czwartek, 14 marca 2019

W poszukiwaniu zaginionego szczęścia

Drogi Mateuszu,

Ponieważ w obecnym składzie demograficznym NBA funkcjonują przede wszystkim tak zwani "Millenialsi" (do których należymy także my, bo formalne definicje sugerują rozpoczęcie tego pokolenia od 1983; na ten moment w lidze ciągle funkcjonuje 11 zawodników, teoretycznie należących do innej generacji), dlatego liga zaczęła mierzyć się z problemami, wynikającymi z psychologicznego położenia dzisiejszych młodych dorosłych.
W tym momencie, nawet komisarz NBA, Adam Silver, zauważa, że większość zawodników czuje się niezadowolona, biorąc pod uwagę oczekiwania, jakie mają od miejsc, w których grają, jak i drużynowej sytuacji, a także wielu innych czynników.

Kiedy Travis śpiewał w "Side"o tęsknym spoglądaniu na życie po drugiej stronie płotu, nie do końca rozumiałem, w jaki sposób może odnosić się to do mnie, a tym bardziej do znakomicie uposażonych gwiazd sportu, pracujących w wymarzonym zawodzie. Im bardziej jednoczę się z millenialną myślą niezadowolenia z systemu, w który zostałem wpędzony wbrew mojej woli, tym bardziej jestem w stanie wykazać empatię dla ludzi, którzy stanęli przed wymarzonym szansą zarabiania na życie w okupacji, która ekwiwalentnie opłaca ich za faktyczne umiejętności (często dające się skalkulować matematycznie). Nie da się mentalnie przekroczyć progu odczuć drugiego człowieka, ale przy obserwacji graczy wystawionych na permanentną ocenę i mierzącą się z realnymi oczekiwaniami, okazuje się, że życie, i natura ludzka nadal wygrywają ze sztucznie wyłożonymi granicami tego, kiedy z zewnątrz uznajemy człowieka za osiągającego prawdziwy sukces.

Ponieważ obecnie mamy w lidze tyle przykładów zawodników, którzy próbują określić swoje miejsce na ziemi, nie możemy łatwo zganić ich rozterek na jednoznaczną przyczynę. Gdyby ten sam wirus przechodził przez gwiazdy, klasę robotniczą, i odrzutków, wtedy można byłoby pytać o diagnozę stanu ligi, i zastanawianiu się nad jej przyszłością. Sytuacja kontraktowa i pieniężna nie chyboce się, i nie stanowi źródła konfliktu między kosmicznie bogatymi właścicielami klubów, a bardzo bogatymi zawodnikami.
Wręcz przeciwnie, wygląda na to, że negocjacje przebiegają we wzajemnej atmosferze zrozumienia, wynikającej ze zmiany pokoleniowej biznesmenów kupujących kluby, i wzrastającej inteligencji finansowej pracowników (którzy też zdają sobie sprawę, jaką władzę mają nad kształtem ligi). Oczywiście, to wszystko może rozpaść się przy kolejnych związkowych negocjacjach w 2022, natomiast w tym momencie przyjmujemy, że finansowe zdrowie ligi rozgrywa się słusznie między dwoma stronami. Skoro zatem podstawa piramidy Maslowa zostały wypełnione, co powoduje, że zawodnicy wydają się być coraz bardziej niezadowoleni z życia? Miliony winny wypełniać wszystkie luki w osobowości, relacjach, i niwelować działanie chemii w głowie i sercu człowieka. Spójrzmy zatem niesprawiedliwym spojrzeniem na głównych producentów obecnego zamieszania w nieprzewidywalnym sezonie telewizyjnym i sportowym NBA.

Anthony Davis rozlicza swoją bibliografię w kontekście historycznym po napisaniu pierwszego rozdziału

Od momentu kiedy wkroczył do ligi, New Orleans Pelicans próbowali złożyć koło niego zespół gwarantujący atak na pozycję behemotów, zwłaszcza, gdy tylko okazało się, że Davis może być najlepszym zawodnikiem w lidze. Największym sukcesem okazało się ściągnięcie Jrue Holidaya, jednakże kumulacja pozostałych ruchów sprowadziła Pelicans do mierności. A może to wcale nie od nich zależało? Może to Davis gwarantujący 30 punktów, 12 zbiórek i 2.5 bloku nie sprostał oczekiwaniom? Jeśli ktoś myśli w ten sposób, i dał upust swoim przekonaniom w publiczny sposób, to przyczynił się do zmiany Davisa z tego, który chce wyciągnąć Pelicans ponad przeciętność, w tego, który doskonale zdaje sobie sprawę co zrobiły lata poświęcania się Minnesocie Kevinowi Garnettowi.
Czy świadomie, czy nie, AD bierze kwestię swojej legendy w swoje ręce. Przeglądając dostępne mu manewry, dobrze widzi, że do najskuteczniejszych ruchów należy przeprowadzka. Przymyka oko na "niedolę" Kyrie Irvinga i LeBrona Jamesa walczących z niespełnianymi oczekiwaniami, ale widzi radość Paula George w Oklahomie, i ciężar zdjęty z Chrisa Paula w Houston. Oraz obserwuje to, co czuje Kawhi Leonard w Toronto, ale podobnie jak reszta ludzkości, nie jest w stanie rozczytać jego komputerowego kodu.
Wbrew oczekiwaniom wszystkich, domagając się transferu, poniesie także stratę finansową, ale dzięki obecnej strukturze kontraktów, tę różnicę zniweluje mądrym zarządzaniem dalszą karierą. Pytanie brzmi zatem, czy w nowym miejscu odnajdzie spokój i szczęście? Jeśli trafi do Lakers, to znajdzie się wśród LeBronowskiego cyrku, który na ten moment zdaje się dobiegać końca. Działalność około-Lebronowska zawsze przynosiła mniejsze zyski dla zawodników podkoszowych. Zarówno Chris Bosh, jak i Kevin Love zmienili się z niepodważalnych gwiazd swoich zespołów w pomocników wypełniających drobne role, ograniczając swoje działania w ofensywie do niezbędnego minimum. Davis stanąłby przed ostatecznym egzaminem, jako najlepszy zawodnik, z którym LeBronowi przyszło grać w zespole. Czy wreszcie doczekalibyśmy się odpowiedzi na pytanie, jak wygląda drużyna, w której James ustępuje pola komuś, kto ciągle nie osiągnął szczytu trajektorii swojej kariery? Wbrew pozorom nawet uniknięcie budującej się obecnie tragedii Los Angeles nie oznacza, że Davis spotka swoje szczęście wybierając inne miasto. Na każdym kroku czekają te same pułapki, w które wpadła franczyza w Nowym Orleanie, wzmagane przez fakt, iż jeśli AD będzie chciał zostać wytransferowany przed wolną agenturą, to musi liczyć się z tym, że w zamian za jego przybycie, klub zapłaci karę w postaci oddania większej i utalentowanej części składu. Zakładając, że dysponujący najciekawszą skarbnicą Boston składa wymarzoną przez Pelicans ofertę, nadal zostawia to przetrzebiony skład Celtics, w którym może nawet zabraknąć Kyrie Irvinga, a to przecież moc gwiazd decyduje o ostatecznym sukcesie.

Podsumowując. Niezadowolony (słusznie) z tego, jak patrzymy na jego karierę, ze względu na nieudolność Pelicans, podejmuje decyzję (zgodnie z radą swojej nowej agencji) o żądaniu transferu. Nawet te osoby, które sympatyzują z jego pozycją, rozumieją, że postawił się w najtrudniejszej sytuacji. Po pierwsze, dwa lata przed końcem kontraktu, tak naprawdę nie ma nic do powiedzenia na temat zespołu, w którym wyląduje. Po drugie, zamienia koszykarską siekierkę na kijek, nie zyskując uznania w oczach publiczności. Jego głowa chodzi pomiędzy opiniami o jednym z najlepszych zawodników w lidze, a notorycznym rozczarowaniem, które dodatkowo nie może wykazać się cierpliwością dotyczącą budowy franczyzy. Anthony Davis pozostaje w środku, sam, ostatecznie płacąc za wszystkie konsekwencje swojej decyzji.

