo kończą tuż poza nimi. Utrzymując taki poziom kompetencji muszą szukać następnego sposobu, aby ponownie przyciągnąć absolutnie topowych zawodników. W 2010 plan jawił się jasno - w budżecie zostawili dostatecznie miejsca na trzy maksymalne kontrakty (Wade, Bosh, James). Reszta ekipy uzupełnili weterani, niedoceniani młodzicy, i gracze próbujący zdobyć mistrzostwo, gotowi grać w Miami za śmieszne pieniądze. Ta sytuacja się nie powtórzy, gdyż Heat zainwestowało poważne środki w co najmniej trzyletnie umowy dla swoich zawodników. Jedyną drogą do powrotu w glorii chwały są mądre transfery, dlatego Miami tak mocno uczestniczy w negocjacjach z Minnesota Timberwolves w sprawie sprowadzenia Jimmy Butlera. 

Gdy patrzę na umowy Heat w arkuszu kalkulacyjnym, to widzę atrakcyjne kąski transferowe, gdyby tylko kontrakty opiewały na dwa-trzy miliony mniej, albo były rok krótsze. Nawet mocno przepłacony center Hassan Whiteside, znalazłby nowy dom z rocznym, a nie dwuletnim kontraktem. Tyler Johnson i James Johnson to bardzo fajni zawodnicy, pasujący do etosu Heat... za 3 miliony mniej na sezon. Goran Dragic, słoweński rozgrywający zarabia tyle ile mu się należy, ale w wieku 32 lat zostało mu mało czasu w NBA.
Na tę chwilę Heat posiadają trzy aktywa, którymi mogą rozgrywać na rynku transferowym: Josh Richardson to agresywnie broniący zawodnik obwodowy, z fundamentalnymi umiejętnościami rozprowadzania akcji, który zarabia około $10 milionów na sezon przez następne 4 lata. Niewygórowana kwota za gościa, który podniósłby poziom praktycznie każdej drużyny. Oprócz niego, Heat rozwijają dwóch młodych zawodników: Justise'a Winslowa i Bama Adebayo. Pierwszy stanowił łakomy kąsek podczas draftu, ale wyhamował przez kontuzje. W tym roku staje przed ostatnią szansą, aby udowodnić Heat, że warto w niego zainwestować. Drugi wygląda jak współczesny szybki center z rzutem z dystansu, który dysponuje największym potencjałem eksplodowania w górną stratosferę ligowych zawodników. Miami może poświęcić przynajmniej jednego z nich w celu pozyskania topowego gracza.

No dobrze, ale co z tym sezonem?

Dla franczyzy która ocenia się poprzez mistrzostwa, oczekiwany awans do play-off to nie prawdziwy sukces. Z drugiej strony ciężko oczekiwać od nich czegoś więcej. Jeśli za elitę na wschodzie uznajemy Boston, Toronto i 76ers, to Heat wrzucamy do grupy drugiej, razem z: Wizards, Bucks, Pacers. Granica możliwości Miami znajduje się jednak bliżej, ze względu na brak prawdziwej, dominującej gwiazdy, jak John Wall w Waszyngtonie, Giannis Antetokounmpo w Milwaukee, czy Victor Oladipo w Indianie. Przy znakomitym indywidualnym sezonie, każdy z tych zawodników może zaciągnąć swój zespół do 5-6 zwycięstw więcej. Biorąc pod uwagę fakt, że Miami ma najlepszego trenera z wymienionych zespołów, oczekuję, że Heat rozbiją niedoświadczone zespoły i słabszych fizycznie przeciwników. Problem pojawi się w pojedynkach, w których jeden zawodnik będzie miał przejąć na odpowiedzialność za zakończenie spotkania. Rozmowy transferowe, w których na pewno Heat będzie uczestniczyć mogą spowodować duże różnice w składzie na koniec sezonu.

Przewidywania

Las Vegas stawia over/under całkiem nisko, tak jakby podważając system Heat, zapominając, że grają w konferencji wschodniej: 41.5. Całkiem spokojnie odpowiadam zatem, że Heat wygrają 44 spotkania, przegrywając 38. 