Kyrie Irving docenia swoje młodzieńcze doświadczenia za późno, i aplikuje je w niewłaściwy sposób

Historia Kyrie przyjmuje za dużo twistów, aby donosić o nich tutaj w formacie reporterskim. W tej chwili Irving żyje między przeświadczeniem, że domyślnie nie istnieją dobre sytuacje w NBA, a przekonaniem, że to on sam tworzy nieznośną atmosferę miejsca pracy. Początkowe lata jego kariery opierały się na wyobrażeniu tego, co oznacza Kyrie. Sezon w Duke został skrócony przez kontuzję pleców, a początkowe lata w Cleveland nie miały znaczenia, jak przystoi to zespołowi notorycznie przegrywającemu ponad 50 spotkań w sezonie. Osobowość Kyrie zaczęła nabierać kształtu dopiero wtedy, kiedy LeBron wrócił do Cavaliers. Wraz z formulacją super-drużyny w Ohio nadszedł czas, aby rozliczać Irvinga z przydatności i osobowości. Na boisku Kyrie okazał się niezbędnym elementem krucjaty LeBrona stawiającego czoła lepiej uzbrojonym przeciwnikom z Kalifornii. Po zdobyciu tytułu, jego myśli popłynęły w stronę ledwo widocznej, utopijnej wyspy, na której palmy rosły trochę wyżej, trawa była zieleńsza, a LeBron nie siedział na tronie (gotowy ustąpić przy oznakach starzenia). Dopiero wtedy poznaliśmy Kyrie jako gościa, który woli wystąpić po swoje zbyt wcześnie, niczym Luke Skywalker urywający trening na Dagobah, przekonany, że jego marionetkowy mistrz przekazał mu wszystkie możliwe informacje.
Nie jestem nieprzekonany, że to ten Brutusowy moment nie oznaczał prawdziwego końca kariery Jamesa walczącego o ostateczne trofeum (wszakże nikt nie spodziewał się, że Cavaliers mają jakiekolwiek szanse na wywalczenie tytułu przeciwko tytanom z Oakland). Irving wypłynął więc zadowolony w wyspy bostońskie, ale napotkał nieznane sobie problemy, nieobecne postaciom drugoplanowym. Młodzi zawodnicy nie rozumieją powagi play-off? Ktoś oczekuje od swojej pozycji więcej, niż przydałoby się drużynie? Ależ drogi Kyrie, przed chwilą to byłeś ty, pytając Mike Millera w trakcie 37. meczu w sezonie czy tak wygląda atmosfera play-off. Nie umiałeś zrozumieć też, że w mistrzowskim zespole każdy dopasowuje się do swojej roli. Twoja przeprowadzka do Bostonu miała udowodnić, że umiesz zarządzać ludźmi... i wykazała kompletne przeciwieństwo. Nie umiem stwierdzić, czy jest spokojne miejsce, w którym Kyrie znajdzie swój zen, wyrównujący jego oczekiwania i drużynowe umiejętności, ale jeśli nie zadowala go zbiór, który proponują Celtics, to ciężko wyobrazić sobie kombinację podchodzącą pod ideał.

Najgorsze są te momenty, kiedy Irving wypowiada się jak najstarszy na świecie człowiek, odwołujący się do czystości sportu i uwłacza biznesowej stronie NBA, krytykując obecność kamer, reporterów, artykułów, a może nawet fanów, nie pozwalających mu cieszyć się pięknem koszykówki na najwyższym poziomie. Rozumiem w pełni, że kieruje nim nostalgia za graniem w parku/podjeździe, z kolegami, w niewymiarowych halach, i innych archetypach, o których zazwyczaj opowiadają ligowi zawodnicy. Zagłębienie się w świat budowania światowej marki i granie w Hollywoodzkim filmie, przeczą słowom Irvinga, który chce zjeść ciastko i mieć ciastko. Z takim nastawieniem nie spodziewam się, aby łatwo było mu znaleźć miejsce, w którym będzie naprawdę szczęśliwy. Z tego co wiem, to za każdą franczyzą podążają fani, reporterzy, i media społecznościowe, a Kyrie zazwyczaj gra na takim poziomie, że to jego rozlicza się z odpowiedzialności za drużynowe wyniki. Czasami jest tak, że marzenia o samodzielności oznaczają walkę z najgorszym szefem na świecie - samym sobą.

Kevin Durant osiąga szczyt, jednocześnie zmieniając się w coraz większego cynika

Największa zmiana charakteru jaką zaobserwowałem w trakcie mojej przygody z NBA. Kiedy grał w OKC, sprawiał wrażenie tego typu gwiazdy, za którą wszyscy mogą się wstawić. Nienaganne umiejętności na boisku, przyjemna osobowość, nie tocząca walki z bezustannie wściekłym Russellem Westbrookiem. Jeśli Kyrie Irving dążył do modelu czystości koszykarskiego istnienia, to Durant był najbliższym tego wzorem. Nie potrafię sobie racjonalnie wytłumaczyć w jaki sposób osiągnięcie ostatecznego sukcesu po przejściu do Golden State Warriors (przypomnę - szczyt OKC to przedwczesne finały w 2012, i tragiczna porażka z Warriors w 2016) spowodowało, że obecna wersja KD brzmi jak zgorzkniały typek, któremu uciekły wszystkie życiowe szanse. Myślę, że nie było żadnego kibica koszykówki, i samego Duranta, który myślał, że po podpisaniu kontraktu z GSW czeka go cokolwiek innego niż niepodważalny sukces. Odejście Kevina z OKC można było interpretować w prosty sposób - uciekł z czyśćca mało zaawansowanej koszykówki, i trenerów, którzy nie potrafili stworzyć boiskowej sytuacji, maksymalizujące jego talenty. Mistrzowscy Warriors jawili się jako studenci wyższej szkoły nowej koszykówki, zachęcającej swobodą nauczania i szerokim wachlarzem programów gwarantujących sukces w przyjemnej atmosferze w otoczeniu równie utalentowanych zawodników.

Dlaczego zatem pamiętam Duranta jako bardziej szczęśliwego człowieka, kiedy tyrał na wymagającej posadzie zbawiciela Oklahoma City? Dlaczego współczesny Durant nie potrafi odpowiadać na pytania w inny sposób, niż odstrzeliwując cierpkie słowa w stronę reporterów, którzy chcieliby się dowiedzieć takich rzeczy jak: skoro nie chcesz debat na temat twojej przyszłości, to dlaczego nie podpisałeś kontraktu na kilka lat?
Jego podcasty z Billem Simmonsem, oraz zbiór poezji wywiadów zdradza tendencje kogoś, kto mówi o tej samej czystości produktu, co Kyrie Irving, ale jednocześnie zdaje sobie sprawę, że bezapelacyjny sukces (2x MVP finałów) nie rozwiązuje mentalnych problemów, i nie ubezpiecza go przed krytyką. Gdy Michael Jordan sięgał po trzecią z rzędu nagrodę w finałach, a potem uciekł grać w baseball, to tłumaczył się pewnym zmęczeniem materiału, ale jego pozycję można było uzasadnić tym, że stał się jednostkowym ambasadorem NBA, graczem odpowiedzialnym za wizerunek ligi, i uniwersalnym idolem, przyciągającym magnetycznie ludzi, których koszykówka kompletnie nie interesowała. W 2019, Kevin Durant może być najlepszym zawodnikiem w lidze (i gra w Golden State nigdy nie powinna wyciągać go z tej dyskusji), ale na jego barkach nie stoi reputacja i promocja całej ligi. To zadanie nie leży też na LeBronie Jamesie, gdyż NBA pozwoliło na budowę marek i ulubieńców na wskroś całej ligi. Skąd zatem to zgorzknienie, frustracja, i zrujnowanie publicznego wizerunku? Być może chodzi o dźwięk rozbitego lustra, dotyczącego osiągnięcia ostatecznego sukcesu. Tak, Kevin Durant dopiął swego, wychodząc z OKC i zdobywając tytuły w Oakland, ale czy okazało się to niewystarczające? W jego wypadku mamy do czynienia z połączeniem wcześniej omawianych czynników: zadbał o swoją reputację wygrywając, podjął świadomą decyzję na temat swojej przyszłości, i zmaksymalizował finansowe zyski. Jeśli pomimo tego jego marzenia wracają do czystości wykonywanego zawodu, to znaczy, że w końcu musimy zrozumieć, że to nie rzeczy opisywalne z zewnątrz oznaczają wewnętrzny spokój. Zwłaszcza, kiedy social media gotowe są przyczepić się do wszystkiego, poczynając od niezadbanej brody, do wężowatego dołączenia do najlepszego zespołu w lidze. Durant istnieje jako posąg w świecie koszykówki, ale jego człowieczeństwo otrzymuje ciosy, niczym pinata specjalnie przygotowana dla mediów społecznościowych.

To tylko kilka z najważniejszych przykładów obrazujących różnicę między wewnętrznymi i zewnętrznymi oczekiwaniami tego pokolenia, i niespełnienia ludzi, którzy dotarli do szczytu swojej profesji. A przecież mamy jeszcze szukającego miejsca na swoją kłótliwą osobowość Jimmy'ego Butlera, LeBrona Jamesa godzącego dyskusję o swoim postrzeganiu w annałach z planowaniem przyszłości, i mnóstwo młodych graczy często środowiskowo programowanych na niezadowolenie z suboptymalnych sytuacji sportowych i życiowych.
Kształt ligi zawsze będzie opierał się na dwóch rzeczach - ekonomicznej sytuacji ustawiającej życie koszykarzy, i odzwierciedlenia społeczeństwa, w którym żyjemy. Bardzo łatwo prychnąć z lekceważeniem na problemy ludzi zarabiających więcej, niż nasze rodziny będą widziały w sumie przez kilkanaście pokoleń, ale czytanie profili, wywiadów i słuchanie rozmów z nimi uświadamia mi, że większość (nawet jeśli przynajmniej pozornie) zdaje sobie sprawę w jak uprzywilejowanej sytuacji stoi. Myślę zresztą, że to kolejny z punktów nacisku, który stawia ich na świeczniku i zmusza do walki z wizerunkiem rozpuszczonych milionerów, a także wymaga odpowiedniego wkładu zwrotnego w społeczeństwo. Paradoksem pozostaje, że przez jednoekranową bliskość do nich, oczekujemy od sportowców o wiele więcej, niż od miliarderów, którzy płacą ich pensje, a odwracają każde możliwe prawo, tylko po to, by oddawać społeczeństwu jeszcze mniej. Nawet zakładając, że wszyscy gracze w NBA spełniają nasz pesymistyczny wizerunek mieszkańców wieży z kości słoniowej, to i tak gracze AD2019 jawią się bardziej światłymi, ciekawymi i społecznie uświadomionymi, niż ci z początku tysiąclecia. Niektórzy pracują charytatywnie na lokalnych rynkach, a inni poświęcają swój czas na akcje o większym zasięgu. Mam wrażenie, że czasem ta rzeczywistość i praca daje większą satysfakcję w porównaniu z trudnym do nawigacji światem profesjonalnej koszykówki. Z takiego dystansu mogę oceniać to mylnie, i wtedy nie ma ratunku dla naszego pokolenia? Póki nie dotarłem do nieskończenie cynicznego wieku, pozwolę sobie zatrzymać optymizm, ukryty za ciągle atakującym poczuciem niespełnienia. 99% millenialsów nigdy nie będzie umiało zrobić wsadu, ale może w publicznie rozliczających się z życiem rówieśnikach bez prawidłowych odpowiedzi leży jakaś uniwersalna lekcja.

Michał.

środa, 13 lutego 2019

Czy Los Angeles Lakers powinni zakończyć sezon LeBrona?

Drogi Mateuszu,

Miałem pomysł na tego posta jeszcze przed brzydką porażką Lakersów z Atlanta Hawks, ale taka wpadka wpakowała więcej mocy w moje myślenie. Może najkorzystniejszym działaniem dla LeBrona i jego przyszłości w Los Angeles, jest zakończyć ten sezon, dopóki nie zrobił sobie większej krzywdy? Oczywiście doskonale wiem, że szanse na to są mniej więcej takie, jak "Diablo: Wyścig o wszystko" na Złotą Palmę na festiwalu w Cannes, jednak chciałbym uargumentować moją propozycję.

1. LeBron zaliczył pierwszą poważniejszą kontuzję od wielu lat (nie wliczam do tego samodzielnego wysłania się na rekuperacyjne wakacje w 2015), naciągając notorycznie problematyczną pachwinę. Ze źródeł przeczytanych i zasłyszanych (dzięki, Błażej!) dowiedziałem się, że ten uraz wydaje się zdrowieć o wiele szybciej, niż naprawdę to robi, a łatwo nabawić się go ponownie. Dodatkowo, taka kontuzja ogranicza ruchliwość koszykarza, co jest szczególnie ważne w przypadku Jamesa, obchodzącego w tym roku 34. urodziny. Już od kilku sezonów LeBron bardziej przypomina radziecki, aniżeli niemiecki czołg - ciągle absolutnie nie do zatrzymania, ale da się go szybko obiec. Jeśli Bron planuje grać do czterdziestki, i osiągnąć większe sukcesy w dalszych latach swojego kontraktu w LA, to może warto odpuścić sobie ten sezon, w którym Lakers nie są w stanie złapać jakiegokolwiek rytmu w grze i zebrać się na serię zwycięstw, co prowadzi mnie do następnego punktu.

2. FiveThirtyEight daje Lakersom 31% szansę na awans do play-off, tuż za Los Angeles Clippers. Modele statystyczne nie umieją uwzględnić "efektu LeBrona", jednakże trudność tegorocznej zachodniej konferencji może okazać się zbyt grubym wyzwaniem nawet dla LeBrona i jego młodzieżowej kompanii. Mordercza walka o 8. miejsce wymagać będzie dramatycznego pościgu i poświęcenia, przede wszystkim ze strony Jamesa. Już w meczu Hawks, Król musiał zagrać ponad 37 minut, trzymając wynik w ryzach, i to przeciwko jednemu z najmłodszych i najsłabszych zespołów w lidze. 25 dodatkowych spotkań w tym stylu może oznaczać nawrót kontuzji, albo absolutne wyczerpanie przed play-off, gdzie jeszcze spotkałaby go kara w postaci batów od Golden State Warriors w pierwszej rundzie. Według Tankathon, przed Los Angeles stoi dziewiąty najtrudniejszy rozkład gier w lidze, a nie wszyscy zawodnicy dorośli do walki w kluczowym momencie, zwłaszcza, kiedy grają rozproszeni.

3. Jak czułbyś się w szatni, gdybyś dowiedział się, że stanowiłeś jedną z 9 potencjalnych opcji położonych na szalę w transferze Anthony'ego Davisa, który oczywiście nie doszedł do skutku? Od momentu, kiedy LeBron przybył do Miasta Aniołów, Brandon Ingram, Kyle Kuzma, Lonzo Ball, Josh Hart i inni, nie słyszą nic innego, jak to, jaką dysponują wartością dla reszty ligi, i na co można ich wymienić. Gdybyśmy mieli do czynienia z wieloletnimi weteranami, przyzwyczajonymi do tego, jak robi się ligowy dżemik, to atmosfera w szatni mogłaby się utrzymać.
Inaczej sprawa wygląda, kiedy wszyscy młodzicy próbują odnaleźć swoje miejsce na boisku i w ligowej rzeczywistości. zwłaszcza, kiedy ich życie wskoczyło na poziom trudności "hard", bo tego wymaga od nich obecność w szatni legendy koszykówki. James przez lata przyzwyczaił się do obecności zawodników, którzy go rozumieją, i próbują się dostosować. Publicznie wyraża zrozumienie i cierpliwość, ale obserwując upływający czas, ile ma jeszcze nerwów na dodatkową pracę jako au-pair? Gdy młodym graczom kłopoty zaprzątają głowę, a LeBron łypie na nich, jak na przeszkody w sprowadzeniu Davisa, to ciężko skupić się im na boiskowej produkcji. Taki Ingram wygląda na zawodnika, którego sukces boiskowy opiera się w 95% na tym, jaki panuje porządek w jego głowie, Lonzo nie może wykaraskać się z serii kontuzji, a Kuzma i Hart mimo jasno określonych umiejętności, nie zmienią trajektorii lotu franczyzy. Być może ponownie jak w zeszłym roku, należy dać juniorom czas i szansę na zaprezentowanie swoich największych atutów?

4. Zeszłoroczni Lakersi pod wodzą Luke'a Waltona zaskakiwali kompetentną grą w defensywie i szybkim tempem ataku. Stawianie na Ingrama jako wodza ofensywy opłaciło się, i w lutym 2018, tuż przed kończącą sezon kontuzją, naprawdę prezentował się jak ten zawodnik, którego wybrano na bazie potencjału w drafcie. Niekontuzjowany Lonzo także potrafi błyszczeć, a trener nie musi martwić się tylko i wyłącznie jak dopasowywać zmiany pod grę LeBrona. Szansa dla młodych na odetchnięcie, zabawę koszykówką bez presji może oznaczać znaczną odbudowę ich wartości, co kluczowe jest dla kolejnej próby negocjacji z New Orleans Pelicans (pod warunkiem, że ci znowu nie będą trollować Magica Johnsona i Roba Pelinki). Do tej pory Lakers próbowali sprzedawać ich potencjał, dobre trzy miesiące mogą oznaczać dołożenie do transakcji prawdziwej produkcji.

5. Granie młodymi zawodnikami (i częstsze przegrywanie) oznacza także zdobycie dodatkowego dobra, przemawiającego do pozostałych zespołów w rozmowach transferowych. Gdyby sezon skończył się w tej chwili, Lakers wybieraliby z 13. numerem w drafcie, i mieli 5% szans na wybieranie w pierwszej czwórce. Draftowi eksperci (którzy, muszę dodać, często się mylą) twierdzą, że ten draft poza kilkoma zawodnikami, szybko robi się słaby, stąd aby zachęcić potencjalnych kontrahentów, Lakers muszą próbować dostać się wyżej. Atlanta, Chicago, Cleveland, Phoenix i New York są poza zasięgiem, ale kilka innych zespołów obecnie znajdujących się poza play-off jeszcze całkiem mocno o nie walczy. Waszyngton, Dallas, Minnesota, Miami, czy nawet Orlando chcą walczyć o wysoką pozycję w konferencji, zamiast o ping-pongowe piłeczki. Gdyby LA przesunęło się chociażby na pozycję nr 9, to ich szanse na wybór w pierwszej czwórce wzrastają do 20%. Nie wiem, czy w porównaniu z Bostonem zmienia to równanie w sadze Anthony Davisa (Boston ma zarówno lepszych graczy, jak i ciekawsze wybory w drafcie do zaproponowania), ale w dodatkowa karta przetargowa w przypadku innych rozmów transferowych musi być ciekawsza, niż ultra-krótkie play-off.