środa, 10 października 2018

Zapowiedź sezonu 2018/19 - Memphis Grizzlies

Drogi Mateuszu,

Przegrywające drużyny w konkretnym sezonie NBA należą do dwóch podgrup. Jedne, niczym ofiara losu w szkole, nie posiadają siły aby nie dostawać w mazak.
Pozostałe mierzą się z niespodziewanymi okolicznościami, jak na przykład poważna kontuzja najlepszego zawodnika. Memphis Grizzlies należy to tej drugiej kategorii, ponieważ przed ubiegłym sezonem celowali przynajmniej w walkę o awans do play-off. W osiągnięciu dobrego rezultatu przeszkodziła im kontuzja kostki Mike Conleya. Szybki rozgrywający (syn złotego medalisty olimpijskiego w trójskoku) to prawdopodobnie jeden z najbardziej niedocenianych koszykarzy w całej lidze. Ze względu na siłę tej pozycji na zachodzie, jeszcze nigdy nie wystąpił w meczu gwiazd, ale za to cały system gry Memphis polega na jego zdolności atakowania kosza i cierpliwym przygotowywaniu dobrych akcji dla niekoniecznie utalentowanych kolegów. Jego statystyki same w sobie nie powalają na kolana, ale brak Conleya w składzie zawsze zwiastuje poważne problemy dla Grizzlies. W zeszłym sezonie, drugi najlepszy zawodnik, Marc Gasol, wyglądał słabo i purtał się, ponieważ Memphis zauważyło swoją szansę na wzmocnienie składu i poprawienie przyszłości poprzez draft. Zawsze cieszy kiedy dobrze prowadzony zespół po pojedynczym słabym sezonie dostaje szansę na solidne wzmocnienie. Przez poprzednie siedem sezonów Memphis awansowało do play-off, zawsze szczycąc się twardą, staroszkolną defensywą. Ze względu na wiek głównych aktorów (Tony Allen i Zach Randolph), władze zdecydowały, że czas na przemianę skostniałej drużyny, pozostawiając w składzie tylko Conleya oraz Gasola, i dokładając do nich nowych zawodników.

W drafcie (wybór nr 4) Grizzlies wybrali Jarena Jacksona Jr., jednego z najmłodszych zawodników wchodzących do ligi, ale jednocześnie (podobno) jednego z najbardziej utalentowanych. Jeśli Jackson wypali, to Memphis kontynuuje linię znakomitych zawodników podkoszowych, która sięga do początku wieku i Pau Gasola. Nie ma lepszego mentora w lidze dla takiego zawodnika, niż Marc Gasol, a przy szybkim rozwoju Jacksona istnieje szansa, że będą się uzupełniać na boisku tak długo, jak Gasol będzie chciał grać. Triple J przykuł uwagę Grizzlies ze względu na zasięg ramion, intuicyjną grę w obronie, i ruchliwość pozwalającą mu pilnować zawodników na obwodzie. Pozostałe umiejętności to na razie surowizna, ale Jackson pokazał że nie boi się próbować rzucać z dystansu, a oszukać go pod koszem nie będzie łatwo.

W Memphis mocno trzymają kciuki aby wszystko wypaliło, ponieważ kosztowne decyzje z przeszłości dotyczące kontraktów nie pozwalają im łatwo sprowadzać zawodników. Krytyczna okazała się zwłaszcza umowa Chandlera Parsonsa, który do Grizzlies przychodził w glorii chwały, mając uzupełnić skład walczący o mistrzostwo. Z rzeczywistością zderzyły się jego kolana, powodując, że w dwa lata zagrał tylko 73 mecze, a umowa ciągle opiewa na około $50 milionów. Nikt w lidze nie zabierze go z Memphis, dlatego muszą wierzyć, że letni reżim treningowy z nowymi trenerami spowoduje pierwszy sensowny sezon Parsonsa w niebieskich barwach.
Jak widać, na razie wszystko opiera się na ryzykownym zdrowiu Conleya, Gasola i Parsonsa, więc powtórka z zeszłego sezonu to też realistyczny scenariusz. Na ten moment Memphis Grizzlies przystępują do sezonu z optymizmem, ale jeśli zaczną słabo, to muszą dokończyć słabo, inaczej ich wybór w drafcie przejdzie do Bostonu.

Przewidywania

Las Vegas widzi wiek, problemy, zachodnią konferencję i decyduje się nie wierzyć. Over/under stoi na zaskakująco niskim 34.5. Ja wybieram Grizzlies jako potencjalnych kandydatów do mocnej poprawy. Nie wiem czy wystarczająco mocnej na play-off, ale 41-41 uznaję za możliwe.