LeBron James to zawodnik zbyt dumny i ze zbyt wielką kontrolą nad swoimi zespołami, aby pozwolić na taką sytuację. Dopóki stoi na własnych nogach, będzie spinał towarzyszy do walki, wierząc w to, że jego osobliwy i niezwykły talent pozwoli mu sprawiać same niespodzianki w postsezonie. Jeśli Los Angeles Lakers faktycznie chcą myśleć długofalowo, jak na przykład ich sąsiedzi zza miedzy, to może trzeba James'owi racjonalnie zaprezentować korzyści wynikające z dłuższych dla niego wakacji.

Michał

czwartek, 31 stycznia 2019

Szanowni Państwo, wasi New York Knickerbockers!

Drogi Mateuszu,

Kiedy jeden z najważniejszych zawodników w NBA, czyli Marquese Chriss z <sprawdzam na wiki...> Houston Rockets domaga się transferu, a mniej znany Anthony Davis ma w tym samym czasie czelność poprosić New Orleans Pelicans o to, aby wypuścili go wreszcie z więzienia błędnych decyzji i kiepskich sezonów, New York Knicks wykorzystują zamieszanie, aby w ich mniemaniu niezauważalny sposób, zrobić coś głupiego.

Kristaps Porzingis zrozumiał gdzie gra dosyć szybko. Jeszcze za czasów rządów Phila Jacksona odmawiał posezonowej rozmowy z naburmuszonym szefem i uciekał na Łotwę. Przecież widział wyraźnie krótkowzroczne ruchy transferowe i rozdmuchane kontrakty wydawane przebrzmiałym gwiazdom (Joakim Noah), albo niewartym tego zawodnikom (Tim Hardaway jr.). Potem obserwował wyganianie kijem Carmelo Anthony'ego, który nie dopraszał się przecież o "no trade clause" w kontrakcie. Na co dzień musiał prowadzić interakcje z jednym z najgorszych właścicieli w NBA, Jamesem Dolanem. Gdy zerwał więzadła, nie mógł być pewny, czy Knicks nie wykorzystają tego w negocjacjach i haniebnym obniżeniu wartości kontraktu, na który zasługiwał swoją grą. W końcu uznał, że ma dosyć przegrywania oraz otoczenia, i poprosił o prywatną konwersację na temat wizji rozwoju klubu ze Scottem Perrym, prezesem Knicks.

Jak się okazuje, szefowie NYK wykorzystali niezadowolenie KP przeciwko niemu, donosząc w mediach o tym, że marudzi na swój pobyt w Nowym Jorku, i stawiając go przed publiką jako czarny charakter w tej historii. Pod tą PR-ową przykrywką krył się jednak negocjowany wcześniej transfer z Dallas Mavericks, pozwalający Knicks pozbyć się kontraktów-albatrosów, a także niezadowolonego Porzingisa, wybranego przecież w drafcie jeszcze przez Jacksona. Tymi ruchami Scott Perry przygotował budżetowy grunt na ściągnięcie "prawdziwych" gwiazd do Nowego Jorku już latem. Gdy Knicks próbowali tego eksperymentu ostatnim razem w 2010, to zamiast LeBrona, Wade, czy Bosha, zatrudnili Amar'e Stoudemire i jego gumowe kolana. Być może tym razem mają jakieś informacje od np. Kevina Duranta, ale dopóki nie wybiegnie on w październiku na parkiet MSG w pomarańczowej koszulce, to nie mamy co wierzyć w insider trading, i powinniśmy traktować takie manewry jako czcze deklaracje.

Sama transakcja przedstawia się następująco: Kristaps, Courtney Lee, Tim Hardaway Jr. i Trey Burke idą do Dallas, w drugą stronę wędrują Dennis Smith Jr., Wes Matthews, DeAndre Jordan i prawdopodobnie dwa przyszłe wybory w drafcie.
Czego tu brakuje? Właściwej kompensacji, za jednego z najlepszych młodych graczy w lidze! Dennis Smith jeszcze nie zdążył niczego pokazać w lidze, i dopiero co 5 minut temu zaczął domagać się transferu. Nie wspominając już o tym, że Knicks mogli go wybrać zamiast Franka Ntilikiny w drafcie dwa lata temu. DeAndre Jordan w tym wieku okazuje się być balastem, zamiast pomocnym zawodnikiem. Wesa Matthewsa szkoda, ale jego termin przydatności, też powoli dobiegał końca. Dla Knicks najważniejszą informacją jest, że ich kontrakty kończą się latem, robiąc miejsce w budżecie na gwiazdy, a Smith ciągle ma nieodkryty potencjał.
Główną nagrodę w postaci Porzingisa zdobyło Dallas, jednocześnie biorąc na swoje barki zbyt wysokie kontrakty Lee i Hardawaya. Tajemnicą poliszynela jest jednak to, że każdy z tych zawodników (i nawet Burke) jest w stanie pomóc zespołowi. Lee to solidny weteran, trafiający trójki i broniący na rozsądnym poziomie, a Hardaway pomoże zdobywać punkty z ławki. Nie jest to specjalna kara za otrzymanie KP.

Czym ryzykują Mavericks? Po pierwsze, nadal nie wiadomo jak wygląda stan kolan gigantycznego, chudego kolesia, który co sezon boryka się z problemami zdrowotnymi. Dallas to jednak mądra organizacja, która na pewno spróbuje doprowadzić go do absolutnego porządku, i nie założy, że musi grać po 38 minut na mecz od powrotu. Po drugie, ze względu na możliwości kontraktowe Porzingisa, nie jest powiedziane, że przedłuży kontrakt z Mavericks. Już od tego momentu zacznie się gra negocjacyjna, ale wydaje mi się, że po obu stronach stołu istnieje chęć dogadania się. Na boisku nie mogę się doczekać sparowania Doncic -> Porzingis, bo Luka to najlepszy playmaker, z jakim przyjdzie grać KP w całej jego karierze.

Na oceny za wcześnie, ale fani Knicks po raz kolejny łapią się za głowy.

niedziela, 20 stycznia 2019

Mecz gwiazd sezonu 2018/19 - Kto zasługuje?

Drogi Mateuszu,

Zbliża się najważniejszy mecz sezonu, w którym zmierzą się "najlepsi" zawodnicy ze Wschodu, jak i Zachodu. W zeszłym roku dokonano poważnych zmian w systemie głosowania, oraz doboru składów, po to, aby nudny, wśród-meczowy konkurs wsadów wrócił do postaci prawdziwego meczu koszykówki, gdzie drużynom zależy na wygranej. Zasady są następujące:

Fani głosują na swoich ulubieńców, w tym roku wspierani przez Google. Jeśli wyszukasz nazwisko wybranego zawodnika, to możesz automatycznie oddać na niego głos, a masz ich dziesięć dziennie. Głos publiczności liczy się w 50%, i ta zmiana nastąpiła w odpowiedzi na sytuacje, kiedy niezasługujący i kontuzjowany Yao Ming wygrywał całościowe głosowanie w związku z faktem, że pochodził z kraju, który ma najwięcej ludzi na świecie. Pozostałe 50% rozdzielamy równo między dziennikarzy, oraz zawodników.
Niestety okazało się, że koszykarze, którzy tak często narzekają na niekompetencję pismaków, a także ich brak doświadczenia w graniu w lidze, nie podchodzą do głosowania specjalnie poważnie. Sporo z nich nie oddaje głosów na czas, część oddaje głosy na siebie, albo podaje żartobliwe wybory. Na całe szczęście eksperyment ze zmianą struktury głosowania możemy uznać za udany, bo w zeszłym roku obyło się bez niewytłumaczalnych decyzji.

W ten sposób wybierana jest pierwsza piątka, dwóch obrońców i trzech zawodników podkoszowych (zwróć uwagę na brak klasycznego centra, co ułatwia życie w momencie, kiedy klasowych w lidze po prostu nie ma). Pozostałych siedmiu graczy wybierają wszyscy ligowi trenerzy, którzy nie mogą głosować na swoich zawodników. Ich skład uzupełnia dwóch obrońców, trzech zawodników podkoszowych i dwie "dzikie karty". Jeśli ktoś nie może zagrać w meczu gwiazd przez kontuzję, trenerzy wybierają jego zastępstwo, i tak do skutku.

Kluczowe zmiany dotyczą jednak samego doboru składów. Od zeszłego roku przestaliśmy oglądać pojedynek Wschód - Zachód, bo w pewnym momencie zarząd NBA zrozumiał, że nikt nie będzie chciał oglądać milionerów odpoczywających po weekendzie imprezowania, niestarających się w ogóle grać w koszykówkę. Dlatego przywrócono zasady wuefowo-podwórkowe. Po dwóch stronach barykady stają zawodnicy, którzy otrzymali najwięcej głosów w swojej konferencji. W zeszłym sezonie byli to Steph Curry i LeBron James. Każdy z nich otrzymuje opaskę kapitana i wybiera sobie skład, bez względu na konferencję. Zaczynają od piątki wybranej w głosowaniu, a potem przechodzą do rezerw. Dzięki temu atmosferę podkręca honor wyłuskania prawdziwego talentu, a także sam proces wybierania. Zawodnicy nie zgodzili się na transmisję all-starowego draftu, być może ze względu na fakt, że ktoś poczuł by się urażony jako ostatni wybór. W tym roku mamy nadzieję, że przedmeczowe emocje trafią na nasze ekrany, ponieważ nie umiem sobie wyobrazić miny jednego z kapitanów, któremu sprzątnięto jego wybór sprzed nosa.

Do pełni szczęścia brakuje tylko wybierania 24 najlepszych graczy w lidze bez względu na konferencję, jednakże zmiany wprowadzone przez NBA ewidentnie przybliżają nas do idealnego rozwiązania (oby za tym poszły także zmiany w play-off). Na ten moment Wschód nie ma aż tylu utalentowanych zawodników, żeby usprawiedliwić pominięcie najlepszych graczy z Zachodu. Mimo wszystko, trzymam się obowiązujących zasad i przedstawię moje wybory do tegorocznego meczu gwiazd.

Wschód


Pierwsza piątka

G - Kyrie Irving
G - Kemba Walker
F - Joel Embiid
F - Kawhi Leonard
F - Giannis Antetokounmpo

Rezerwy

G - Victor Oladipo
G - Ben Simmons
F - Khris Middleton
F - Jimmy Butler
F - Blake Griffin
W -Domantas Sabonis
W - Nikola Vucevic

Smutna sytuacja na wschodzie kraju. Pierwsza piątka wygląda imponująco, kilku zawodników z rezerw też się do czegoś nadaje, ale patrząc całościowo? Wstyd. Kevin Love jest kontuzjowany i nie grał cały sezon, więc nie biorę go pod uwagę, John Wall i Wizards grają poniżej oczekiwań, dlatego nie otrzymują ode mnie żadnego szacunku. Wiem, że Bradley Beal wykonuje bożą robotę pod nieobecność swojego rozgrywającego, i dałbym się przekonać na wstawienie go za jedną z "dzikich kart", ale wolę wynagrodzić kogoś, kto rozgrywa sezon życia (Vucevic), i kogoś kto pełni jedną z najważniejszych ról, w jednym z najrówniejszych zespołów w całej konferencji (Sabonis). Domas zaczyna mecze z ławki, ale imponuje mi jego potworna skuteczność, rozwinięcie się pod każdym aspektem gry, i wykonywanie brudnej roboty na elitarnym poziomie. Gdy grał w Oklahomie, nie wykorzystywano jego atutów. Zamiast grania pod koszem i sprzątania śmieci pozostawianych przez niesprawne defensywny rywali, Billy Donovan zaparkował go na linii trzech punktów, gdzie miał grzecznie otrzymywać podania od Westbrooka i trafiać regularnie trójki, mimo że wcześniej tego nie robił. 

Victor Oladipo otrzymuje ode mnie nominację trochę na wyrost, bo gra słabiej niż w poprzednim sezonie, ale też nie rozczarowuje na całej linii, jak na przykład koledzy-obrońcy z Wizards. Smutne jest także to, że nie umiem wskazać kogoś, kto zasługuje na mecz gwiazd wśród 6. i 7. najlepszego zespołu konferencji, czyli Brooklyn Nets i Miami Heat. Gdyby Caris LeVert nie złamał kostki i grał tak, jak na początku sezonu, mógłbym zobaczyć go wśród najlepszych graczy ligi. D'Angelo Russell zaczął grać dobrze zbyt późno, a jeśli rozmawiamy o rezerwowych, to wolę to, co robi Sabonis, niż Spencer Dinwiddie, ale gdyby ktoś miał inne zdanie, to nie spierałbym się. Zgodnie z założoną konstrukcją całej drużyny, Miami Heat nie dysponuje żadnym wyróżniającym się zawodnikiem. Niedawno Erik Spoelstra dokonał taktycznej zmiany, i kazał grać Justise Winslowowi jako rozgrywającemu, co przyspieszyło karierę zawodnika z gigantycznym potencjałem, lecz trwa to za krótko, aby pozwolić mu zająć miejsce wśród elity.

Czy cała trójka z 76ers zasługuje na mecz gwiazd?... Tak. Uzasadniłbym nawet miejsce dla J.J. Redicka, którego obecność na boisku podnosi kwalitet ofensywny Philadelphii do elitarnych rejonów, ale poprzestanę na Embiidzie, Simmonsie i Butlerze.


Zachód

Pierwsza piątka

G - James Harden
G - Stephen Curry
F - Kevin Durant
F - LeBron James
F - Nikola Jokic

Rezerwy

G - Damian Lillard
G - Russell Westbrook
F - Paul George
F - Anthony Davis
F - Karl-Anthony Towns
W - DeMar DeRozan
W - Rudy Gobert


Ufff. Na Zachodzie jak zawsze ciężki temat. 3/5 pierwszej piątki podlega argumentacji. Po pierwsze Steph Curry, na bazie produktywności zasługuje na miejsce tutaj, ale z kolei zagrał mniej spotkań, niż Damian Lillard, który po raz kolejny ciągnie Trail Blazers w sezonie zasadniczym. Przyznaję miejsce Stephowi, ponieważ jego wyczyny sięgają limitów tego, co da się zrobić w koszykówce, i chcę żebyśmy (podobnie jak LeBrona) doceniali go, kiedy jeszcze gra. James i Lakers nie stoją w najlepszej pozycji. Pierwsza poważniejsza kontuzja Jamesa od niepamiętnych czasów obnażyła wszystkie słabości składu Lakers, gdzie nie mogłem wskazać żadnego zawodnika godnego zaszczytu występu w Charlotte. Na bazie tej różnicy między brak-LeBrona i obecność LeBrona wstawiam go do pierwszej piątki. Jeśli Paul George utrzyma defensywne tempo i wydajność w ofensywie, to na koniec sezonu zamieni się z Jamesem w pierwszej drużynie All-NBA. 

Czy Nikola Jokic to lepszy zawodnik od Anthony'ego Davisa? Raczej nie, ale Nuggets od początku sezonu prezentują siebie, jako prawdziwego kandydata do namieszania w play-off, a sam Nikola to najdziwniejszy zawodnik w lidze - center, którego centrum dowodzenia zarządza podaniami i czytaniem gry, a nie obroną i kasowaniem rywali pod koszem. Może niesprawiedliwie, ale nagradzam go za sukces zespołowy. 

Westbrook przestał umieć rzucać, w zamian zaczął przykładać się do defensywy i trochę bardziej angażuje kolegów do gry niż w poprzednich latach. Karl-Anthony Towns ożył zaraz po tym, jak znęcający się nad jego psychiką Jimmy Butler odszedł do Philadelphii, i zaczął grać na miarę swojego nieskończonego talentu. DeRozan otrzymuje ode mnie dużo szacunku za najtrudniejszą zmianę w lidze. Z jego perspektywy, Raptors wbili mu nóż w plecy, ale dzięki temu trafił do miejsca, gdzie potrafi się wykorzystać jego talent. W jego miejsce mógłby wskoczyć LaMarcus Aldridge, jednak co noc trudniejsze zadanie należy do DeMara. Utah Jazz i Rudy Gobert obudzili się w ostatnich tygodniach, stawiając szczelną blokadę przed koszem. Chociaż młody Mitchell również się obudził, to Rudy jest tym kolesiem, na którym naprawdę można polegać. 

Czy wybory na zachodzie mogą ulec w mojej głowie zmianie? Oczywiście. Z niecierpliwością czekam na wybór zawodników bez względu na konferencję, i rozczarowanie wschodnich "kandydatów", którzy budują CV w oparciu o rozwarstwienie społeczne. Mike Conley z Grizzlies nigdy nie zasłużył na All-Star? Wolne żarty. Miejmy nadzieję, że samo spotkanie przyniesie chociaż tyle emocji, co to zeszłoroczne. Kapitańskie opaski i wybór drużyny wzmagają konkurencyjność do znośnego poziomu, a niczego więcej nie oczekujemy od relaksującego weekendu. 


środa, 12 grudnia 2018

Disneyland czy Toronto dla Orlando Magic?

Drogi Mateuszu,

W zeszłym roku Orlando (jeszcze pod wodzą Franka Vogela) zaskoczyło na początku sezonu, trafiając wszystko za trzy, i dając fanom nadzieje, akumulując bilans 8-4. Oczywiście 12 spotkań w NBA nie musi jeszcze niczego oznaczać, a Magic na koniec sezonu doczłapali się do zaledwie 25 wygranych, co dało im 6. numer w drafcie, gdzie wybrali Mo Bambę. Zarządzający klubem John Hammond nie był zadowolony z pracy Vogela, więc po pożegnaniu go, zatrudnił Steve'a Clifforda, który wykonywał dobrą, lecz ciężką pracę w Charlotte Hornets. Sam sezon dał kilka małych, optymistycznych rzeczy, na których fani mogli się oprzeć. Przede wszystkim, Aaron Gordon wykonał kolejny kroczek do przodu, jednocześnie podpisując latem znośny kontrakt. Jonathan Isaac błysnął talentem, kiedy tylko nie był kontuzjowany, a przychodzącego do składu Bambę uznawano za jednego z najlepiej rokujących młodych zawodników w drafcie. Cóż jednak z tego, skoro żaden z tych panów nie jest rozgrywającym? Wielokrotnie udowodniono, że do funkcjonującej ofensywy potrzeba kogoś, kto potrafi przytomnie wgryźć się w defensywne zasieki przeciwnika. W tym sezonie to zadanie wykonuje rachityczny D.J. Augustin, który prezentuje się O.K.  Czy obecna sytuacja w tabeli Magic odzwierciedla to co widzimy na boisku?

Zacznijmy od fundamentalnych statystyk:

Bilans: 12 - 15 (z czego trzy ostatnie spotkania przegrane, ale nadchodzi mecz z Bulls w stanie wojny domowej.

Konferencja: 8. miejsce (1.5 meczu straty do Hornets, 0.5 meczu przewagi nad grającymi coraz lepiej Miami Heat, do walki mogą chcieć też włączyć się Washington Wizards, czy też nawet Brooklyn Nets). Nawet przy słabszej formie, jeśli Magic chociaż trochę utrzymają tempo, to do końca sezonu będą liczyć się w walce o ostatnie premiowane miejsca w słabiutkiej konferencji.

Ofensywa: 27. miejsce w lidze (uff, brak rozgrywającego daje o sobie znać po raz pierwszy)

Defensywa: 15. miejsce w lidze, co prawdopodobnie trzyma ich tam, gdzie są.

Wyrównanie między tymi dwoma liczbami (-3.4 punkta) powoduje, że tak naprawdę Orlando oceniane jest jako 24. zespół w lidze, a nie jeden z 16 najlepszych. Gratulujemy Wschodowi zajebistego poziomu.

Przewidywania: FiveThirtyEight, które bierze pod uwagę zdrowie zespołu i przewidywaną trudność harmonogramu spotkań, widzi przyszłość Magic pesymistycznie (pomimo faktu, że teoretycznie Orlando do końca sezonu ma jedną z najłatwiejszych ścieżek w lidze). Według ich wyliczeń Magic ma 30% szans na awans do play-off, i zakończy sezon z bilansem 34-48. Lepszymi procentami mogą pochwalić się zespoły wymienione wcześniej, zwłaszcza ze względu na mniejszą dysproporcję między ofensywą i defensywą.

Najlepszy zawodnik: Nikola Vucevic omówiony bardziej szczegółowo w poście na temat wyścigu po MVP.

Kto gra ponad swoje zwyczajowe umiejętności: Patrz kategorię wcześniej. Możliwy jest jednak fakt, że NBA w obecnym kształcie po prostu podeszło Vucevicowi, będącemu w odpowiednim wieku i przejawiającemu talent już wcześniej.

Szukam więc odpowiedzi po rozlicznych statystykach, i oprócz tej rzucającej się w oczy ofensywy ciężko zdefiniować, gdzie dokładnie zmierza sezon Magic. Przyzwoicie zbierają piłki pod swoim koszem (14. miejsce w lidze), grają rozważnie (6. miejsce pośród najmniej tracących piłkę zespołów), i dosyć wolne tempo gry.
Hm, może gdzieś tutaj tkwi ta drzazga? Nie ma w NBA bezpośredniej korelacji między graniem szybko, i graniem wydajnie ofensywnie, ale taki zespół jak Magic, którego talent opiera się na szybkich i skocznych zawodnikach, powinien wykorzystywać każdą sytuację, aby pchać piłki do przodu. W przypadku gdy muszą zwolnić, a rywal ustawi swoją obronę, brak rozgrywającego z prawdziwego zdarzenia daje o sobie znać.

Co mogą zrobić zatem, aby poprawić ofensywę?

Po pierwsze, ktoś w Orlando mógłby wreszcie dać się sfaulować. Magic są najrzadziej(!) faulowanym zespołem w całej lidze, a przecież rzuty wolne to darmowe punkty. Dla przykładu, Los Angeles Clippers, lider tej kategorii, słyszy gwizdki przy 33% swoich akcji, Magic przy ledwo 19%. Co z tego, że całkiem nieźle idzie im rzucanie za trzy (35%, blisko ligowej średniej), skoro zdobywanie jakichkolwiek innych punktów to brodzenie po bagnach.

Do kolejnego ofensywnego kroku do przodu potrzeba przede wszystkim rozwoju Isaaca i Bamby. Na ten moment najważniejszą zębatką w maszynie jest Vucevic, i to akurat dobrze, bo radzi sobie z tym wzorowo. Nie wolno jednakże doprowadzić do momentu, gdy w młodym zespole więcej zadań w ataku biorą na siebie weterani Evan Fournier i Terence Ross, których następny bardzo dobry skład Magic już nie będzie zawierał.

Łatwo mówić o rozwoju młodych zawodników, kiedy wiedziano, że wybierając zarówno Isaaca, jak i Bambę postawiono ma niedokończone produkty. Relatywnie do swojej pozycji Mo i Jon mają najdłuższe ramiona i fundamentalne podstawy, aby pozytywnie dokładać się do kompetentnej obrony. Co prezentują jednak w ataku?

Kiedy na boisko wychodzi Bamba, to ofensywa tonie niczym Titanic. Magic z nim w składzie szorują po absolutnym dnie, nawet biorąc pod uwagę fakt, że 34% skuteczności za trzy u młodego, tak wysokiego centra to statystyka prawie niespotykana. Problem leży w tym, że Mo jeszcze nie umie nic innego. Ani nie porusza się sprytnie pod koszem, ani nie kończy efektownie alley-oopów (trzy w sezonie, przy 213 cm wzrostu), ani nie rzuca z półdystansu.
Wybaczamy mu, bo w pierwszym sezonie nie każdy zawodnik musi grać na takim spokoju jak Luka Doncic. 
Po stronie Isaaca wygląda to ... dziwniej, ale chyba tylko dlatego, że gra w lepszych kombinacjach z innymi zawodnikami. W przeciwieństwie do młodszego kolegi, Jon nie umie w ogóle rzucać z dystansu, i jeszcze mniej angażuje się w ofensywę. W jakiś sposób, w trakcie jego obecności na boisku, wskaźniki Magic wyglądają lepiej, ale to na pewno nie zasługa Isaaca.
Śmiesznie robi się kiedy obaj grają razem, bo wtedy tankują zespół do poziomu licealnego. Najskuteczniejsza piątka Magic nie zawiera żadnego z nich, co albo oznacza, że potrzebują czasu i zdrowia, albo Magic przestrzeliło swoje wybory w drafcie. Jestem zwolennikiem oceniania młodych zawodników dopiero po kilku latach, pytanie brzmi, czy zarząd Orlando wykaże tyle cierpliwości, zwłaszcza, że lepsi Gordon i Vucevic grają na tych samych pozycjach co młodzicy. W statystykach jedyne pozytywy znaleźć można, kiedy Gordon gra albo z Bambą, albo z Isaakiem, nigdy wszyscy na raz.

Dobra wiadomość? Przed nami jeszcze całkiem sporo sezonu, a to właśnie rookie i drugoroczniacy zdobywają wiedzę najszybciej. Przez katastrofalną ofensywę Orlando wpadnie jeszcze w niejeden dołek, gdzie zaczniemy ich szybko skreślać. Niespecjalnie ruchliwa konkurencja w konferencji powinna im pozwolić zachować nadzieje do samego końca. Nawet jeśli występ w play-off to punkt honoru dla Clifforda i spółki, to ważniejszym zadaniem jest obserwacja, jak rozwijają się wysokie wybory w drafcie. Od ósmego miejsca wolałbym, żeby Isaac nauczył się rzucać, a Bamba wykorzystywał swoje warunki fizyczne. Jeśli jednak będą mieli okazję wyczarować play-off bez większego nakładu many, to proszę kontynuować

Michał

czwartek, 6 grudnia 2018

Wyścig po MVP

Drogi Mateuszu,

Będąc w 1/3 sezonu zasadniczego, możemy powolutku zacząć spekulować na temat tego, kto zasługuje na nagrody. Oczywiście, nikt nie jest w stanie włożyć statuetki do swojego sejfu po 26 spotkaniach, jednakże pewne zarysowane trendy często da się ekstrapolować na resztę sezonu. W przypadku nagrody dla najbardziej wartościowego zawodnika w sezonie zasadniczym, kandydaci z grudnia często wracają do konwersacji w maju. Jak jednak określić "wartościowość"?

Dla głosujących na MVP, przy wyborze kandydatów, do gry wchodzą różne składniki. Czasami wszystko zależy od fabuły, którą napisał w konkretnym sezonie dany zawodnik. Gdy Derrick Rose przyjmował honory w 2011, jawił się jako młody zbawca ligi, potrafiący odebrać prymat niepodzielnie dominującemu LeBronowi Jamesowi. Nawet jeśli statystyczne rezultaty Rose'a nie psuły matematycznych wzorów analitykom opisującym grę (25pkt/8as/4zb, na dosyć niskiej skuteczności z gry), to ponieważ poprowadził Chicago Bulls do pierwszego miejsca w konferencji, w sezonie zasadniczym, przywracając franczyzie blask, część ekspertów wolała zagłosować na niego, niż trzeci raz z rzędu na LeBrona. Od tego (kontrowersyjnego) sezonu wyznaczamy limes obserwowania kryteriów, które obrałem przy tworzeniu listy. Skrajne wartości pozwolą wyeliminować zawodników nie zasługujących na nagrodę, oraz budowaniu spójnej narracji i zasad mojego głosowania od początku do końca. Po drodze opiszę, na jakie kryteria mocniej zwracają uwagę niektórzy głosujący, i dzięki temu zostaniemy ze skróconą listą zawodników, wśród których subiektywnie wybiorę najlepszego do tej pory zawodnika sezonu.

1. Oparcie wstępnej listy o PER

PER to wzór stworzony przez obecnego wiceprezydenta Memphis Grizzlies, Johna Hollingera. Kiedy jeszcze był statystykiem i autorem pracującym dla ESPN, sprowadził wszystkie liczby z box-score'a do jednego, wygodnego numeru, dającego nam do zrozumienia jak dobrze radzi sobie dany zawodnik w konkretnym sezonie.
15 wyznacza średnią ligową, 20-25 poziom All-Star, a 25-32 sezon wybitny. Jak zawsze, sprowadzanie skomplikowanej tematyki do prostej odpowiedzi zawiera poważne błędy i uproszczenia. PER premiuje dużych, dobrze zbierających piłkę zawodników, i nie docenia obrony. Kiedy najlepszy sezon pod względem PER należy jednak do Michaela Jordana, a doroczne listy 20-30 najlepszych zawodników nie zawierają specjalnych anomalii, musi to oznaczać, że PER coś robi dobrze. 

Kiedy Rose wygrywał MVP, jego PER wyniosło 23.72 punkta. Wystarczyło mu to na 9. miejsce w lidze (pierwszy był LeBron, a przed Rosem między innymi Dwight Howard, lol). Ustalając dolną granicę na takiej wartości i segregując według niej listę, zostaje nam dziewiętnastu zawodników. Największy kwiatek? Boban Marjanovic z Los Angeles Clippers, który zawsze gra 10 produktywnych minut na mecz, lecz jest zbyt duży i nieruchliwy, aby zostawać na boisku na dłużej. Poza nim niespodziewanie na liście znajdują się energetyczni gracze podkoszowi, zazwyczaj nie marnujący rzutów, i nie podejmujący ryzykownych decyzji na boisku: Montrezl Harrell (Clippers), Clint Capela (Rockets), Nerlens Noel (Thunder), Domantas Sabonis (Pacers), Jusuf Nurkic (Blazers). Ich też od razu wykreślam, jednocześnie doceniając zasługi zespołowe. Nie od nich zależy jednak prawdziwy sukces zespołu. Gdyby któryś z nich okazał się typową gwiazdą, potwierdzając swoje umiejętności przy rozszerzonych wymaganiach, to oczywiście wróci na tę listę.

Na ten moment pozostaje w dyskusji trzynastu koszykarzy.

1. Anthony Davis
2. Giannis Antetokounmpo
3. Kevin Durant
4. Stephen Curry
5. Nikola Vucevic (WHO?)
6. James Harden
7. LeBron James
8. Joel Embiid
9. Nikola Jokic
10. Kawhi Leonard
11. Damian Lillard
12. Rudy Gobert
13. Kyrie Irving

Przejdźmy do progu eliminacyjnego numer 2.

2. Wynik zespołowy

Nie będę wchodził w debatę, czy ciągnięcie słabego zespołu do przyzwoitego rezultatu jest trudniejszym zadaniem, niż zmiana bardzo dobrego składu w kandydata do tytułu. Głosujący (z nielicznymi wyjątkami) uznają, że w sezonie zasadniczym należy wynagradzać wygrywanie. Praktycznie każdy MVP pochodzi z zespołu, który skończył sezon z 55 zwycięstwami. Na całe szczęście, kiedy Westbrook łamał rekordy triple-double Oscara Robertsona, stworzył nam furtkę na wpuszczenie zawodników, których koledzy z drużyny nie domagają. W 2017, Oklahoma City Thunder wygrała "zaledwie" 57% swoich spotkań, zajmując 6. miejsce w konferencji. Od tej granicy zaczniemy zatem patrzeć na potencjalnych MVP. Nie wróży to dobrze dla niektórych.

Od razu robi się przykro, bo musimy wykreślić Davisa. New Orleans Pelicans po piorunującym starcie, doczołgali się zaledwie do bilansu 12 - 13. W żadnym wypadku nie jest to wina AD, który robi co może, aby łatać dziury w obrusie defensywy, jednocześnie imponując pełnym zaangażowaniem w ofensywę. Kiedy nastąpi moment, że Davis odejdzie z Pelicans, nie wygrywając chociaż jednej indywidualnej nagrody, całą winę położymy na organizacji i przeniesiemy ją do Seattle. 

Następny leci Nikola Vucevic, z i tak zaskakującego zespołu Orlando Magic. Jego obecność szokuje, ponieważ to 28-letni zawodnik, po którym spodziewano się, że dotarł do krańca swoich możliwości. W tym sezonie Czarnogórzec jest nie do powstrzymania pod koszem, zaczął regularnie trafiać za trzy, a jego koledzy korzystają z 3.5 asysty na mecz. Relatywnie do oczekiwań Magic osiągnęli znakomity rezultat. Jeśli będą kontynuować zwyciężanie, to Vooch następnym razem nie odpadnie na tym etapie listy. Nie spodziewam się, że dotrze do jej szczytu (zwłaszcza jeśli zaliczy spodziewaną regresję celności za trzy), ale szacunek za robienie niespodzianek w lidze, w której teoretycznie znamy głównych bohaterów.

Do widzenia James Harden - Rockets nie mogą znaleźć formy, cały czas oscylując wokół 50% wygranych. Harden już prawie na pewno nie wygra tej nagrody w swojej karierze, zwłaszcza, że kilku młodszych zawodników wyrosło z jego cienia, a Chris Paul (na czteroletnim kontrakcie) zestarzał się z dnia na dzień, stawiając brodatego przed trudnym zadaniem niesienia zespołu na swoich ramionach. 

Damian Lillard również wypada, przede wszystkim ze względu na słabe dla Portland ostatnie dwa tygodnie. Trail Blazers znajdują się jednak tuż przed sztucznie wyznaczoną przeze mnie granicą, i mają charakterny, zgrany skład. Z przyjemnością powitam w szeregu kandydatów następnym razem. 

Nie upierałbym się, gdyby ktoś chciał wstawić Rudy'ego Goberta do ekipy dużych, energetycznych kolesi, o której pisałem w paragrafie o PER. Jego zadania, na pierwszy rzut oka, opierają się na tych samych zasadach, co na przykład Clinta Capeli. Różnica jest taka, że Gobert jest najważniejszym zawodnikiem w drużynie (może obok Donovana Mitchella). Od jego gry w defensywie zależy postawa całego zespołu, a rola Francuza w ofensywie rośnie z roku na rok. Eliminując go dopiero teraz chciałem zauważyć i docenić, jak nietypowy zawodnik może należeć do elity ligi. Na przyszłość spodziewam się też, że Utah nie będzie za Sacramento Kings.

Boston zaczyna wracać na właściwe tory, ale cały czas brakuje im jednego zwycięstwa do 57%, plus Kyrie Irving ma najniższe PER z całej omawianej ekipy, i nie wiadomo, czy to on jest najlepszym zawodnikiem w zespole. 

Pozostali: Giannis, Durant, Curry, James, Embiid, Jokic, Leonard

3. Za mało spotkań

MVP musi grać bez przeszkód. Przy dobrym zdrowiu zarówno Kawhi, jak i Steph wrócą na tę listę z hukiem.

Pozostali: Giannis, Durant, James, Embiid, Jokic.

Subiektywny ranking pięknej pięcioosobowej ekipy

5. Nikola Jokic - Denver Nuggets przewodzą konferencji zachodniej, między innymi dzięki temu, że przewodzi im najlepiej podający center w historii. 7.5 asysty na mecz? Niektórzy rozgrywający powinni wrócić do domu, spojrzeć w lustro, i się zawstydzić. Przez osobowość Jokica, nie do końca wiadomo, czy chce brać na swoje barki tytuł najważniejszego zawodnika Nuggets, do tego jeszcze nie wstrzelił się za 3, plus gra zaledwie 29.7 minuty na mecz, stąd ostatnie miejsce wśród elity.

4. LeBron James - Po chaotycznym początku sezonu, Bron przejął kontrolę nad działaniami Lakers, co zaowocowało awansem w tabeli. W tym sezonie James imponuje przede wszystkim zdobywaniem punktów, za to zaliczył drobny zjazd w asystach i zbiórkach. Wiem, że najlepsze jeszcze przed Los Angeles, zwłaszcza, gdy Król pozna się lepiej z nowymi dworzanami, albo gdy Lakersi dokonają spodziewanego transferu. Dlatego zostawiam LeBrona na czwartym miejscu, chcąc zachęcić go do dalszej, wytężonej pracy.

3. Kevin Durant - W trakcie nieobecności Curry'ego, Golden State stracili trochę ze swojego czaru, a Durant zdążył pokłócić się z Draymondem Greenem. Nie zmienia to faktu, że Warriors mają lepszy bilans niż Lakers, KD rzuca więcej punktów, i ma prawie tyle samo asyst i zbiórek co LeBron. Zobaczymy, na ile podzieli się rolami ze Stephem po jego powrocie.

2. Joel Embiid - Odpukujemy w niemalowane, chyba nie ma nic strukturalnie złego ze zdrowiem Joela. Uczciwie przepracował okres przygotowawczy, gra 34.5 minuty na mecz i dewastuje kolejnych centrów. Ponieważ Embiid podjął grę w kosza stosunkowo późno, wydaje się, że co mecz uczy się jakiegoś nowego manewru. 27 punktów/13.5 zbiórki/3.5 asysty i 2 bloki to są liczby godne Shaqa w prime. Dodatkowo Embiid trafia rzuty wolne, i sam w sobie tworzy znakomitą obronę. Strach pomyśleć jak może wyglądać liga, kiedy Embiid wskoczy na 35% za trzy, zamiast dotychczasowych 30. 

1. Giannis Antetokounmpo - Daję drobną przewagę Giannisowi, ponieważ Milwaukee kiedy wygrywa, to absolutnie dewastuje przeciwników. Ostatnio Bucks troszkę zwolnili, pozwalając sobie na przegranie kilku meczów, ale nie odbiera to niczego kandydaturze Antetokounmpo. Wszystkie liczby równają się tym, które wykręca Embiid, przy czym Giannis potrafi też rozprowadzić akcję niczym rasowy rozgrywający (6 asyst na mecz). Sytuacja może wyglądać tak, że obaj będą zamieniać się pierwszym i drugim miejscem do końca sezonu. Na ten moment, moim zdaniem, bardziej wartościowy jest Grek, ale Kameruńczyk nie skończył pisać swojej historii.

Michał




piątek, 30 listopada 2018

Będziesz respektował Kevina Duranta swego

Drogi Mateuszu,

Kevin Durant przeszedł do zespołu, w którym fani emocjonalnie przywiązali się już do jednego z najlepszych zawodników nowej ery koszykówki. Nawet kibice Golden State traktowali go jako najemnika, korzystającego z usług wyhodowanego w domu zespołu. Dominacja nowych Warriors była nieunikniona, pytanie brzmiało, czy wkład Duranta będzie widoczny?
Gdy zgarnął dwa tytuły finałów MVP z rzędu, zapewnił sobie miejsce wśród legend (w historii było tylko 11 zawodników, którzy wygrywali tę nagrodę wielokrotnie), przynajmniej w kategorii surowych liczb. To, co próbuje zdobyć, a wydaje się nieuchwytne, to właściwy ton jego koszykarskiej fabuły. Golden State wygrywało przed jego przybyciem, a Steph Curry odmieniał oblicze ligi na naszych oczach. Durant dołączył do stabilnej infrastruktury, porządnie naoliwionej maszyny, i wszyscy zapomnieli o tym, że mamy przed oczami jednego z najwybitniejszych zawodników w historii, skupiając się na "słabości" manewru - dołączania do zespołu faworytów.

Czasami potrzeba naciągniętego ścięgna Curry'ego, aby przypomnieć sobie jak absurdalną broń GSW w każdym momencie chowa w kieszeni. W trzech ostatnich meczach Durant rzucił odpowiednio 44, 49 i 51 punktów. Takie rezultaty zazwyczaj pojawiają się na konsolach w NBA 2K, kiedy trzymający pady gracze dokładają do umiejętności agresywność, którą eliminuje niesamolubny system gry Warriors i pasywniejsza osobowość Duranta.

Mimo wszystko - nie ma drugiego takiego widoku w koszykówce, jak Durant podchodzący rzutu, ramiona rozciągnięte wysoko nad obrońcą, trafiający czyściutko z każdej pozycji na boisku. Nikt w NBA nie potrafi tak zdemoralizować przeciwnika jak KD w gazie. Kiedy obserwowałem mecz z Toronto, które grało w najlepszym możliwym składzie, wreszcie zauważyłem Duranta-yeti - jednoosobową ofensywę, w pojedynkę trzymającą wynik na styku. Golden State nie wytrzymało tempa do końca dogrywki (bez Curry'ego i Greena w składzie, Warriors to płytki zespół), jednakże dało sygnał, że gdy tylko wrócą kluczowi zawodnicy, ponownie zdominują ligę. Na ile sezonów uda im się utrzymać taką przewagę nad resztą ligi?

Tak jak reszta koszykarskiego świata, nie mam zielonego pojęcia, co stanie się z Durantem po sezonie. Jeśli kiedykolwiek chce zbudować opinię niezaprzeczalnie najlepszego gracza w lidze w danym sezonie, to musi uciec z Golden State. Z drugiej strony, utrzymanie składu i wizja nowoczesnego stadionu w San Francisco, gdzie Durant rozwija swoje biznesy, oznaczają, że Warriors w tym składzie mogą rządzić NBA przez jeszcze parę dobrych lat. Przy takim napływie gotówki (przede wszystkim z wynajmu nieruchomości), być może właściciele gotowi będą zapłacić potężny podatek od wzbogacenia. Przenosiny Duranta do GSW w 2016 pokazały, że niespecjalnie zależy mu na indywidualnej chwale, czy zatem w wieku 30 lat zmieniło się jego podejście? A może po prostu zostając na miejscu, będzie pracował tak mocno i nieustannie, że wszyscy będą w końcu musieli przyznać (na przykład po 4 MVP finałów), że KD wkroczył na nieosiągalny dla innych panteon, bez względu na to, co wykrzykuje na niego Draymond Green.

Na ten moment, podobnie jak z LeBronem, powinniśmy doceniać Duranta za to, czym jest. Po 23 meczach, jego statystyki oscylują blisko najlepszych liczb w trakcie kariery. Kevin rzuca 30 punktów na mecz (najwięcej od 2013/14), zbiera 8 piłek i asystuje 6 razy w meczu. Ta ostatnia statystyka pokazuje, że cały czas się rozwija, bo tylko w tym elemencie gry pozostawał za LeBronem. Kiedy Warriors nie dysponują swoimi etatowymi kreatorami akcji, za podania bierze się Durant. Strach przeciwników przed jego łatwością zdobywania punktów, otwiera pole do popisu na ustawianie kolegów w dobrych sytuacjach. Pomimo takiej wydajności, Durant jeszcze nie wstrzelił się za trzy. 34% to w jego wykonaniu wynik niedostateczny. Gdy zacznie trafiać, po raz kolejny będziemy obserwować sezon, w którym może otrzeć się o klub 50/40/90 (z gry/za trzy/rzuty wolne).

Zaawansowane statystyki jeszcze nie chwalą go tak bardzo, ale do tego potrzeba przekonujących zwycięstw. Golden State ma czas na ustatkowanie się, bo najwyższej formy będą potrzebować przecież w czerwcu. Rola Duranta zmniejszy się trochę, albowiem w sobotę Steph ma wrócić do gry. W poprzednich sezonach, kiedy Curry czarował i naginał geometrię boiska, Durant potrafił zejść na drugi plan, przypominając o sobie w kluczowych momentach. Czy rozpędzając się tak mocno na początku tego sezonu, zdecyduje się na większą dominację? Zdrowie Stepha, mimo że niezagrożone tak mocno jak na początku kariery, ciągle jest kruche. Oszczędzanie go powinno być priorytetem dla Golden State. Durant wielokrotnie udowadniał, że potrafi przejąć cały ciężar gry na siebie. Jeśli znowu chce wrócić do konwersacji o nagrodzie MVP, to musi zachować się jak prawdziwy alfa.

Michał